Kategoria artykułu: Świat

22 godziny pociągiem najwyżej położonymi torami na świecie

Pociąg zwalnia. Za oknem czerwone wzgórza ustępują miejsca dolinie, w której pierwsze białe domy z czarnymi obramowaniami okien wyglądają, jakby ktoś narysował je tuszem na zielonym tle. Cyfrowy wyświetlacz nad moim łóżkiem pokazuje już tylko kilkanaście kilometrów do celu. Wysokość spada, temperatura rośnie.

Trasa kolejowa z miasta Xining do stolicy Tybetu, Lhasy, ma 1,9 tys. km i jest najwyżej położoną linią kolejową na świecie. Fot. Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Co umożliwia linia łącząca Xining z Lhasą i dlaczego jej znaczenie wykracza daleko poza potrzeby pasażerów oraz turystów.
  2. Jak chińscy inżynierowie rozwiązali problemy związane z wieczną zmarzliną, ekstremalną wysokością i niedoborem tlenu.
  3. Jakie zmiany zachodzące w regionie pod wpływem chińskiej modernizacji pokazuje 22-godzinna podróż przez Wyżynę Tybetańską.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Dwadzieścia dwie godziny. Tyle zajęła mi droga, którą jeszcze czterdzieści lat temu pokonywano przez długie dni. W latach pięćdziesiątych sowieccy inżynierowie uznawali ją za niemożliwą do zasadniczego skrócenia. Siedziałem w hermetycznej kapsule i oddychałem powietrzem wtłaczanym przez system, którego istnienia nawet nie zauważyłem, dopóki nie przeczytałem o nim w przewodniku. Obudziłem się z bólem głowy. Jedynym przypomnieniem, że za szybą zaczyna się świat, w którym moje ciało nie miałoby już tak łatwo.

Trasa kolejowa z Xining do Lhasy, stolicy Tybetu, liczy około 1,9 tys. km. Jest najwyżej położoną linią kolejową na świecie. Jej znaczenie dla władz Chińskiej Republiki Ludowej trudno przecenić.

To inwestycja nie tylko transportowa, lecz także strategiczna, terytorialna, militarna, gospodarcza, demograficzna i technologiczna. Magistrala Qinghai-Tybet, przecinająca Wyżynę Tybetańską oraz obszary wiecznej zmarzliny, należy do najbardziej ambitnych projektów infrastrukturalnych współczesnych Chin. Dla Pekinu jest nie tylko kluczowym połączeniem komunikacyjnym z Tybetem, ale również symbolem przemysłowej potęgi i możliwości inżynieryjnych Państwa Środka.

Magistrala Qinghai-Tybet. Duma Chin i narzędzie kontroli

Tybet pozostaje dla Pekinu obszarem o kluczowym znaczeniu strategicznym. Region graniczy z Indiami, z którymi Chiny nadal mają nierozstrzygnięte spory terytorialne. Relacje między państwami pozostają napięte od czasu wojny granicznej w 1962 r. Budowa linii kolejowej umożliwiła szybki transport wojsk, sprzętu oraz zaopatrzenia na Wyżynę Tybetańską. To zasadniczo zmienia układ sił i kalkulacje wojskowe w regionie. Wcześniej dotarcie do Lhasy było możliwe przede wszystkim drogą lądową, podatną na sezonowe utrudnienia i zamknięcia, albo transportem lotniczym o ograniczonej przepustowości. Dzięki kolei Tybet został trwale włączony do głównej sieci transportowej Chin, co wyraźnie zwiększyło możliwości logistyczne tego kraju.

Drugim istotnym aspektem jest integracja gospodarcza regionu oraz dostęp do jego zasobów naturalnych. Tybet dysponuje znaczącymi złożami surowców, m.in. chromu, litu, miedzi i złota. Ich eksploatacja na skalę przemysłową wymaga jednak sprawnej infrastruktury transportowej – zarówno do przewozu ciężkiego sprzętu, jak i do transportu wydobytych surowców do ośrodków przemysłowych w innych częściach Chin.

Trzeci wymiar dotyczy demografii. Uruchomienie połączenia kolejowego skróciło czas podróży i obniżyło koszty przemieszczania się ludności z centralnych i wschodnich prowincji Chin do Tybetu. Krytycy tej polityki wielokrotnie wskazywali, że kolej może przyspieszać trwałe zmiany w strukturze etnicznej regionu przez napływ osadników narodowości Han. W ich ocenie ten proces niesie długofalowe konsekwencje dla kulturowej tożsamości, języka oraz społeczno-politycznej pozycji Tybetańczyków.

