Mali w uścisku dżihadystów
Zachodnioafrykański kraj Mali nie rozpada się w jednym spektakularnym momencie. Mali osuwa się powoli, niemal niezauważalnie, pod ciężarem dżihadystów, wojskowych puczów i cynicznych zagranicznych sojuszy. Nad Nigrem, gdzie bosonodzy robotnicy dzień po dniu wydobywają piasek na potrzeby rosnącej stolicy, toczy się życie, które państwo coraz słabiej potrafi chronić. Podróżując między Bamako, Timbuktu i Ségou, obserwuję kraj, w którym propaganda zastąpiła politykę, bezpieczeństwo stało się towarem, a obietnica „nowych przyjaciół” z zewnątrz okazuje się kolejną formą zależności.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak naprawdę wygląda codzienne życie w Mali ogarniętym wojną poza nagłówkami serwisów informacyjnych.
- Jak działają mechanizmy powolnej destabilizacji państwa: od dżihadystycznych ataków i wojskowych puczów, przez rosyjskie zaangażowanie, po propagandę i kryzys paliwowy w stolicy.
- Jak wygląda życie Mali od środka oczami przewodników, klanowych liderów i urzędników, w kraju, który próbuje funkcjonować mimo strachu, izolacji i braku nadziei.
Rzeka Niger to kręgosłup kraju. Wodna arteria, która karmi miliony mieszkańców tego sahelskiego kraju, od wieków służy jako główny szlak komunikacyjny i handlowy, nad którym rozwinęły się najważniejsze miasta całego regionu.
W stolicy Mali, na rogatkach trzymilionowej metropolii, wydobywanie piasku rzecznego metodami niemal starożytnymi daje zatrudnienie tysiącom ludzi. Gdyby nie ciężarówki wywożące żółty piasek, tereny nadrzeczne mogłyby posłużyć Ridleyowi Scottowi jako idealny plener do kolejnej części filmu „Gladiator”. Bosonodzy mężczyźni przenoszą piasek za pomocą dużych sit. Balansują zgrabnie parami, przemierzając dziennie kilka kilometrów po tymczasowych kładkach ustawionych z desek i łączących łodzie cumujące w pobliżu ze stałym lądem.
Każdego dnia para robotników jest w stanie przenieść ponad tonę piachu. Kobiety w barwnych sukniach boubou, otoczone gromadkami dzieci, gotują ryż dla robotników albo przesiewają piasek w celu uzyskania droższego miału, używanego w przemyśle ceramicznym. Najbliższe ciężarówki parkują dwadzieścia metrów od rzeki. Przy każdej wywrotce co najmniej czterech młodych mężczyzn ładuje cenny surowiec z pomocą szufli i łopat. Pracują metodycznie, bez przerwy. Co kilka minut jeden z załadowanych samochodów rusza powoli, kołysząc się po wybojach, aby po kilku chwilach dojechać do asfaltowej szosy i ruszyć w kierunku zamglonego Bamako.
Piasek trafia bezpośrednio na jedną z wielu budów stolicy Mali. Dniówka robotników wynosi 6 tys. franków CFA (używanych w Afryce), czyli około 40 złotych. Płaca ta dorównuje pensji nauczycieli w państwowych szkołach. Rozwój kraju napędzają demografia oraz inwestycje w przemysł wydobywczy. Prawie 80% ludności ma mniej niż 35 lat. Stały dopływ nowych pracowników fizycznych nie zmusza firm do usprawnień produkcyjnych i pozwala generować wysokie zyski. Gospodarka Mali od kilku lat rośnie w tempie przekraczającym cztery procent rocznie, pomimo trwających konfliktów zbrojnych. Firmy z Rosji, Chin, Turcji, Indii, Kanady oraz Wielkiej Brytanii działają tu coraz prężniej, mimo wysokiego zagrożenia terrorystycznego.
Jedyną nadzieją jest krach gospodarczy, który pozwoli ludziom przejrzeć na oczy
Wracam do Bamako po ćwierćwieczu nieobecności. Stolica w tym czasie potroiła swoją populację, a Chińczycy ufundowali trzeci most spinający oba brzegi Nigru. W nowej dzielnicy ACI 2000 przybyło kilka nowoczesnych wieżowców. Zaopatruję się we francuskie jogurty w dużym sklepie spożywczym sieci Coccinelle Supermarché, gdzie półki uginają się pod ciężarem międzynarodowych produktów spożywczych. Mój czteropiętrowy hotel znajduje się tuż przy jednej z szerokich ulic. Wejścia strzegą żołnierze uzbrojeni w karabiny maszynowe. Zastępują hotelowych boyów w liberiach, otwierając drzwi wejściowe, ale nie pomagają we wnoszeniu walizek. Kwestie bezpieczeństwa oraz problemy z paliwem to dziś najważniejsze zagadnienia w Bamako.
