Kategorie artykułu: Polityka Świat

Wenezuela i Grenlandia a sprawa polska. Jak polscy politycy reagują na napięcia międzynarodowe

Przyzwyczailiśmy się do tego, że dwóch polskich polityków potrafi mieć trzy różne opinie. Okazuje się jednak, że w sprawach międzynarodowych różnice te wyraźnie się zacierają. W kontekście wydarzeń wokół Wenezueli i Grenlandii głosy krytyczne wobec Stanów Zjednoczonych pojawiają się rzadko, a jeśli już – mają raczej ograniczony zasięg. Dziś przyglądamy się temu, jak polscy politycy reagują na ostatnie napięcia na świecie.

Prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump
Głównym sprawcą międzynarodowego zamieszania na początku roku jest prezydent USA Donald Trump. Po pojmaniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro Trump grozi zajęciem Grenlandii. Wyspa należy do Danii, wieloletniego sojusznika USA. Fot. PAP/Avalon

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jakie narracje przyjmują główne polskie partie wobec wydarzeń wokół Wenezueli i Grenlandii.
  2. Dlaczego sprawa Grenlandii jest szczególnie kłopotliwa dla prawicy, zwłaszcza dla Prawa i Sprawiedliwości.
  3. Którzy politycy dostrzegają w tych wydarzeniach potencjalne zagrożenie dla Polski.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Nie jest tajemnicą, że polska klasa polityczna najchętniej zajmuje się sprawami wewnętrznymi. Równie oczywiste jest jednak to, że kluczowe procesy wpływające na bezpieczeństwo Polski rozgrywają się poza jej granicami. Od lat przyzwyczajeni jesteśmy do napięć na wschodzie, natomiast nowym elementem są wydarzenia rozgrywające się na zachodniej półkuli.

Ich katalizatorem stał się prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump, który – odwołując się do własnej wersji doktryny Monroe, określanej przez komentatorów mianem „doktryny Donroe” – zdecydował się na bezpośrednią interwencję w Wenezueli. Amerykańskie wojska w krótkim czasie przejęły kontrolę nad sytuacją. Prezydent Nicolas Maduro został zatrzymany i przetransportowany do Nowego Jorku, gdzie ma stanąć przed sądem. Na razie nie jest jasne, jaki kierunek przyjmie dalsza polityka administracji USA wobec tego kraju.

Na tym jednak nie koniec. W połowie stycznia uwagę opinii publicznej przyciągnęły również wypowiedzi Donalda Trumpa dotyczące Grenlandii. Prezydent USA otwarcie stwierdził, że wyspa – należąca do Danii, a więc państwa członkowskiego NATO – powinna znaleźć się pod kontrolą Stanów Zjednoczonych. W jego narracji jest to kwestia bezpieczeństwa: jeśli nie zrobią tego Amerykanie, zrobią to Rosja lub Chiny.

Deklaracje te wywołały falę komentarzy w Europie, jednak reakcje polityczne pozostały stonowane. Pojawiły się słowne protesty, ale ani Komisja Europejska, ani przywódcy państw unijnych nie zdecydowali się na realne działania wobec USA. Również w Polsce ton wypowiedzi był powściągliwy – dominowały apele o zachowanie jedności sojuszniczej i ostrożność w ocenach.

Sprawa Grenlandii retorycznym kłopotem dla PiS-u

W szybkim tempie ostatnich wydarzeń polscy politycy poruszają się dość niepewnie i – co nie jest zaskoczeniem – sięgają po znane już schematy. Szczególnie widoczne jest to w przypadku polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy od lat konsekwentnie budowali narrację bliskiego sojuszu z Donaldem Trumpem. Właśnie ta linia dziś okazuje się problematyczna. Ale po kolei.

W środę 13 stycznia studenci Szkoły Głównej Handlowej zorganizowali otwarte spotkanie z Mateuszem Morawieckim. Były premier częściej mówił o gospodarce, rozwoju i geopolityce niż o bieżącej polityce krajowej. W trakcie dyskusji padło jednak pytanie o jego stosunek do zapowiedzi Donalda Trumpa dotyczących Grenlandii.

Morawiecki wyraźnie próbował zachować równowagę między lojalnością wobec byłego prezydenta USA a krytyką naruszania prawa międzynarodowego wobec państwa sojuszniczego. Ostatecznie stwierdził jednak, że choć „nie jest Inuitem, to wolałby żyć pod rządami amerykańskimi niż duńskimi”.