Czwarty wymiar to prestiż technologiczny. Pokonanie wiecznej zmarzliny na wysokości około pięciu tysięcy metrów jeszcze w latach pięćdziesiątych sowieccy eksperci uznawali za zadanie nierealne. Ukończenie projektu z wykorzystaniem technik opracowanych przez chińskich inżynierów stało się demonstracją, że Chiny dysponują zdolnościami inżynieryjnymi porównywalnymi z krajami rozwiniętymi – a w wybranych obszarach aspirują do ich przekroczenia.

Ostatni wymiar to turystyka. Kolej szybko otworzyła Lhasę milionom chińskich turystów. Z jednej strony przynosi to regionowi dochody, z drugiej – normalizuje obraz Tybetu jako integralnej, łatwo dostępnej części Chin w świadomości chińskiego społeczeństwa. Wzmacnia tym samym narrację o regionie jako naturalnie należącym do państwa chińskiego.

Sam kompleks dworcowy zajmuje powierzchnię ponad 61 tys. m kw. Fot. Leonard Szuszkiewicz

Pociąg rusza z prowincji Qinghai

Miasto Xining, stolica prowincji Qinghai, liczy oficjalnie około 2,5 mln mieszkańców i stanowi naturalną bramę na Dach Świata. To właśnie stąd rozpoczyna się większość podróży kolejowych do Tybetu. To czyni miejscowy dworzec jednym z najważniejszych węzłów komunikacyjnych w zachodnich Chinach. Z jego 21 torów, rozmieszczonych przy dziewięciu peronach, każdego dnia odjeżdżają pociągi przemierzające ogromne przestrzenie Wyżyny Tybetańskiej. Sam kompleks dworcowy zajmuje powierzchnię ponad 61 tys. m kw.

Na dworzec przybyłem ze sporym wyprzedzeniem, aby spokojnie przejść obowiązkowe kontrole bezpieczeństwa. Wielokrotnie słyszałem od zagranicznych mieszkańców Chin, że procedury na chińskich dworcach kolejowych dorównują rygorem kontrolom na lotniskach. W praktyce okazały się jednak nieco mniej uciążliwe, choć równie dokładne. Bagaż każdego pasażera przechodzi przez urządzenia rentgenowskie. Wszelkie noże, nożyczki o ostrzach przekraczających dopuszczalną długość oraz zapalniczki są bez trudu wykrywane i konfiskowane.

Kontrola dokumentów przebiega sprawnie i bez zbędnych formalności. Po przejściu przez bramki bezpieczeństwa ruchome schody prowadzą mnie bezpośrednio na peron. Tam czeka już pociąg, który zabierze mnie w jedną z najbardziej niezwykłych podróży kolejowych na świecie – do serca Tybetu.

To właśnie ten charakterystyczny skład pojawia się na większości zdjęć promujących kolej tybetańską. Fot. Leonard Szuszkiewicz

Pociąg z zewnątrz i wewnątrz

Pociąg, pomalowany na głęboką ciemną zieleń, z charakterystycznym żółtym pasem biegnącym wzdłuż całego składu niczym linia na mapie, czeka już na pasażerów. To wagony typu 25T, zaprojektowane specjalnie z myślą o trasie prowadzącej na Wyżynę Tybetańską. Właśnie ten skład pojawia się na większości zdjęć promujących kolej tybetańską: zielone wagony sunące przez surowe krajobrazy Qinghai i Tybetu.

Z zewnątrz niewiele wskazuje, że to jeden z najbardziej zaawansowanych technicznie pociągów pasażerskich na świecie. Wagony 25T są w rzeczywistości hermetycznie zamkniętymi kapsułami, przystosowanymi do jazdy na wysokościach, gdzie zawartość tlenu w powietrzu jest niemal o połowę niższa niż na poziomie morza. Przez całą podróż działa system wzbogacania powietrza w tlen, utrzymujący w przedziałach i na korytarzach warunki odpowiadające znacznie niższej wysokości. Na pokładzie znajduje się również niewielki punkt medyczny z podstawowym sprzętem ratunkowym dla pasażerów, którzy mimo zastosowanych zabezpieczeń mogliby odczuć skutki choroby wysokościowej.