Jadam obiady w towarzystwie naszego przewodnika Amadou, pochodzącego ze słynnego ludu Dogonów. Z branżą turystyczną związany jest od osiemnastu lat, włada kilkoma językami i wykazuje się ponadprzeciętną umiejętnością analizy obecnej sytuacji w Mali.
– Putin to kłamca. On nam nie pomoże, tak, jak nie pomógł Mugabe po wyrzuceniu białych farmerów z Zimbabwe – mówi Amadou.
W zamian za poparcie izolowanego Zimbabwe na arenie międzynarodowej Putin otrzymał koncesje na wydobycie złota i platyny. Rosjanie szantażowali Mugabe i systematycznie zwiększali swój udział w zyskach z eksploatacji metali szlachetnych. Wiemy, jak skończyła się polityka Mugabe. Jeden dolar amerykański był wart tryliony lokalnych dolarów.
Ale Rosja musi być popularna w Mali. Widziałem kilka rosyjskich flag powiewających obok malijskich bander na barkach pływających po Nigrze.
– Ludzie są zmanipulowani, słuchają rządowej propagandy telewizyjnej. Siedemdziesiąt procent ludności ma jedynie elementarne wykształcenie, ledwie czyta i ślepo wierzy generałowi, wierzy, że Rosjanie to przyjaciele – mówi Amadou.
Amadou nie wierzy Rosji.
– Putin nie jest bogiem. Od czasu pierwszego puczu wojskowego w 2012 r. w Bamako nasza sytuacja ekonomiczna systematycznie się pogarsza i Rosja nie zahamuje naszego upadku. Jedyną nadzieją jest krach gospodarczy, który pozwoli ludziom przejrzeć na oczy, wzniecić oddolną rewolucję, obalić obecny rząd i powrócić do władzy opartej na demokracji – mówi Amadou.
Powolna destabilizacja kraju
Rząd Mali od ponad dekady prowadzi liczne wojny, jednak do niedawna udawało mu się powstrzymywać przemoc na wiejskich obszarach kraju. Podobnie było w sąsiadujących z Mali państwach, takich jak Burkina Faso i Niger. Dziś jednak stolice tych sahelskich krajów oraz ich główne miasta są zagrożone przez ugrupowania dżihadystyczne powiązane z Al-Kaidą i tzw. Państwem Islamskim. W rankingu zagrożenia terrorystycznego w 2025 r. Mali awansowało na niechlubne czwarte miejsce, ustępując jedynie takim krajom jak Burkina Faso, Pakistan i Syria.
Choć organizacje dżihadystyczne, takie jak Islamski Ruch Zbrojny oraz Zbrojna Grupa Islamska, działały w sąsiedniej Algierii przez ostatnie dwie dekady XX w., pierwsze poważne niepokoje w Mali pojawiły się dopiero po Arabskiej Wiośnie. W wyniku represji wobec ruchów opozycyjnych, w tym Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie, dżihadyści uciekający przed surowymi programami antyterrorystycznymi zapuścili korzenie w regionie Sahelu. Zagrozili kruchemu zawieszeniu broni między północnymi ugrupowaniami rebelianckimi a lokalnymi władzami, ponieważ wszystkie te strony rywalizowały o kontrolę nad lukratywnymi szlakami handlowymi Sahelu oraz jego cennymi zasobami mineralnymi.
Wojna w Libii wywołała sejsmiczny wstrząs w Mali. Od pierwszych dni starć libijskie arsenały broni zostały opróżnione, a handel bronią w regionie stał się jednym z najbardziej widocznych przejawów narastającego napięcia gospodarczego, społecznego i politycznego.
Prawie dwa miliony pracujących imigrantów z Afryki Subsaharyjskiej przestało przesyłać pieniądze do swoich rodzin. Powrócił ekonomiczny i społeczny problem Tuaregów, którzy pracowali lub służyli w oddziałach Kaddafiego. Doświadczeni żołnierze, uzbrojeni po zęby, powrócili do idei dużej autonomii w ramach państwa malijskiego. Tuaregowie rozpoczęli potyczki zbrojne z malijskim wojskiem.

Rząd Mali zwrócił się o pomoc wojskową do Francji w 2013 r., która początkowo okazała się skuteczna dzięki operacji Serval, wypierając siły dżihadystów z centralnej części kraju oraz ich bastiony na północy.