Ironia sytuacji polega na tym, że tego samego dnia premier Grenlandii, Jens-Frederik Nielsen, oświadczył w Kopenhadze coś dokładnie przeciwnego. „Jeśli mamy wybierać między USA a Danią, to wolimy pozostać częścią Królestwa Danii” – powiedział.

Prezydent proamerykański, lecz dyplomatyczny

Prezydent Karol Nawrocki, zapytany o swoją ocenę działań Stanów Zjednoczonych wobec Grenlandii, nie zajął jednoznacznego stanowiska.

– Liczę, że ta sprawa rozwiąże się na drodze dyplomatycznej między prezydentem USA a premier Danii. Jeśli spojrzymy na Grenlandię z perspektywy geopolitycznej i strategicznej oraz uwzględnimy zagrożenie ze strony Rosji i rywalizację gospodarczą z Chinami, widać wyraźnie, że jest to obszar o dużym znaczeniu. To temat wymagający pogłębionej dyskusji w ramach partnerstwa. Mam nadzieję, że w tym kierunku będą zmierzały dalsze rozmowy – powiedział prezydent.

Jeszcze bardziej enigmatyczny komentarz opublikował poseł PiS Paweł Jabłoński. Polityk zasugerował, że Grenlandczycy mają prawo do samostanowienia, nie odnosząc się wprost do kwestii ewentualnych działań Stanów Zjednoczonych.

Dla polityków prawicy, którzy od lat stawiają na bliski sojusz ze Stanami Zjednoczonymi i osobą Donalda Trumpa, sprawa Grenlandii okazuje się jednak kłopotliwa. Spór dotyczy bowiem relacji między państwami należącymi do NATO – organizacji, której znaczenie dla bezpieczeństwa Polski politycy PiS konsekwentnie podkreślają. Z tego powodu ich wypowiedzi, choć wyraźnie proamerykańskie, nie są już tak jednoznaczne jak w innych przypadkach.

Wyraźnie kontrastuje to z reakcjami po amerykańskiej interwencji w Wenezueli.

Postwenezuelski triumfalizm na prawicy

Na początku stycznia politycy PiS nie kryli poparcia dla działań Donalda Trumpa w Ameryce Południowej. Podkreślali, że reżim Nicolása Maduro musiał zostać obalony, a interwencja Stanów Zjednoczonych była zarówno konieczna, jak i skuteczna.

Przemysław Czarnek określił Maduro mianem „herszta narkomafii”. Wyraził nadzieję, że działania USA doprowadzą do poprawy sytuacji mieszkańców Wenezueli poprzez demokratyzację państwa. W swoich wypowiedziach powoływał się także na rozmowę z liderką wenezuelskiej opozycji i laureatką Pokojowej Nagrody Nobla, Maríą Coriną Machado.

Na razie jednak niewiele słychać o realnych przygotowaniach do demokratyzacji Wenezueli, a dotychczasowa opozycja nie zbliżyła się do przejęcia władzy.

Znacznie dalej w swoich ocenach poszedł Mariusz Kamiński z PiS, były koordynator służb specjalnych. W serwisie X porównał Donalda Tuska do dyktatora – w domyśle Nicolása Maduro.

Rządowe dylematy: jak zdystansować się od Trumpa, ale nie za bardzo

W obozie rządowym nastroje są inne. Po amerykańskiej interwencji w Wenezueli premier Donald Tusk początkowo reagował powściągliwie. Później zwrócił uwagę na ironię sytuacji, w której Rosja potępia zbrojną interwencję w innym państwie. Ostatecznie temat wenezuelski powiązał z krajową polityką, odpowiadając na wpisy Mariusza Kamińskiego oraz Tomasza Sakiewicza, wzywającego do obalenia „reżimu Tuska”.

Bardziej złośliwy ton przyjął minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, choć jego krytyka była skierowana przede wszystkim pod adresem krajowej prawicy. Jednocześnie Sikorski – podobnie jak premier – nie potępił wprost działań USA jako naruszenia prawa międzynarodowego. W tym sensie stanowisko rządu i PiS, mimo różnic w tonie, okazało się zbieżne.

Kilka dni później zarówno premier, jak i szef MSZ wykazali się jednak większą asertywnością wobec Waszyngtonu. Obaj udostępnili wspólne oświadczenie przywódców państw UE, jednoznacznie popierające wyłączne prawo Danii i Grenlandii do decydowania o przyszłości wyspy.

„Działanie bez sensu”. Spór o wysłanie wojsk

Rząd ma zresztą wyraźny problem z pomysłem wysłania wojsk na Grenlandię. Kluczowy zarzut dotyczy faktu, że planowana misja – choć inicjowana przez państwa Unii Europejskiej – nie odbywa się pod auspicjami żadnej formalnej struktury międzynarodowej: ani ONZ, ani UE, ani tym bardziej NATO.