Nad każdym z czterech łóżek w przedziale umieszczono niewielki elektroniczny wyświetlacz. Informacje są prezentowane równocześnie w trzech językach – tybetańskim, chińskim i angielskim. W nieustannie przewijającej się sekwencji pojawiają się dane o aktualnej wysokości nad poziomem morza, temperaturze na zewnątrz, prędkości pociągu oraz nazwie najbliższej stacji. To niepozorne urządzenie szybko staje się centrum uwagi pasażerów, którzy obserwują, jak z każdym kilometrem skład wspina się coraz wyżej na Dach Świata.

Okna wagonów wyposażono w specjalne systemy wyrównywania ciśnienia. Czasami, gdy patrzę przez szybę na przesuwający się krajobraz, obraz lekko faluje i subtelnie się zniekształca, jakby powietrze pomiędzy mną a odległymi górami nagle zgęstniało. Nie jest to jednak wada ani zabrudzenie szyby. To znak, że okno wykonuje swoją pracę, chroniąc wnętrze wagonu przed coraz większymi różnicami ciśnienia. Te pojawiają się wraz ze zdobywaniem kolejnych metrów wysokości.

Na pokładzie znajduje się również niewielki punkt medyczny oraz sekcja toaletowa. Fot. Leonard Szuszkiewicz

Wars wita was

Wśród pasażerów niemal nie widać obcokrajowców. Jedyną większą zagraniczną grupę stanowią rosyjscy turyści z Moskwy. Zajmują trzy sąsiadujące przedziały i jeszcze długo po zmroku prowadzą ożywione rozmowy na korytarzu. Mój współtowarzysz podróży, Krzysztof z Warszawy, szybko nawiązuje znajomość z jedną z grup. Z wyraźnym zainteresowaniem przysłuchuje się rozmowie dwóch Rosjanek, które zupełnie inaczej oceniają wpływ wojny w Ukrainie na codzienne życie mieszkańców Moskwy. W kolejnych dniach będę spotykał tych samych turystów w najważniejszych klasztorach Lhasy. Odnoszę wrażenie, że obok Rosjan to właśnie Polacy należą do najliczniejszych grup Europejczyków odwiedzających Tybet.

Od lat interesuję się historią kolei, dlatego z ciekawością zaglądam do różnych części pociągu. Szczególną uwagę przyciąga wagon restauracyjny: jasny, przestronny i mocno oświetlony. Oferta okazuje się jednak zaskakująco skromna. Na ladzie stoją jedynie zafoliowane tacki ze świeżymi owocami i warzywami, sprzedawane po 30 juanów za porcję. Produkty ułożono na lekkich styropianowych półmiskach i szczelnie owinięto je folią.

Przy ladzie stoi steward w średnim wieku, ubrany w nieskazitelnie białą koszulę i czarny mundur kolejowy. Z cierpliwością prezentuje kolejne zestawy grupie obcokrajowców i zachęca ich do zakupów. Nazwy owoców wymienia wyłącznie po chińsku. Dopiero przy pomarańczach słyszę jedyne angielskie słowo, które pada tego wieczoru z jego ust: „orange”.

Historia chińskiej kolei, czyli od „Rakiety Chin”...

Zimą na przełomie 1880 i 1881 r. brytyjski inżynier Claude Kinder pracował potajemnie w warsztatach kopalni węgla w Tangshan, w północnych Chinach. Budował lokomotywę z tego, co miał pod ręką: kotła i cylindrów pochodzących ze starych maszyn wydobywczych, stalowych odpadów oraz szyn sprowadzonych ze Stanów Zjednoczonych jako złom. Nie była to imponująca ani szczególnie nowoczesna konstrukcja. Gdy jednak po raz pierwszy ruszyła po wąskotorowych szynach o rozstawie zaledwie 97 centymetrów, przeszła do historii jako pierwsza lokomotywa zbudowana na chińskiej ziemi. Kinder nadał jej nazwę, która była jednocześnie hołdem i prowokacją: „Rakieta Chin”.