W latach 2020-2021 malijskie wojsko przeprowadziło kolejne pucze, które fundamentalnie zmieniły równowagę sił w kraju. Malijska junta przejęła władzę i wyparła europejskich partnerów, korzystając z fali antykolonialnej niechęci do Francji oraz rodzących się nastrojów prorosyjskich. Podobne zamachy stanu miały miejsce w Nigrze i Burkina Faso, choć początkowo przy ograniczonym zaangażowaniu Rosji.
Rosyjskie wsparcie nie uratowało Mali ani jego sąsiadów. Wspierana przez państwo rosyjskie prywatna firma najemnicza, Grupa Wagnera, objęła dowództwo nad działaniami antyterrorystycznymi w Mali na początku 2022 r., tuż przed rozpoczęciem przez Rosję inwazji na Ukrainę. Grupa Wagnera niemal natychmiast zaczęła mordować cywilów, próbując wysłać sygnał wiejskiej ludności Mali, że współpraca z dżihadystami jest niedopuszczalna. Strategia ta nie przyniosła jednak oczekiwanych efektów, ponieważ malijscy żołnierze i cywile sprzeciwili się okrucieństwom, takim jak potępiona przez społeczność międzynarodową masakra w Moura.
Na polecenie Moskwy Grupa Wagnera przeniosła się na Ukrainę, gdzie starła się z rosyjskim wojskiem o kontrolę nad zasobami. Napięcie to przerodziło się w bunt, niesławny marsz na Moskwę oraz późniejsze zabójstwo jej przywódcy, Jewgienija Prigożyna.
Z popiołów Grupy Wagnera Kreml wskrzesił własne publiczno-prywatne siły ekspedycyjne, znane jako Korpus Afrykański. W czerwcu 2025 r. formacja ta przejęła operacje Grupy Wagnera w Mali. Następnie rozszerzyła swoją obecność na Niger i Burkina Faso, jednak jej działalność była stale ograniczana przez priorytetowe traktowanie przez Kreml konfliktu na Ukrainie.
Korpus Afrykański nie zdołał otrząsnąć się po tej stracie, a jego ograniczone możliwości wyraźnie kontrastują z siłą ruchów dżihadystycznych i separatystycznych w Sahelu. Jama’at Nusrat al-Islam wal-Muslimin (JNIM), lokalny oddział Al-Kaidy, był w ostatnich latach bardzo aktywny w Mali. Najpierw JNIM przeprowadził serię skoordynowanych ataków na kilka baz wojskowych na terenie całego kraju.
Od września 2025 r. trwa nasilająca się ofensywa islamistów, którzy przyjęli taktykę niszczenia konwojów cystern dostarczających paliwo z sąsiedniego Senegalu i Wybrzeża Kości Słoniowej. Powstające niedobory paliwa powodują poważne utrudnienia w podstawowej działalności sklepów, hoteli, szpitali, szkół i fabryk. Przerwy w dostawach prądu są szczególnie dotkliwe dla wszystkich mieszkańców trzymilionowego miasta.

Pomimo napiętej sytuacji w kraju Bamako sprawia wrażenie spokojnego. Liczne patrole policji w granatowych koszulach wymuszają na kierowcach drobne łapówki za rzekome przewinienia drogowe. Największym problemem pozostaje zaopatrzenie w paliwo. Większość stacji benzynowych jest pusta, lecz gdy tylko na którejś z nich pojawia się cysterna, natychmiast formuje się długa kolejka samochodów i skuterów. Codziennie wyjeżdżamy poza miasto, a co drugą noc Amadou wraz z kierowcą koczują do późnych godzin nocnych w kolejkach na stacjach paliw.
Wyprawa do Timbuktu
Tysiąc kilometrów drogi lądowej łączącej Bamako z Timbuktu stało się w ostatnich tygodniach trasą niebezpieczną. Jedynym środkiem transportu zapewniającym łączność z legendarnym miastem na skraju Sahary pozostaje samolot. Linia lotnicza Sky Mali, założona w 2020 r., posiada jeden samolot, wysłużonego Boeinga 737-500, który obsługuje sześć tras, w tym dwie międzynarodowe: do Nigru i Wybrzeża Kości Słoniowej. Loty do Timbuktu odbywają się w poniedziałki i czwartki.
Mimo że jest to lot krajowy, jesteśmy zmuszeni przybyć na lotnisko cztery godziny przed wylotem. Przepisy bezpieczeństwa na głównym lotnisku kraju, noszącym imię pierwszego prezydenta Mali Modibo Keïty, sprowadzają się do wielokrotnego sprawdzania naszych dokumentów oraz promes wizowych wydanych w Europie. Czuję się, jakbym opuszczał Mali. Spisywanie naszych biletów w wersji elektronicznej odbywa się ręcznie i zajmuje wiele czasu.