– To działanie bez sensu. Albo mamy misję NATO, z udziałem USA, albo nie ma to ani politycznego, ani wojskowego uzasadnienia – mówi nam jeden z członków rządu.

Na uwagę, że Niemcy i Francja zdają się mieć inne zdanie, odpowiada krótko.

– A czy graniczą z Rosją? Czy potrzebują USA tak jak my? Będą walczyć z Amerykanami na Grenlandii? – dodaje nasz rozmówca.

Na pytanie, czy w takim razie mamy do czynienia z polityczną samowolką Berlina i Paryża, słyszymy: „Trochę tak”.

Awantura może wzmocnić szefa MON

Decyzja o niewysyłaniu polskich żołnierzy na Grenlandię może wzmocnić pozycję Władysława Kosiniaka-Kamysza. Szef MON publicznie wypowiada się w tej sprawie ostrożnie, podkreślając, że „najważniejsza jest jedność NATO i Zachodu”.

„Polska chce tę jedność zachować i dbać o to, co kluczowe dla wspólnego bezpieczeństwa” – mówił w rozmowie z PAP.

Nieoficjalnie słyszymy jednak, że była to świadoma i przemyślana decyzja szefa MON. Nie chciał on angażować Polski w improwizowaną „koalicję grenlandzką”. Sprawy obronne pozostają w jego gestii, choć formalnie współdzieli je z prezydentem.

W kuluarach mówi się też, że Kosiniak-Kamysz wysyła w ten sposób sygnał do Waszyngtonu, pokazując swoją podmiotowość w rządzie. A przy okazji wzmacniając własną pozycję polityczną.

– Donald Tusk zdaje sobie sprawę, że w tym obszarze nie ma dużego pola manewru. Jego pozycja międzynarodowa jest dziś słabsza. Przekonanie Władysława Kosiniaka-Kamysza do wysłania wojsk mogłoby się po prostu nie udać – słyszymy w MON.

Polityczna układanka wokół MON

Na tym tle pojawił się dodatkowy kontekst. Kilka dni temu Radio ZET poinformowało, że wydział ds. wojskowych Prokuratury Okręgowej w Warszawie analizuje zawiadomienie dotyczące części kontraktów zbrojeniowych zawartych przez Agencję Uzbrojenia.

Część z nich podpisano już za kadencji Kosiniaka-Kamysza. Za modernizację armii odpowiada jego zastępca, Paweł Bejda z PSL. To polityk działający dotąd w cieniu, ale posiadający silną pozycję w koalicji.

W rządowych kuluarach nie brakuje opinii, że całą sytuację można odczytywać jako element politycznej gry. Jeden z rozmówców określa Kosiniaka mianem „stabilizatora” koalicji – i to właśnie ta stabilność ma dziś dla rządu kluczowe znaczenie.

Należy jednak uczciwie zaznaczyć, że w efekcie decyzji Władysława Kosiniaka-Kamysza Polska nie została objęta karnymi cłami. To z kolei wzmacnia pozycję polskiego eksportu na rynku amerykańskim. W tym kontekście działania szefa MON mogą przynieść wymierne korzyści gospodarcze. Co więcej, Kosiniak może liczyć na dość nieoczekiwane wsparcie. Całość rozgrywa się bowiem w politycznym trójkącie, którego wierzchołki wyznaczają: Ministerstwo Obrony Narodowej, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów oraz Kancelaria Prezydenta.

Jak słyszymy od jednego z wpływowych polityków Platformy Obywatelskiej, wysyłanie żołnierzy na Grenlandię po prostu nie pasuje do obecnej układanki politycznej Kosiniaka-Kamysza. Nie chce on psuć relacji ani z administracją amerykańską, ani z prezydentem Karolem Nawrockim. Ten ostatni, jako zwierzchnik sił zbrojnych, musiałby bowiem wyrazić zgodę na udział polskich żołnierzy w takiej operacji. Widać wyraźnie, że szef MON stara się utrzymać poprawne relacje z prezydentem. To, w kontekście słabych sondaży PSL, ma również swoje uzasadnienie polityczne.

Równolegle, jak słyszymy w MON, inne państwa – zwłaszcza z regionu Morza Bałtyckiego – które mogą zostać objęte sankcjami, analizują możliwość przenoszenia części produkcji do Polski. Nie bez znaczenia pozostaje fakt, że zaproponowana przez Kosiniaka-Kamysza nowa strategia dla basenu Morza Bałtyckiego, zakładająca budowę makroregionu gospodarczo-obronnego z centrum w Polsce, zaczyna nabierać bardzo konkretnych kształtów.