Chińscy urzędnicy nie dostrzegali w tym osiągnięciu powodu do dumy. Dla administracji dynastii Qing kolej była zagrożeniem dla tradycyjnego porządku. Uważano, że maszyny poruszające się po szynach zakłócają harmonię krajobrazu, naruszają zasady feng shui i niepokoją duchy przodków. Cztery lata wcześniej Brytyjczycy i Amerykanie, bez zgody władz, zbudowali pod Szanghajem czternastokilometrową linię Woosung, prowadzącą do portu w Wusongu. Rząd Qing wykupił ją za 285 tys. taeli srebra, po czym rozebrał dosłownie do ostatniej szyny. Całą infrastrukturę następnie wysłano na Tajwan.

W październiku 1978 r. Deng Xiaoping wsiadł do japońskiego pociągu dużych prędkości Shinkansen. Podczas podróży z Tokio do Kioto pociąg pędził z prędkością 210 km/h. Jeden z japońskich dziennikarzy zapytał chińskiego przywódcę o wrażenia. Deng odpowiedział zdaniem, które przeszło do historii: „Czujemy się, jakby nas popędzał. Tego właśnie potrzebujemy, aby budować modernizację”.

... do współczesnego Fuxing

To krótkie zdanie symbolicznie otworzyło nowy rozdział w dziejach chińskiej kolei. Rewolucja nie nastąpiła jednak od razu. Przez całe lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte Chiny koncentrowały się na modernizacji tradycyjnej sieci. Elektryfikowano linie, wprowadzano nowoczesne lokomotywy i stopniowo podnoszono prędkość do ok. 160 km/h. Był to okres intensywnych zmian, choć wciąż daleki od tego, co od dawna osiągała Japonia. Podczas gdy Shinkansen kursował już od 1964 r., pierwsza chińska linia testowa kolei dużych prędkości Qinhuangdao-Shenyang została uruchomiona dopiero w 2003 r. Prawdziwy przełom miał nadejść kilka lat później.

1 sierpnia 2008 r., kilka dni przed otwarciem igrzysk olimpijskich w Pekinie, pierwszy chiński pociąg dużych prędkości połączył Pekin z Tianjinem, osiągając prędkość 350 km/h. Pokonanie 117 kilometrów trasy zajmowało 29 minut. Wcześniej tę samą odległość pokonywano w ciągu godziny. Linia była wizytówką przygotowaną na igrzyska. Była też zapowiedzią.

Chińskie wydatki na infrastrukturę kolejową gwałtownie wzrosły po globalnym kryzysie finansowym w latach 2008-2009. Pakiet stymulacyjny o wartości 4 bln juanów, czyli około 585 mld dolarów, miał wspierać wzrost PKB. Kolej otrzymała znaczną część tych pieniędzy. W samym roku 2009 Chiny zainwestowały 50 mld dolarów w nowe linie, a w kolejnych latach nakłady nadal rosły.

Efekty były spektakularne. Linia Pekin–Szanghaj, licząca 1318 km, została otwarta w 2011 r. Skróciła czas podróży z około 10 godzin nocnym pociągiem do mniej więcej 4,5 godziny. Uruchomiona rok później linia Pekin–Guangzhou, o długości 2298 km, była wówczas najdłuższą linią kolei dużych prędkości na świecie.

Sieć rozbudowywano w tempie bez precedensu. W szczytowym momencie Chiny oddawały do użytku ponad 3 tys. km nowych linii kolei dużych prędkości rocznie. Dla porównania, Europa budowała w tym czasie około 400 km rocznie.

Stacja Golmud, przełęcz Tanggula

Po sześciu godzinach podróży pociąg zatrzymuje się na stacji Golmud. Zbliża się wieczór, a pasażerowie chętnie wychodzą na peron, aby rozprostować nogi, zaczerpnąć świeżego powietrza albo zapalić papierosa. Golmud, położone na wysokości 2892 m n.p.m., przez wiele lat było końcową stacją pierwszego etapu budowy linii prowadzącej w stronę Tybetu. Dziś pozostaje ostatnim dużym miastem przed wkroczeniem w surowy świat Wyżyny Tybetańskiej.

Na peronie wieje silny, przenikliwy wiatr, który zagłusza rozmowy podróżnych. Obserwuję twarze Rosjan i Chińczyków wysiadających z wagonów. Nie widać na nich ani ekscytacji, ani niepokoju. Sprawiają wrażenie ludzi przygotowanych na spotkanie z Dachem Świata.