Następnie udajemy się na pierwsze piętro, do biura policji. Nasze paszporty, wizy oraz ręcznie wypisane numery biletów lotniczych są fotografowane i wysyłane na posterunek w Timbuktu. Dopiero po niemal godzinie możemy rozpocząć odprawę. Jegomość w tradycyjnej afrykańskiej koszuli uszytej z materiału bogolan, oddelegowany do pomocy przy zawiłych czynnościach biurokratycznych, mówi, że wszystko jest w porządku, a policja w Timbuktu została poinformowana o naszym przybyciu.
Oczywiście, że jest poinformowana, co najmniej od dwóch tygodni. Mamy rezerwację hotelową w całkowicie opustoszałym mieście, bez jednego turysty. Przydzielono nam obstawę policyjną składającą się z dwóch pojazdów i dwunastu policjantów uzbrojonych w broń automatyczną. Co prawda nie mamy biletów powrotnych na czwartek i zawierzamy swój najbliższy los w ręce naszego malijskiego kontrahenta, Seydou, który, wysyłając nas do Timbuktu, przekazuje nas pod opiekę lokalnego notabla, głównego dyrektora festiwalu muzycznego w Timbuktu, pana Salaha.
Jeszcze w hotelu Seydou wręcza mi grubą kopertę z gotówką, równowartość kilku tysięcy złotych. Mam ją przekazać panu Salahowi. Jest to zapłata za militarną eskortę oraz usługi lokalnych przewodników.

Samolot leci na północny wschód. Przez ponad godzinę obserwuję w dole nitkę wijącej się rzeki, której towarzyszą rozległe rozlewiska i odnogi, tworzące niepowtarzalną deltę na skraju Sahary. Z wysokości jedenastu tysięcy metrów Mali jawi się jako szaro-brązowe, a woda pobłyskuje w słońcu kolorem zielonego metaliku. Podróż trwa godzinę i piętnaście minut, lecz wydostanie się z samego lotniska w Timbuktu, nie jest łatwą sprawą i zajmuje więcej czasu niż sam lot.
Pas startowy ze skromnym budynkiem mieszczącym salę odpraw oraz niewielką przybudówką służącą jako komisariat jest królestwem mundurowych. Policjant zabiera nasze paszporty oraz wydruki wizowe. Tym razem inscenizacja troski o nasze bezpieczeństwo ma jasno określony cel: bakszysz. Rozpoczyna się oglądanie dokumentów i ceremonia wbijania pieczątek do paszportów.
Delegowany przez pana Salaha do naszej grupy niewysoki Tuareg w błękitnych szatach po godzinie oczekiwania przy policyjnej izbie podchodzi do mnie i mówi bez ogródek: „Niech każdy da po dziesięć tysięcy franków CFA [środkowoafrykańskich, ok. 65 zł – red.]. W przeciwnym razie policja będzie sprawdzać nasze paszporty do wieczora”.
Mamy już wbite do paszportów kolejne czarne pieczątki, wzorowane na starych unijnych stemplach z Europy – wylot z Bamako do Timbuktu oraz przylot do Timbuktu. Dobrze, że nikt nie interesuje się już naszymi żółtymi książeczkami szczepień.
Wyjazd z lotniska przenosi mnie jako żywo na plan filmu wojennego z Afganistanu lub Iraku. Jest to nie mniejsza atrakcja niż zwiedzanie średniowiecznych meczetów zbudowanych z gliny. Przed naszym samochodem jedzie policyjny pickup z czterema funkcjonariuszami w czarnych mundurach, trzymającymi karabiny automatyczne w gotowości do strzału. Mijamy zasieki, antyterrorystyczne bloki betonowe o wysokości prawie półtora metra, szlabany ze strażnikami oraz ufortyfikowane wieże strzelnicze wyłożone setkami worków z piaskiem. W oddali płot okalający lotnisko uwieńczony jest grubymi zwojami drutu kolczastego. Dostrzegam dwie postacie w zielonkawych mundurach opodal jednej z wież. Mają blade twarze, to muszą być Rosjanie z Africa Corps wspomagający obecny reżim. Żołnierze przy szlabanach, których ostatecznie naliczam czterech, noszą panterki w beżowo-zielone wzory. Opancerzone wozy w pobliżu szlabanów zaparkowano za ochronnymi ścianami z betonu.
„Żadnych zdjęć” – przypomina nam błękitny Tuareg, nasz przewodnik. Wyjeżdżamy na asfaltową szosę prowadzącą do miasta.
