Kategorie artykułu: Polityka Świat

Prof. Góralczyk: Ameryka idzie po Grenlandię. Jak spór wpłynie na Europę, NATO i światowy porządek

Amerykanie chcą rządzić na zachodniej półkuli. Po porwaniu prezydenta Wenezueli teraz mogą uderzyć w kolejny kraj. Donald Trump znowu mówi o Grenlandii, jego sekretarz stanu Marco Rubio twierdzi, że następna będzie Kuba. Jakie będzie miało to konsekwencje, pisze prof. Bogdan Góralczyk, analityk spraw międzynarodowych XYZ.

Prezydent USA Donald Trump
Prezydent USA Donald Trump. Fot. Kevin Dietsch/Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Na czym polega strategia Donroe.
  2. Dlaczego to Grenlandia, a nie Kuba jest bardziej prawdopodobnym następnym celem USA.
  3. Jak spór wokół Grenlandii wpłynie na Europę, NATO i światowy porządek.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Przeprowadzona w stylu najlepszych hollywoodzkich filmów akcji, spektakularna operacja porwania pary prezydenckiej w Wenezueli przez siły specjalne podbudowała głębokie przekonanie i wręcz pewność prezydenta Donalda Trumpa, że Ameryka jest pierwsza i najlepsza. Ponadto interwencja ta udowodniła, że zapisy Narodowej Strategii Bezpieczeństwa opublikowanej 5 grudnia minionego roku obowiązują. Na jej mocy zachodnia półkula ma być prywatnym poletkiem USA.

W Strategii nawiązano do zapomnianej wydawałoby się doktryny Monroe z pierwszej połowy XIX stulecia. Teraz na fali euforii Donald Trump przemianował ją w doktrynę Donroe (od Donalda). Przesłanie jest dokładnie takie samo: nikt na świecie nie ma prawa wtrącać się Amerykanom do tego, co robią na zachodniej półkuli.

Ameryka interweniuje, Putin strzela

Z tym że poprzednio chodziło głównie o – wtedy silną – Europę. Teraz zaś są to przede wszystkim Chiny, a chyba i Rosja, która na terenie Wenezueli, podobnie jak Chiny, mocno się angażowała i prowadziła tam liczne interesy. Toteż po tej operacji doszło, co oczywiste, do pewnych kontrowersji. Rosjanie byli z amerykańskiej interwencji mocno niezadowoleni.

Pojawiła się nawet niespotykana w poprzednich miesiącach wypowiedź Trumpa. Wyrażała rozczarowanie działaniami Putina, który – jak to ujął obecny gospodarz w Białym Domu – „strzela do ludzi”. Tym samym, paradoksalnie, otworzyły się pewne nowe szanse dla Ukrainy i wspierającej ją teraz Europy, bo naczynia w dzisiejszym świecie są naprawdę silnie połączone, mimo wyraźnego ostatnio odwrotu od globalizacji i pojawienia się wyrazistej fali izolacjonizmu.

W interesie własnym

W takiej atmosferze prezydent Trump powrócił do pierwotnej idei, ogłoszonej niemal natychmiast po jego powrocie do Białego Domu. Wyraził, tym razem jeszcze mocniej niż poprzednio, wolę zajęcia czy aneksji Grenlandii. Jak stwierdził: „Potrzebujemy jej ze względu na bezpieczeństwo narodowe. Musimy ją mieć”. Uzasadnił, że tak dyktują amerykańskie narodowe interesy. Nie podał, kiedy i jak miałoby się to stać. Jego groźby potraktowano jednak na świecie, a szczególnie w Europie, bardzo poważnie. W Wenezueli bowiem Trump udowodnił, iż potrafi przekuć wcześniejsze ostrzeżenia i groźby w czyny. W efekcie posłuszny mu, jak całe najbliższe otoczenie, szef Pentagonu Pete Hegseth przemianował go z „człowieka pokoju” na „człowieka akcji” i czynu.

A ponieważ te „czyny”, jak zobaczyliśmy w Wenezueli, nie wykluczają nawet interwencji wojskowej, więc sekretarz stanu i zarazem p.o. doradcy prezydenta ds. bezpieczeństwa narodowego Marco Rubio pośpieszył z wyjaśnieniami, że „nie chodzi o siłowe zajęcie, lecz wykupienie” Grenlandii.