Budowa odcinka Xining–Golmud trwała od 1958 do 1984 r. W tamtym czasie podróż zajmowała niemal trzykrotnie więcej czasu niż obecnie. Do słynnej przełęczy Tanggula, położonej na wysokości 5072 m n.p.m., pozostało jeszcze około 280 km i ponad 2 tys.m wspinaczki. To właśnie Tanggula stanowi symboliczną bramę do Tybetu i pierwszą stację kolejową na terenie Autonomicznego Regionu Tybetu.

Tanggula jest najwyżej położonym punktem jakiejkolwiek linii kolejowej na świecie. Dla porównania, Mont Blanc, najwyższy szczyt Alp, ma 4807 metrów. Pociągi Kolei Qinghai–Tybet kursują więc na wysokości przewyższającej niemal wszystkie szczyty Europy.

Na wysokości 5 tys. m ciśnienie atmosferyczne wynosi około 50 proc. ciśnienia na poziomie morza. Człowiek wdycha połowę normalnej ilości tlenu. Fot. Leonard Szuszkiewicz

Żeby zrozumieć, co znaczy budowa kolei w takich warunkach, trzeba wyjść poza statystyki. Należy spojrzeć na fizykę i biologię tego środowiska. Na wysokości 5 tys. m ciśnienie atmosferyczne wynosi około połowy ciśnienia na poziomie morza. Człowiek wdycha znacznie mniej tlenu niż na nizinach. Zimą temperatura spada do minus 40 st. C, a wiatr przekracza 100 km/h.

Pod powierzchnią gruntu rozciąga się wieczna zmarzlina – trwale zamarznięte podłoże, przez które przebiega blisko 600 km trasy. Miejscami grunt pozostaje zamarznięty na głębokości 120 metrów. Wieczna zmarzlina jest stabilna tylko dopóty, dopóki pozostaje zamarznięta. Każde ocieplenie i każdy transfer ciepła z powierzchni mogą ją uplastycznić, sprawiając, że grunt pod torami zacznie się przemieszczać z trudnymi do przewidzenia konsekwencjami.

Tlen w pociągu

Pozostały odcinek trasy, liczący 1142 km między Golmudem a Lhasą, zaczęto budować w 2001 r., a ukończono go zaledwie pięć lat później. Pokonam go w ciągu czternastu godzin, leżąc wygodnie na kuszetce umieszczonej pod sufitem przedziału. Włączam lampkę do czytania i zagłębiam się w książkę o budowie najwyżej położonej linii kolejowej na świecie. Wagon jest doskonale wyciszony. Nie słychać charakterystycznego stukotu kół ani drgań torów. Wkrótce uruchamia się system wzbogacania powietrza w tlen, który przez całą noc będzie dostarczał go do przedziałów i korytarzy.

Pod osłoną nocy miniemy najbardziej ekstremalne fragmenty trasy: przełęcz Tanggula, stacje Amdo i Nagqu, zanim pociąg rozpocznie stopniowy zjazd do doliny rzeki Lhasa, położonej na wysokości 3641 metrów nad poziomem morza.

Przez całe lata dziewięćdziesiąte projekt budowy kolei do Lhasy pozostawał w zawieszeniu. Był politycznie pożądany, lecz technicznie nierozwiązany i finansowo zbyt ambitny dla kraju, który wciąż nadrabiał dystans do najbardziej rozwiniętych gospodarek świata. Sytuacja zmieniła się dopiero na przełomie tysiącleci, gdy szybki wzrost gospodarczy Chin zaczął generować pieniądze potrzebne do realizacji wielkich projektów infrastrukturalnych.

W 2001 r. Jiang Zemin ogłosił budowę kolei Qinghai–Tybet jednym z priorytetowych przedsięwzięć Dziesiątego Planu Pięcioletniego. Inwestycja stała się zarazem centralnym elementem strategii „Rozwoju Zachodu”, której celem było zmniejszenie różnic gospodarczych między bogatymi prowincjami wschodnich Chin a słabiej rozwiniętymi regionami zachodniej części kraju.

Jak budować w permafroście?