Miasto bez turystów
Kolejne dwa dni spędzamy na wycieczkach po mieście w asyście eskorty. W Instytucie Ahmeda Baby kilku bibliotekarzy pracuje przy biurkach nad starymi manuskryptami pochodzącymi z wielkiej kolekcji, która została rozproszona w latach 2012-2013 podczas okupacji miasta przez dżihadystów. Ponad trzysta tysięcy bezcennych średniowiecznych manuskryptów udało się wywieźć z miasta, chroniąc je przed zniszczeniem. Niestety wraz z nimi wyjechało z Timbuktu wiele rodzin, które przez pokolenia opiekowały się bibliotekami. Gliniane domy zamienione w muzea, w których mieszkali pierwsi dziewiętnastowieczni europejscy podróżnicy, tacy jak Alexander Gordon Laing, René Caillié czy Heinrich Barth, są zamknięte.
– Wszyscy pracownicy muzeów wyjechali do Bamako. Nie ma kto pracować – wyjaśnia nasz Tuareg.
– Nie ma również turystów – odpowiadam sam sobie, odkrywając puste, wąskie uliczki, gdzie piasek zastępuje asfalt i chodniki. To jakby przyjechać do Międzyzdrojów w środku lipca i zobaczyć zupełnie opustoszałe plaże oraz ogródki piwne – nasuwa mi się plastyczne porównanie związane z białym piaskiem.
Mając ograniczoną swobodę poruszania się po mieście, nasz przestronny hotel staje się naturalnym miejscem spotkań; wieczorami odwiedzają nas sprzedawcy rękodzieła, odziani w niebieskie szaty.
Już pierwszego dnia, zaraz po kolacji, Omar Ag Hamaleck zaprasza nas na ceremonię picia herbaty. Na wewnętrznym dziedzińcu hotelowym, opodal wysokiego muru, rozkłada swoje kolorowe maty. Na stojaku z węglem drzewnym stawia metalowy imbryk z wodą. Z czerwonej, podłużnej torby wykonanej z wielbłądziej skóry wyjmuje garść suszonej mięty i paczkę zielonej herbaty z Chin. Jeden z trzech szklaneczek wypełniony jest już białym cukrem.
– Pierwsza runda picia herbaty jest „gorzka jak życie”, napar będzie mocny i tylko lekko słodki – wyjaśnia, siedząc ze skrzyżowanymi nogami w pozycji tureckiej i przelewając z pewnej wysokości herbatę z czajnika do małych szklaneczek.
Powtarza tę czynność kilkakrotnie, aż do momentu utworzenia się gęstej, białej piany, która wypełnia szklaneczki po same brzegi.
Omar ma czterdzieści trzy lata i jest szefem klanu liczącego trzysta osób. Opowiada o karawanach handlowych, w których brał udział już jako nastolatek, pokonując rozległe połacie Sahary wraz z krewnymi. Podczas każdej kolejnej pustynnej podróży zakres jego obowiązków wzrastał wraz z nabywanym doświadczeniem. W końcu został jednym z liderów, często jadąc na początku, umiejętnie czytając znaki na nocnym nieboskłonie i wybierając właściwy kierunek pośród piasków oraz wydm.
– Podróżowaliśmy zawsze nocą, kiedy gwiazdy wskazują drogę na pustyni – mówi Omar rozmarzonym głosem.
Opowiada o suszy, która zdziesiątkowała stada klanu i zmusiła część rodziny do przeprowadzki do miasta. Wspomina obóz uchodźców w Mauretanii, gdzie spędził kilka miesięcy na przełomie 2012 i 2013 r., gdy dżihadyści opanowali Timbuktu. Taktownie nie zadaję trudniejszych pytań o walkę Tuaregów o pełną autonomię, słucham. Poza tym Timbuktu jest wypełnione Tuaregami, którzy wydają się lojalni wobec obecnej junty i często zajmują oficjalne stanowiska w lokalnych strukturach administracji państwowej.
Podczas drugiej rundy herbaty smak napoju jest łagodniejszy: zawiera więcej cukru, a dodatkowa nuta mięty nadaje mu aksamitny posmak i aromat. Dowiaduję się, że druga szklaneczka nazywa się „słodka jak miłość”. Rozmowa dryfuje w kierunku srebrnej biżuterii i białej broni. Omar jest przede wszystkim biznesmenem i jego kolejne wizyty w naszym hotelu będą przeplatane negocjacjami handlowymi oraz opowieściami o beztroskich czasach sprzed inwazji religijnych fanatyków, którzy przybyli na tereny Mali z zagranicy.