Nieprzypadkowo na oficjalnym koncie w serwisie X szefa MON próżno szukać odniesień do Grenlandii. Są za to informacje o spotkaniach z litewskim odpowiednikiem dotyczących Tarczy Wschód oraz Bałtyckiej Linii Obrony. Jak powiedziałby klasyk: „przypadek? Raczej nie”.

Głos odrębny z Polski 2050

Wśród koalicjantów wyraźnie odmienny ton przyjęła Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Minister funduszy i polityki regionalnej zwróciła uwagę na niebezpieczny dla Polski precedens, jakim jest łamanie prawa międzynarodowego. Jej wypowiedź wyróżniała się na tle pozostałych głosów z obozu rządzącego.

Dla porządku warto przyjrzeć się również stanowiskom polityków mniejszych partii opozycyjnych – zarówno z prawej, jak i lewej strony sceny politycznej.

Konfederackie zdystansowanie

Lider Konfederacji Sławomir Mentzen opublikował wpis, w którym zasugerował hipokryzję części ekspertów i polityków. W zawoalowany sposób zestawił rosyjską agresję na Ukrainę z amerykańską interwencją w Wenezueli.

Krzysztof Bosak poszedł nieco inną drogą. Wyraźnie zdystansował się zarówno od jednoznacznego poparcia, jak i od potępienia działań Stanów Zjednoczonych. W jego ocenie Polska powinna przede wszystkim „zacząć traktować siebie poważnie”.

Razem po stronie prawa międzynarodowego

Lewicowa opozycja jednoznacznie odcięła się zarówno od poparcia amerykańskiej interwencji, jak i od reżimu Nicolása Maduro. W podobnym tonie jak Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz wypowiedział się poseł Razem Maciej Konieczny, podkreślając negatywne konsekwencje łamania prawa międzynarodowego dla bezpieczeństwa Polski.

Podobne stanowisko zajął Adrian Zandberg, współprzewodniczący partii Razem. W opublikowanym materiale wideo ostro skrytykował zarówno działania Donalda Trumpa wobec Grenlandii, jak i postawę polskiej prawicy.

„Przypominam wszystkim entuzjastom tego nowego, wspaniałego, imperialnego świata, wszystkim zakochanym w Donaldzie Trumpie, że Polska leży tam, gdzie leży. Jeśli Amerykanie uznają, że mogą sięgać po cudze terytoria, to w naszym regionie jest ktoś inny, kto też chętnie ogłosi swoją strefę wpływów. Akceptowanie takiego myślenia to granie w grę Kremla” – mówił Adrian Zandberg.

Partyjny interes ponad racją stanu?

Choć sytuacja międzynarodowa pozostaje dynamiczna, niewiele wskazuje na to, by w najbliższym czasie miało dojść do istotnych zmian w narracjach głównych obozów politycznych. Przeciwnie – przytoczone przykłady pokazują raczej trwałość dotychczasowych linii podziału.

Jak zauważa politolog dr Mateusz Zaremba z SWPS, podejście polskich polityków do spraw międzynarodowych w dużej mierze determinowane jest kalkulacją wewnątrzpolityczną, a nie długofalową refleksją nad racją stanu.

Zdaniem eksperta

Między Waszyngtonem a własnym elektoratem. Jak polscy politycy stają się zakładnikami wizerunku w grze o sojusze

Moim zdaniem polityka międzynarodowa jest złożoną grą rozmaitych interesów, których my jako obywatele – nawet ci bardzo zainteresowani – nie znamy do końca, ponieważ są one utrzymywane w głębokiej dyskrecji. To pierwsza kwestia. Po drugie, istnieją pewne historyczne zaszłości dotyczące sojuszników oraz wrogów. Te sprawy nie są oczywiste ani jednoznaczne, ponieważ różne grupy wyborców mają odmienne postrzeganie instytucji międzynarodowych, a także konkretnych partnerów i przeciwników.

Polityka międzynarodowa jest bardzo zniuansowana, a alianse są zróżnicowane; wciąż obecne są w nich określone wartości. Polska nie jest pod tym względem jednorodna – ale żaden kraj taki nie jest. Przykładem może być historyczne zderzenie strategicznych wizji Piłsudskiego i Dmowskiego – orientacji między Niemcami i Zachodem a Wschodem. Politycy, prowadząc politykę zagraniczną, muszą umiejętnie poruszać się na scenie międzynarodowej, tak aby nie naruszyć własnej wiarygodności w oczach wyborców.