Kluczowym wyzwaniem technicznym, które wyróżnia Kolej Qinghai–Tybet spośród niemal wszystkich innych projektów infrastrukturalnych na świecie, była wieczna zmarzlina, określana również jako permafrost. Na blisko 600 km trasy między Golmudem a Lhasą grunt pozostaje zamarznięty przez cały rok, a jego temperatura na różnych głębokościach waha się od około minus 2 do minus 20 st. C. Górną warstwę stanowi tak zwana warstwa aktywna, która sezonowo zamarza i odmarza, osiągając grubość od kilkudziesięciu centymetrów do kilku metrów. Poniżej rozciąga się właściwy permafrost, miejscami nieprzerwany przez dziesiątki, a nawet setki metrów.

Budowa infrastruktury na takim podłożu wiąże się z wyjątkowym problemem: przenikaniem ciepła do zamarzniętego gruntu. Jeśli energia cieplna pochodząca od nasypów kolejowych, torów albo rosnących temperatur dotrze do warstw lodu ukrytych w ziemi, lód zacznie się topić. Grunt traci wtedy stabilność i spoistość, stając się podatny na deformacje. Zjawisko to, określane mianem termokrasu, może prowadzić do nierównomiernego osiadania podłoża, pękania nawierzchni, a w skrajnych przypadkach nawet do uszkodzenia lub zawalenia się nasypu kolejowego.

Konieczność utrzymania permafrostu w stanie trwałego zamrożenia stała się więc jednym z najważniejszych problemów, które musieli rozwiązać projektanci najwyżej położonej linii kolejowej na świecie.

Temperatura tybetańskiego permafrostu jest bliska punktowi zamarzania, co czyni go wyjątkowo wrażliwym nawet na niewielkie zmiany. Dodatkowym wyzwaniem jest globalne ocieplenie. Na Wyżynie Tybetańskiej temperatury rosły w ostatnich dekadach szybciej niż średnia światowa. Projektanci kolei musieli więc uwzględnić nie tylko warunki panujące w chwili budowy, lecz także przewidywane zmiany klimatyczne w perspektywie kolejnych dziesięcioleci.

Chińskie rozwiązanie

Główny inżynier projektu, Zhang Luxin, wraz z zespołem Instytutu Badań Technicznych Kolei w Pekinie przez lata prowadził badania terenowe, zanim opracowano skuteczne rozwiązania. Podstawowa zasada była odwrotna niż w większości projektów budowlanych: zamiast chronić grunt przed zimnem, należało chronić go przed ciepłem.

Najczęściej stosowano nasypy wentylowane z porowatego kamienia łamanego. Zimą zimne powietrze przenikało przez ich strukturę i odprowadzało ciepło z gruntu, natomiast latem ograniczało nagrzewanie podłoża. Drugim rozwiązaniem były termosyfony – pionowe rury wypełnione amoniakiem lub dwutlenkiem węgla, które bez użycia energii elektrycznej odprowadzały ciepło z gruntu w zimowe miesiące. Tysiące takich urządzeń można do dziś zobaczyć wzdłuż torów.

Na najbardziej wymagających odcinkach zrezygnowano z nasypów na rzecz estakad i wiaduktów. Swobodny przepływ powietrza pod konstrukcją zapobiegał ogrzewaniu zmarzliny.

Budowa na granicy ludzkich możliwości

Największa mobilizacja podczas budowy kolei Qinghai–Tybet przypadła na lata 2001-2005. W szczytowym okresie na placach budowy pracowało jednocześnie od 100 do 150 tys. robotników, głównie z uboższych prowincji Chin. Dla większości z nich była to pierwsza styczność z wysokościami przekraczającymi 4 tys. m nad poziomem morza. Choroba wysokościowa dotykała niemal wszystkich – od bólów głowy i bezsenności po groźne dla życia obrzęki płuc i mózgu.

Aby ograniczyć ryzyko, wzdłuż trasy utworzono blisko 100 placówek medycznych – od punktów pierwszej pomocy po szpitale polowe wyposażone w komory ciśnieniowe. Robotnicy przechodzili szczegółowe badania lekarskie, a na każdym odcinku budowy był dostępny tlen. Mimo tych zabezpieczeń każdego roku odnotowywano tysiące interwencji medycznych, a część pracowników trzeba było ewakuować helikopterami. Rzeczywista liczba ofiar śmiertelnych nigdy nie została jednoznacznie ustalona.

Równie trudnym wyzwaniem była logistyka. Wszystkie materiały budowlane – od stali i cementu po paliwo oraz żywność – musiały być transportowane przez Golmud na odległe obszary Wyżyny Tybetańskiej. Zimą i podczas burz śnieżnych dostawy często się opóźniały, co spowalniało tempo prac.