Przez kolejne dwa wieczory poznaję społeczną strukturę jego klanu, rolę kobiet oraz szczegóły ceremonii weselnych i pogrzebowych. Pomiędzy kolejnymi szklaneczkami wspólnie wypijanej herbaty próbuje sterować rozmowę ku tematom politycznym, które są w całym kraju materią wyjątkowo wrażliwą. Słowo „dżihadysta” budzi w Timbuktu jednoznacznie negatywne skojarzenia. Mieszkańcy dotkliwie odczuwają skutki trwającego oblężenia, które paraliżuje handel – fundament lokalnej gospodarki i główne źródło utrzymania większości tutejszych rodzin.
Słowo „Ruski” natomiast wywołuje skrajnie różne emocje. Większość ludności traktuje ich jak przyjaciół. Omar usztywnia się, słysząc moje pytanie o rolę Rosjan w Timbuktu. Nie chce komentować współpracy obecnego reżimu z Moskwą. Stwierdza jedynie, niechętnie, że Rosjanie są gorsi od Francuzów.
– Francuzi wykorzystywali zbudowane w czasach kolonialnych zależności i okradali nas systematycznie, ale traktowali nas jak partnerów, bez wywyższania się. Interesowali się naszą kulturą i zwyczajami. Rosjanie są aroganccy. Interesują ich tylko zabijanie i pieniądze – mówi Omar ściszonym głosem, jakby obawiał się, że ściany mają uszy.
Wywiad dla telewizji i setki zdjęć
Ostatni dzień w Timbuktu, przed popołudniowym odlotem do Bamako, upływa nam na sesji fotograficznej. Przedstawiciele miejscowego ratusza oraz dyrektor festiwalu muzycznego oprowadzają nas po lokalnych muzeach i fotografują się z naszą skromną grupą. Jesteśmy filmowani zarówno telefonami, jak i profesjonalną kamerą. Zbliża się południe, a temperatura powietrza przekracza barierę 30 stopni. Nasze sylwetki rzucają krótkie, ledwie widoczne cienie na piaszczysty dziedziniec kolejnej instytucji.
Jestem ubrany na tzw. lokalną modłę, z odsłoniętą jedynie twarzą. Czuję się zupełnie anonimowo, jakbym miał na głowie czapkę niewidkę. Pokornie towarzyszymy oficjelom i mundurowym ubranym na czarno, spłacając w ten sposób dług wdzięczności za zaproszenie i opiekę na tym niebezpiecznym terenie.
Podczas wizyty w Muzeum Archeologicznym dołącza dziennikarz z kamerzystą z głównego kanału malijskiej telewizji ORTM1. Zostaję poproszony o udzielenie wywiadu, który następnie zostaje wyemitowany w głównym wydaniu wieczornych wiadomości. W dwuminutowej korespondencji narrator zachwala walory legendarnego miasta, głosząc tezę o powrocie zagranicznych turystów do bezpiecznego miejsca, jakim ma być ponownie Timbuktu. Potwierdzeniem tej narracji jest nasza niewielka grupa, określona mianem „turystów europejskich”, oraz mój krótki panegiryk wygłoszony po angielsku.
Wyprawa do Ségou
Miasto Ségou leży nad Nigrem, w odległości około 250 km od stolicy. Nasz przewodnik, Amadou, codziennie monitoruje sytuację na drodze RN6. Wykonuje kilka telefonów do znajomych mieszkających w regionie. Dzień przed wyjazdem spędza niemal całą noc na stacji paliwowej, gdzie pracuje jego kuzyn. Poza pełnym bakiem mamy dodatkowo trzy kanistry paliwa umieszczone na dachu.
– W Ségou nie ma benzyny. Jesteśmy zabezpieczeni na wypadek objazdów spowodowanych nagłymi atakami – oznajmia Amadou w dniu wyjazdu.
Organizacja JNIM, która kontroluje znaczne obszary kraju na północy, posiada już swoje komórki bojowe w promieniu pięćdziesięciu kilometrów od stolicy.
Po drodze mijamy spalony autobus oraz dwie cysterny z konwoju transportującego paliwo. Zatrzymujemy się, wychodzimy z samochodu i uważnie lustrujemy zwęglony wrak jednej z nich. Na skraju drogi, pomiędzy wypalonymi źdźbłami traw, leżą zielone łuski pochodzące z karabinu maszynowego. Zaglądamy do doszczętnie spalonej kabiny kierowcy. Po przedniej szybie, stopionej w wysokiej temperaturze, pozostało kilka finezyjnie poskręcanych seledynowych kulek. Wrak pojazdu jest przechylony, a fragmenty opon przypominają druciane szczotki.