Rubio, jako człowiek wywodzący się z kubańskiej diaspory i syn emigrantów wychowany na Florydzie, otwarcie mówi, że „Kuba będzie następna”. Toteż o wyspie w amerykańskich – i nie tylko mediach – głośno. Pisze się i mówi,  że Kuba popadła w kryzys, znajduje się na krawędzi i w gruncie rzeczy jest państwem upadłym, nawet bez ewentualnej amerykańskiej interwencji. A Rubio, podobnie jak wielu innych, przewiduje, że tamtejszy kryzys jeszcze się pogłębi po odcięciu jej od wenezuelskiej ropy, na której rękę położyli Amerykanie. Bo to ropa przecież, a nie dyktator Wenezueli, była w tej noworocznej akcji najważniejsza. Otwarcie na pierwszej konferencji prasowej po porwaniu Nicolása Maduro przyznał to sam Donald Trump.

Kto następny?

Mamy więc teraz – wręcz ponurą w swej wymowie – licytację: gdzie Amerykanie uderzą następnie? Prezydent Trump, mający pełną kontrolę nad swoją administracją i rządzący w istocie jednoosobowo, wydaje się być jednak zdeterminowany. Wraca do pomysłu zajęcia Grenlandii. Zapowiedział nawet, że użyje różnych „trudniejszych środków”, by wejść w jej posiadanie.

Chociaż nie wyjaśnił, co to miałyby być za środki, jego kalkulacje strategiczne i biznesowe wydają się proste. Podobnie jak w przypadku spolegliwości wobec Rosji Putina, bo jest taka wielka i stanowi potencjalne Eldorado, tak też wobec Grenlandii działa ta sama logika. Ta największa wyspa na świecie (bo Australia to jednak kontynent) liczy aż 2 166 tys. km kw. (Polska, dla przypomnienia: 312 tys.), co stanowi ponad czwartą część całego terytorium USA.

Podobnie wystarczy spojrzeć na mapę, by uświadomić sobie jej znaczenie geostrategiczne. Bliskość Kanady, Rosji i Europy, no i nade wszystko – położenie na zachodniej półkuli, a więc we własnej strefie wpływów, jak ją teraz zdefiniowano. Jednakże w sensie prawnym jest to terytorium podległe Królestwu Danii. Staje się więc potencjalnym zarzewiem konfliktu obu państw, podważając spójność sojuszu NATO, do którego Dania należy. No i wystawia na wielką próbę  57 tys. mieszkańców w istocie niezamieszkałej, za to przez większą część roku zamarzłej Grenlandii. Oni amerykańskiej dominacji nie chcą, a ich premier Mute Egede coraz głośniej domaga się niepodległości. Tylko kto będzie się z nim i podległymi mu obywatelami liczył?

Prawo silnego

Polaryzacja wokół potencjalnej aneksji Grenlandii już jest – i zapewne będzie narastała. Dla jednych, częściowo w USA, ale też w Europie i na innych kontynentach, taka akcja byłaby kolejnym przejawem amerykańskiego imperializmu, a nawet kolonializmu. Dla innych natomiast, podobnie jak Trump nie kierujących się wartościami, lecz nagimi interesami, byłaby jedynie konsekwencją przyjętej strategii: bierzemy to, co uważamy za nasze. Jak wiemy z historii, tego typu działania bywają wręcz brutalne, ale są zgodne z odwiecznymi zasadami polityki siły. Rządzi w niej prawo silniejszego, który dyktuje swoje warunki i zasady, a mniejsi i słabsi mają się tej logice podporządkować. Natomiast ten, kto nie chce się woli silnego podporządkować, jak prezydent Maduro, będzie do porządku przywoływany, a gdy trzeba usuwany, uwięziony, a nawet dekapitowany.

W ostatnich dekadach, po rozpadzie ZSRR, w erze globalizacji, integracji i konwergencji oraz obowiązujących liberalnych norm i zasad o tych wilczych prawach jakby zapomnieliśmy. Teraz nadeszła brutalna pobudka. A Donald Trumnp powiada, że „nie czuje się zobowiązany  do przestrzegania prawa międzynarodowego”. Natomiast w wywiadzie dla „New York Timesa" stwierdził: „Ogranicza mnie tylko własna moralność, a prawa międzynarodowego nie potrzebuję” – po raz kolejny wywołując konsternację.  