Ekstremalne warunki klimatyczne wymagały dodatkowych innowacji. Chińscy inżynierowie opracowali specjalne cementy zdolne wiązać nawet przy temperaturach sięgających minus 15 st. C oraz stopy stali zachowujące wytrzymałość przy mrozach dochodzących do minus 40 st. C. Dzięki temu budowę można było kontynuować przez znaczną część roku mimo surowego klimatu na Dachu Świata.

Trzysta czterdzieści mostów i siedem tuneli

Skala projektu robi wrażenie również w liczbach. Linia Qinghai–Tybet ma łącznie ponad 340 mostów o łącznej długości przekraczającej 160 km. Na trasie znajduje się także siedem tuneli. Najdłuższy z nich, tunel Fenghuoshan, ma ponad 1,3 tys. m długości i przebiega przez wieczną zmarzlinę, około 10 m pod przełęczą o tej samej nazwie, na wysokości 4,9 tys. m n.p.m.

Budowa tunelu w permafroście wymagała specjalnych technik. Wiercenia prowadzono latem, przy użyciu systemów chłodzących zapobiegających odmarzaniu ścian wykopów. Beton podawano za pomocą chłodzonych mieszadeł, aby ciepło hydratacji nie doprowadziło do topnienia otaczającego gruntu.

Według oficjalnych chińskich danych przy projekcie pracowało łącznie 150 tys. osób. W rekordowym 2003 r. ułożono największą liczbę torów w warunkach wysokogórskich. System zarządzania projektem opierał się na modelu przypominającym organizację wojskową: centralne dowodzenie z Pekinu, generalni wykonawcy podzieleni na kilkanaście brygad odpowiedzialnych za konkretne odcinki, rygorystyczny harmonogram oraz stałe raportowanie postępów.

Ostatnie kilometry do Lhasy

Budzę się wcześnie rano z lekkim bólem głowy. Oddycham normalnie, ale organizm wyraźnie przypomina mi, że przez całą noc znajdowałem się na wysokości, na której powietrze zawiera znacznie mniej tlenu niż na poziomie morza. Mózg reaguje rozszerzeniem naczyń krwionośnych, a tępy ból staje się pierwszym sygnałem, że ciało wciąż przystosowuje się do warunków na Dachu Świata.

Dopiero po godzinie zbieram się do łazienki. Idę korytarzem nieco chwiejnym krokiem, lecz z każdą minutą czuję się coraz lepiej. Po powrocie na kuszetkę sprawdzam pozycję pociągu w chińskiej aplikacji Amap. Do Lhasy pozostało zaledwie 65 km.

Spoglądam przez okno. Niebo nad Tybetem ma intensywnie niebieski kolor, jakiego niemal nie widuje się nigdzie indziej. Cyfrowy termometr wskazuje 18 st. C. Poranne słońce oświetla szeroką dolinę, a na horyzoncie pojawiają się pierwsze zabudowania przedmieść Lhasy. Zapowiada się piękny dzień w stolicy Tybetu.

Pociąg zwalnia. Na wyświetlaczu pojawia się napis „Lhasa”. Po dwudziestu dwóch godzinach podróży wysiadam w mieście, które przez stulecia było marzeniem pielgrzymów, podróżników i odkrywców. Fot. Leonard Szuszkiewicz

Kolejne chińskie rekordy

Myślę o tym, że podróżuję linią kolejową, która odebrała tytuł najwyżej położonej na świecie legendarnej peruwiańskiej trasie Ferrocarril Central Andino, zaprojektowanej przez polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego. Przez ponad 100 lat osiągnięcie Malinowskiego uchodziło za szczyt możliwości inżynierii kolejowej. Jego linia wspinała się na wysokość 4781 m n.p.m. przy stacji Galera i przez cały XX wiek pozostawała niekwestionowanym rekordzistą.

Kolej Qinghai–Tybet przesunęła tę granicę jeszcze wyżej. Przełęcz Tanggula, położona na wysokości 5072 m, stała się nowym symbolem ludzkiej determinacji i technicznej pomysłowości. Patrząc przez okno wagonu, trudno nie zastanawiać się, jak długo ten rekord pozostanie niezagrożony. Historia kolei uczy bowiem, że każde pokolenie uznaje swoje osiągnięcia za ostateczne, a następne udowadnia, że można sięgnąć jeszcze dalej.