Warto zwrócić uwagę, że kolejne kraje europejskie deklarują wysłanie wojsk na Grenlandię. My jednak od lat pozostajemy państwem wyraźnie proamerykańskim i – niezależnie od tego, kto sprawował władzę – ta tendencja była w Polsce silna. Jerzy Urban zarzucał Leszkowi Millerowi nadmierną proamerykańskość; Millerowi i Kwaśniewskiemu wypominano również decyzję o wysłaniu wojsk do Afganistanu i Iraku. W kontekście Iraku padł słynny komentarz Jacques’a Chiraca, że Polska straciła okazję, by siedzieć cicho. Szczególnie prawica postsolidarnościowa od lat żywi silny sentyment do republikańskich prezydentów USA, zwłaszcza Ronalda Reagana, oraz do mitu Stanów Zjednoczonych jako kraju wolności i dobrobytu.

Sytuacja zaczęła się zmieniać wraz z wygraną Donalda Trumpa. Wizerunkowo polityków Koalicji Obywatelskiej obciążyły ich wcześniejsze, dość ostre wypowiedzi pod jego adresem. Niezależnie od ich merytorycznej zasadności, były one jednoznaczne i publiczne. Widziałem ostatnio nagranie Donalda Tuska, w którym sugerował, że PiS w tej sprawie lawiruje. W rzeczywistości jednak PiS zawsze był formacją wyraźnie proamerykańską, ale również środowisko Tuska nigdy nie prezentowało postawy antyamerykańskiej. O tych relacjach mówi się dziś szczególnie dużo – właśnie dlatego, że prezydentura Trumpa uwypukliła napięcia i sprzeczności, które wcześniej pozostawały w tle.

Prawo i Sprawiedliwość tradycyjnie opiera swoją politykę zagraniczną na bliskim sojuszu ze Stanami Zjednoczonymi, a w szczególności z obozem Donalda Trumpa. Koalicja Obywatelska i jej partnerzy koalicyjni nie utrzymują z Trumpem równie dobrych relacji, ale trudno też mówić o otwartej wrogości czy jednoznacznej krytyce. Jest to zresztą postawa charakterystyczna dla większości europejskich przywódców, choć na tym tle nieco bardziej asertywnie wypada ostatnio prezydent Francji wraz ze swoim rządem.

Co do zasady jednak, mimo rosnącej irytacji działaniami Trumpa, Europa pozostaje w sferze deklaracji. Poza słownymi protestami nie widać działań, które realnie zmieniałyby układ sił czy sposób reagowania na amerykańską politykę. Tymczasem czas nie działa na korzyść Europy – także tej jej części, która w sąsiadach widzi zagrożenie, a w Stanach Zjednoczonych, nawet łamiących prawo międzynarodowe, wciąż dostrzega głównego gwaranta bezpieczeństwa.

Główne wnioski

  1. Selektywne podejście do prawa międzynarodowego w imię sojuszu z USA. Analiza postaw głównych sił politycznych – PiS i KO – pokazuje niepokojący schemat. Wierność sojusznicza wobec Stanów Zjednoczonych coraz częściej przeważa nad pryncypialnym podejściem do prawa międzynarodowego. Widać to wyraźnie w rozmytych, ostrożnych reakcjach na działania USA wobec Wenezueli i Grenlandii. Taka niespójność osłabia wiarygodność Polski w momentach, gdy domaga się ona przestrzegania tych samych zasad przez Rosję.
  2. Polityka zagraniczna jako narzędzie walki wewnętrznej. Globalne napięcia nie są w Polsce traktowane jako wyzwania wymagające ponadpartyjnego konsensusu. Zamiast tego stają się elementem krajowej rywalizacji politycznej. Przykładem są wypowiedzi części polityków PiS, zestawiające Donalda Tuska z wenezuelskim dyktatorem. Tego typu retoryka prowadzi do trywializacji realnych zagrożeń geopolitycznych i sprowadza kwestie bezpieczeństwa – od Grenlandii po Amerykę Południową – do poziomu bieżącej walki o elektorat.
  3. Prawo i Sprawiedliwość od lat konsekwentnie stawia na sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, a w szczególności z obozem Donalda Trumpa. Koalicja Obywatelska i jej partnerzy koalicyjni nie utrzymują z Trumpem równie bliskich relacji, jednak trudno mówić także o otwartej czy konsekwentnej krytyce. Jest to zresztą postawa charakterystyczna dla większości europejskich przywódców, choć na tym tle wyróżnia się w ostatnim czasie bardziej asertywne stanowisko prezydenta Francji oraz jego rządu.