Surowce to podstawa

 Co się stanie z Grenlandią i co to dla niej oznacza, nie wiemy. Ale wiemy, że determinacja Trumpa jest duża, a stoją za nią kalkulacje biznesowe i transakcjonizm. Jakby nie było, Grenlandia legitymuje się dużymi zasobami surowców. To miedź, złoto, diamenty, grafit, kobalt i – tak ostatnio cenne i poszukiwane – metale ziem rzadkich. W istocie rzeczy, podobnie jak w Rosji, można się tam natknąć na całą tablicę Mendelejewa.

Tymczasem rękę na tych surowcach położyła nie tylko pobliska Kanada, ale przede wszystkim Chiny. Duże zainteresowanie nimi wyraża też Rosja. Toteż teraz chcą te zasoby przejąć Amerykanie. W przypadku największych na globie złóż ropy w Wenezueli udowodnili, że w sięganiu po nowe surowce nie cofną się przed niczym. Tym bardziej, że dla Trumpa, zgodnie z zasadą „drill baby drill” (wierć, dziecko, wierć) liczą się surowce, a nie jakieś – niezrozumiałe dla niego – alternatywne źródła energii. Kuba zaś może poszczycić się co najwyżej plantacjami trzciny cukrowej i produkcją cygar lub rumu.

Izolacja USA, polaryzacja Zachodu

Dlatego Grenlandia znalazła się na jego porządku dnia. Tymczasem obecna amerykańska administracja z opinią międzynarodową nie za bardzo się liczy. Najpierw wycofała się ze Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) oraz porozumień klimatycznych i wstrzymała pomoc zagraniczną w ramach USAID. Teraz ogłosiła wycofanie się z ogółem aż 66 organizacji międzynarodowych, przede wszystkim agend ONZ.

Tym samym mamy na amerykańskiej agendzie izolacjonizm połączony z interwencjonizmem. Daje to piorunującą wręcz mieszankę, szczególnie dla dominujących w poprzednich dekadach, po rozpadzie ZSRR, liberalnych elit w USA (Demokraci) oraz w większości państw członkowskich UE i instytucji europejskich.

Widzimy też, dosłownie wszędzie w świecie zachodnim, z Polską włącznie, że obecna polityka USA prowadzi do ostrej polaryzacji wśród ich dotychczasowych sojuszników i partnerów.

Dotychczas była ona zauważalna w postaci odmiennego podejścia różnych sił politycznych do Ukrainy i Rosji. Nie trzeba być jednak prorokiem, by przewidywać, iż ewentualna amerykańska interwencja w Grenlandii – bez względu na jej formę i zakres – prowadziłaby do dalszej eskalacji napięć oraz jeszcze większej fragmentacji i polaryzacji. Te natomiast wprost umacniałby rywali Zachodu, od Chin i Rosji począwszy.

No a poza tym Chiny, na co zwraca uwagę wielu analityków i badaczy, w przypadku jakiejkolwiek interwencji w Grenlandii, niejako automatycznie miałyby uzasadnienie dla swoich planów aneksji Tajwanu.

Główne wnioski

  1. Rok 2026 na arenie międzynarodowej rozpoczął się z tupetem i dynamicznie – od amerykańskiej interwencji i porwania pary prezydenckiej z Wenezueli, kraju o największych zasobach ropy naftowej na globie.
  2. Niewątpliwy sukces tej interwencji, choć na ostateczne oceny tej interwencji jest jeszcze zbyt wcześnie, podbudował i tak wielkie ego Donalda Trumpa, który jako następny cel wyznaczył sobie bogatą w surowce i ważną strategicznie Grenlandię.
  3. Ewentualna kolejna interwencja byłaby o wiele bardziej ryzykowna, a dla spójności NATO i świata zachodniego niebezpieczna, jeśli nie wręcz śmiertelna. Widać jednak, że obok Ukrainy, Tajwanu czy szerzej rozumianego Bliskiego Wschodu, wyłania się nowe ognisko zapalne. Tym razem wewnątrz do tej pory spójnego Zachodu. Jego trwałość już była – i jest – niejednokrotnie testowana wokół Ukrainy. Jednakże Grenlandia to niejako inna półka. W jej przypadku kontrowersja dotyczy bowiem organizmów wewnątrz NATO, przecież przez dekady synonimu potęgi Zachodu. Przy tej okazji niestety może zostać ona mocno zachwiana.