To jedna z ponad stu spalonych ciężarówek rozsianych na głównych drogach wokół stolicy Mali. Postój służy nam do rozprostowania kości. Rozglądam się po płaskiej okolicy, porośniętej sporadycznie krzewami i kilkoma samotnymi drzewami. Dwieście metrów dalej, na zakręcie szosy, szkielet kolejnej cysterny wystaje z przydrożnego rowu.
Nasz kierowca odmawia wyjścia z samochodu i z wyraźną ulgą na twarzy opuszcza pobocze, szybko przyciskając pedał gazu. Do miasta Ségou pozostaje nam jeszcze 190 kilometrów.
Ségou to jedno z głównych miast położonych nad wielkim Nigrem, toczącym swoje oliwkowe wody w kierunku Nigerii, a dalej ku wybrzeżom Atlantyku. Nasz hotel nosi nazwę L’Esplanade i położony jest w ogrodzie z wysokimi palmami. Na jego terenie znajduje się basen dla gości oraz doskonale usytuowana restauracja z widokiem na rzekę, po drugiej stronie szutrowej drogi, zaledwie kilkanaście kroków od recepcji. Główny, dwupiętrowy budynek z fasadą w pastelowych kolorach wzniesiono na początku XX w. Rezydowali tu niegdyś oficerowie francuscy i administratorzy kolonialni. Po odzyskaniu niepodległości cała nieruchomość została przekształcona w hotel, który przez ostatnie dekady cieszył się dobrą renomą.

Podobnie jak w Bamako i Timbuktu jesteśmy jedynymi zagranicznymi gośćmi. Choć pokoje i korytarze sprawiają wrażenie zadbanych, woda w basenie nie była czyszczona od wielu tygodni. Błękitny Citroën z lat sześćdziesiątych XX w., zaparkowany nieopodal recepcji, nadaje miejscu koloryt i historyczną atmosferę. Ogarnia mnie nostalgia za minionymi, pięknymi dniami, kiedy w ludziach było więcej nadziei i wiary w lepsze jutro.
Drugiego dnia zaczyna brakować napojów gazowanych i piwa.
– Ze względu na brak gości mają niewielkie zapasy w restauracji. Właściciele hotelu stracili cierpliwość i opuścili Mali dwa miesiące temu. Mieli trzy hotele w mieście, tylko ten jest jeszcze czynny – wyjaśnia sytuację nasz Amadou.
Przy restauracji stoi trzech właścicieli pobliskich straganów z rękodziełem. Są zdeterminowani, by sprzedać cokolwiek: sznur plemiennych paciorków, drewnianą maskę albo mały breloczek do kluczy. Nawiązanie kontaktu wzrokowego z którymkolwiek z nich oznacza natychmiastowe rozpoczęcie negocjacji. Pada potok szybkich zdań z powtarzającym się refrenem: „mój przyjacielu”.
– Czy wiesz, jaka jest cena tej maski? – pada podchwytliwe pytanie skierowane w moją stronę.
Nie daję się wciągnąć w żadne transakcje handlowe, choć podziwiam ich wytrwałość i optymizm. Wrodzona ciekawość prowadzi mnie nazajutrz do jednego ze sklepów przy hotelu. Lustruję biżuterię, tekstylia i wyroby z drewna. Towar jest całkiem dobrej jakości; brakuje co prawda unikatowych przedmiotów – „afrykańskich białych kruków” cenionych przez kolekcjonerów – ale przeważają solidne pamiątki o realnej wartości. To rodzinny majątek, skumulowany na przestrzeni kilku lat owocnego handlu. Ceny są wysokie. Sprzedawcy grają va banque, próbując zaliczyć dobry „strzał” w mieście całkowicie pozbawionym turystów.
Jaskinia tylko dla Rosjan
Na rogatkach Ségou, na terenie wioski ludu Bambara, w pobliskiej formacji skalnej wznoszącej się nad rzeką na wysokość około stu metrów, ukryta jest jaskinia owiana legendą o zaciekłej walce o tron w Imperium Mali sprzed siedmiuset lat. Nasz kontrahent, Seydou, wpisując to miejsce do programu wizyty w Ségou, zobligował Amadou do zawiezienia nas w to miejsce.
– Potrzebujemy pozwolenia szefa wioski na odwiedzenie jaskini – wyjaśnia nasz przewodnik.