Warto wiedzieć

Trzy kolejne projekty kolejowe przecinające Autonomiczny Region Tybetu

  • Kolej SyczuanTybet, budowana od 2014 r., ma być ukończona około 2030 r. Odcinek Ya’anNyingchi jest najtrudniejszą częścią projektu ze względu na wysokość i skomplikowaną geologię. Przebiega przez Tianquan i Luding, przekracza rzekę Jinsha, a następnie wchodzi na teren Tybetu przez Gongjue i Chamdo. Ten odcinek ma 1011 km, a udział mostów i tuneli wynosi 94,8 proc., w tym 838 km tuneli i 120 km mostów. Po ukończeniu czas podróży Chengdu–Lhasa spadnie z 48 godzin do 13 godzin. Linia przechodzi przez strefę kolizji płyt indyjskiej i euroazjatyckiej, gdzie płyta indyjska przesuwa się o ok. 40 mm rocznie, co generuje aktywność sejsmiczną i wymaga zaawansowanej inżynierii antysejsmicznej.
  • Kolej Xinjiang–Tybet to najnowszy i najbardziej kosztowny projekt. Nowa linia połączy Hotan w Sinciangu z Shigatse w Tybecie, na odległości 2 tys. km, kosztem 400 mld juanów, czyli 200 mln juanów za kilometr (108 mln zł).
  • Linia do Nepalu, czyli z Lhasy do stolicy Nepalu, Kathmandu. Część tej linii już zbudowano: odcinek Lhasa–Shigatse. Po ukończeniu linia przetnie Himalaje i zejdzie do doliny Kathmandu.
LS

Część odpowiedzi znamy już dziś. Chiny budują kolejne linie prowadzące na Wyżynę Tybetańską, a ich plany infrastrukturalne obejmują coraz odleglejsze zakątki Himalajów. To, co jeszcze kilkadziesiąt lat temu wydawało się niemożliwe, stało się elementem codzienności.

To nie tylko przejazd

Pociąg zwalnia. Na wyświetlaczu pojawia się napis „Lhasa”. Po 22 godzinach podróży wysiadam w mieście, które przez stulecia było marzeniem pielgrzymów, podróżników i odkrywców. Dla mnie ta podróż była nie tylko przejazdem najwyżej położoną koleją świata. Była opowieścią o ambicji, technologii i granicach ludzkich możliwości. A przede wszystkim przypomnieniem, że nawet w XXI wieku istnieją miejsca, do których droga jest równie fascynująca jak sam cel podróży.

Główne wnioski

  1. Współczesne Chiny traktują infrastrukturę jako narzędzie sprawowania władzy. Kolej Qinghai–Tybet pokazuje, że drogi, linie kolejowe i lotniska nie są wyłącznie inwestycjami gospodarczymi. Mogą jednocześnie służyć integracji terytorium, wzmacnianiu kontroli politycznej, pobudzaniu migracji i kształtowaniu świadomości społecznej. W tym sensie kolej do Lhasy jest równie ważnym instrumentem państwa jak administracja, wojsko czy polityka gospodarcza.
  2. Granice możliwości technicznych są często granicami epoki, a nie natury. To, co jeszcze pół wieku temu uchodziło za niemożliwe, stało się rzeczywistością dzięki determinacji, pieniądzom i rozwojowi nauki. Kolej na Dach Świata przypomina, że największe projekty cywilizacyjne powstają wtedy, gdy państwa uznają określony cel za wystarczająco ważny. Historia tej linii jest opowieścią o pokonaniu ograniczeń narzuconych przez klimat, geografię i wysokość.
  3. Tybet pozostaje miejscem, w którym nowoczesność i tradycja współistnieją w stałym napięciu. Nowoczesny pociąg wyposażony w systemy tlenowe dociera do krainy klasztorów, pielgrzymów i wielowiekowych tradycji religijnych. Rozwój infrastruktury daje mieszkańcom nowe możliwości i zwiększa dostępność regionu, ale jednocześnie budzi pytania o przyszłość lokalnej kultury oraz tożsamości. Podróż koleją do Lhasy pozwala dostrzec ten proces wyraźniej niż niejedna analiza polityczna czy statystyczna.