Samochód zatrzymuje się w bocznej uliczce, naprzeciw parterowego domu z suszonych cegieł w kolorze beżu. Przed domostwem, na dwóch metalowych krzesłach połączonych łańcuchem z kłódką, siedzi dwóch dostojnych starców. Jeden z nich, przyodziany w bawełniany strój ręcznie barwiony naturalną farbą indygo, okazuje się zastępcą szefa całej okolicznej społeczności. Rozpoczyna się zawiła dyskusja w języku bambara, a ja dyskretnie wycofuję się do przyjemnie chłodnego wnętrza samochodu.
Po pół godziny pojawia się dwóch młodzieńców w wieku dwudziestu kilku lat. Amadou daje mi znak, abym dołączył do rozmowy.
– W ratuszu uzgodniono niedawno, że jaskinia znajduje się poza zasięgiem dla wszystkich cudzoziemców. Jedyny wyjątek dotyczy Rosjan – wyjaśnia sytuację Amadou.
Spoglądam zaciekawiony na twarz naszego przewodnika.
– Właśnie powiedziałem im, że jesteście Rosjanami. Ci dwaj młodzi zaprowadzą nas na miejsce – Amadou dodaje z kamienną twarzą.
Ruszamy w stronę klifu. Wyobraźnia podsuwa mi obraz tajemniczego wnętrza wypełnionego średniowiecznymi artefaktami, z zamaskowanym wejściem znanym jedynie członkom sekretnego stowarzyszenia. Kamienista ścieżka pnie się coraz wyżej ku ścianie skalnej. Nagle zatrzymujemy się na znak jednego z młodzieńców.
– Żadnych zdjęć – pada kategoryczna komenda z ust młodego Bambary.
Chwilę później stoimy u wejścia do jaskini. Podłużne bloki skalne niemal całkowicie blokują dostęp do pieczary. Jeden z młodzieńców siada na głazie pod skalnym okapem i rozpoczyna opowieść o władcy Imperium Mali, który zlekceważył syna dawnego przyjaciela i ostatecznie stracił państwo, bogactwo oraz przegrał decydującą bitwę.
Do moich nozdrzy dociera niewiarygodnie intensywna woń nietoperzych odchodów. Cofam się, łapiąc świeże powietrze i starając się nie zgubić wątku opowieści o utraconej władzy. Po dłuższej chwili czuję wdzięczność wobec Amadou, że nie próbuje namawiać nas do penetracji wnętrza jaskini. Czołganie się pomiędzy blokami skalnymi, w czeluściach legendarnej pieczary, mogłoby okazać się doświadczeniem co najmniej traumatycznym.
Post scriptum
Siedzę wygodnie i bezpiecznie w jednej z warszawskich kawiarni. Porównuję smak herbaty z cukrowym wywarem pitej tydzień wcześniej w Timbuktu i za pośrednictwem komunikatora rozmawiam ze znajomą, która utknęła w Jemenie, na malowniczej wyspie należącej do tego targanego konfliktami kraju, na krańcu Półwyspu Arabskiego. Rozparty w klubowym fotelu, słucham o wznowieniu walk w tym niespokojnym zakątku świata.
Z dnia na dzień odwołane loty z Abu Dhabi wpędziły w niepewność ponad czterystu Europejczyków, w tym kilkunastu Polaków przebywających na wyspie Sokotra na Oceanie Indyjskim. Jedyny działający bankomat ratuje ich sytuację, podtrzymując nadzieję na zakup nowych biletów do Arabii Saudyjskiej, a stamtąd dalej, do domu.
Przypominam sobie wówczas własny plan B na wypadek odwołania lotów pasażerskich z Mali: godziny spędzone nad mapą w poszukiwaniu najkrótszej drogi do Senegalu, by dotrzeć na lotnisko w Dakarze, oraz analizowanie miejsc, w których w ostatnich miesiącach dochodziło do porwań cudzoziemców wzdłuż granicy. Podróżując do regionów ogarniętych konfliktami zbrojnymi, trzeba zawsze mieć przygotowane alternatywne drogi ewakuacji.
Imiona informatorów zostały zmienione ze względów bezpieczeństwa.
Główne wnioski
- Mali przestaje funkcjonować jako spójne państwo, a jego instytucje coraz częściej pełnią jedynie rolę fasady. Wojskowe pucze i rządy junty nie doprowadziły do wzmocnienia armii ani do odzyskania terytorium, lecz rozbiły ciągłość władzy i zaufanie społeczne.
- Dżihadyści swobodnie operują nie tylko na prowincji, lecz także w pobliżu stolicy, a bezpieczeństwo obywateli i przyjezdnych opiera się na doraźnych eskortach, łapówkach i szczęściu, nie na systemowych rozwiązaniach.
- 2. Normalność w Mali trwa, ale coraz bardziej przypomina strategię przetrwania.