W Europie jest niewielu entuzjastów Rady Pokoju. Gros zaproszonych krzywo patrzy na pomysł Donalda Trumpa
Zaledwie kilku europejskich przywódców podpisało w czwartek dokument założycielski Rady Pokoju Donalda Trumpa. W tym gronie było jedynie dwóch przedstawicieli Unii Europejskiej – Węgry i Bułgaria. Oba kraje są entuzjastami inicjatywy. Na uroczystości nie pojawili się natomiast m.in. reprezentanci Francji, Niemiec, czy Szwecji. Zdecydowane „nie” prezydentowi USA powiedziała Słowenia. Inni zaproszeni do rady przywódcy z naszego regionu albo czekają na decyzje swoich parlamentów, albo stosują różnego rodzaju uniki.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Którzy europejscy przywódcy podpisali dokument założycielski Rady Pokoju Donalda Trumpa i jak to skomentowali.
- Jak swą nieobecność na uroczystości uzasadniali pozostali zaproszeni z naszego regionu
- Jakie procedury muszą być dopełnione, aby grono członków rady zostało jeszcze rozszerzone.
Na palcach jednej ręki można było policzyć przedstawicieli tych europejskich państw, którzy podpisali w czwartek dokument założycielski Rady Pokoju. I byli to jedynie reprezentanci Europy Środkowej. Trudno to uznać za spektakularny sukces inicjatywy. Zwłaszcza że Donald Trump chciał widzieć w gronie członków założycieli nowej organizacji co najmniej kilkanaście krajów z naszego kontynentu.
Sceptycyzm większości z nich budziło to, że zaproszenie otrzymali również rosyjski i białoruski dyktatorzy – Władimir Putin i Aleksandr Łukaszenko. Kontrowersje wzbudzał także zakres kompetencji szefa rady, czyli samego Donalda Trumpa. Barierą była również opłata, którą – według doniesień medialnych – mieli wnosić członkowie rady.
„Węgry nie chcą się cofać, chcą iść naprzód”
Jedynymi przedstawicielami Unii Europejskiej uczestniczącymi w czwartkowej ceremonii byli premierzy Węgier Viktor Orbán oraz Bułgarii Rosen Żelazkow.
„Węgry stały się jednym z krajów założycielskich rady, ponieważ – aby móc się rozwijać – Węgry potrzebują pokoju. Wojna zagraża wszystkiemu, co zbudowaliśmy w ciągu ostatnich piętnastu lat. Wojna przynosi inflację, sankcje, wysokie ceny energii i upadek gospodarek narodowych. Węgry nie chcą się cofać, chcą iść naprzód. Dlatego bierzemy udział w każdej międzynarodowej inicjatywie, która zapobiega wojnom i je powstrzymuje, a także gwarantuje bezpieczeństwo i spokój ducha narodów i rodzin” – napisał po uroczystości szef węgierskiego rządu na portalu X.
Viktor Orbán, bliski sojusznik Donalda Trumpa, był jednym z pierwszych przywódców państwowych, którzy odpowiedzieli na ofertę przystąpienia do Rady Pokoju. Natychmiast zadeklarował: „Oczywiście przyjmujemy to zaszczytne zaproszenie”.
W środę w Dzienniku Urzędowym Węgier ukazał się rządowy dekret dotyczący wstąpienia kraju do trumpowskiej rady. W dokumencie czytamy m.in., że ostateczny tekst traktatu musi zostać jeszcze zatwierdzony przez Zgromadzenie Narodowe.
Początkowo media, m.in. Bloomberg, informowały, że państwa, które chciałyby należeć do rady dłużej niż trzy lata, musiałyby uiścić 1 mld dolarów (prawie 3,64 mld zł). Jednak Gergely Gulyás, szef kancelarii węgierskiego premiera, zapewnił, że dotychczas nie było mowy o tym, by Budapeszt miał wnieść jakąkolwiek opłatę wpisową.
Ostatni podpis premiera Bułgarii
Akt przystąpienia Bułgarii do Rady Pokoju to prawdopodobnie jeden z ostatnich dokumentów, które podpisał Rosen Żelazkow. Polityk obecnie jedynie administruje krajem. Pod koniec zeszłego roku – na fali masowych protestów społecznych przeciwko podwyżkom podatków – podał bowiem swój gabinet do dymisji.
W przeddzień uroczystości ten właśnie gabinet miał udzielić Rosenowi Żelazkowowi zgody na zawarcie porozumienia. Jednak – jak zauważa dziennik „Trud” – w protokole z posiedzenia rządu nie ma śladu takiej decyzji. Cytowani przez gazetę prawnicy podkreślają, że zawarcie tego typu umów międzynarodowych wymaga nie tylko zgody Rady Ministrów, ale także ratyfikacji przez parlament.
„W przyszłym tygodniu projekt porozumienia zostanie przedłożony Zgromadzeniu Narodowemu w celu uzyskania zgody i wejścia w życie tego aktu” – zapowiedział Rosen Żelazkow.
Uważa, że przystąpienie Bułgarii do rady jest doceniane „zarówno przez Stany Zjednoczone Ameryki, jak i społeczność międzynarodową”. Szczególnym zaszczytem i powodem do dumy dla kraju jest natomiast fakt, że jego przedstawiciel, Nikołaj Mładenow, został wysokim przedstawicielem Rady Pokoju ds. Gazy.
Zaszczyt i przywilej dla Kosowa i Albanii
Wśród kilkudziesięciu państw, które otrzymały od Donalda Trumpa propozycję przystąpienia do nowego ciała, znalazło się również Kosowo. „Jestem głęboko zaszczycona osobistym zaproszeniem prezydenta do reprezentowania państwa jako członka założyciela Rady Pokoju” – napisała prezydent Kosowa Vjosa Osmani-Sadriu na portalu X. Była jedną z 20 osób, które uczestniczyły w ceremonii w Davos i podpisały akt.
Zapewniła przy tym, że jej kraj stoi ramię w ramię ze Stanami Zjednoczonymi w dążeniu do bezpieczniejszego świata. „Ameryka pomogła w zaprowadzeniu pokoju w Kosowie. Dziś Kosowo jest zdecydowanym sojusznikiem Ameryki, gotowym pomóc w kontynuowaniu tego pokoju” – dodała prezydent.
Premier Albanii Edi Rama przyjął zaproszenie do Rady Pokoju jako „zaszczyt i przywilej” i zapewnił, że kraj chce aktywnie uczestniczyć w inicjatywie. Problemem jest to, że wciąż nie ma formalnej decyzji parlamentu w Tiranie w sprawie dołączenia do rady. Z tego też powodu premier nie wziął udziału w ceremonii.
Słowenia boi się o porządek międzynarodowy
Na przeciwnym biegunie znalazła się Słowenia, którą również Donald Trump zaprosił do Rady Pokoju. Premier Robert Golob ogłosił w środę, że propozycji nie przyjmuje. „Główny problem polega na tym, że mandat rady jest zbyt szeroki i może niebezpiecznie podważyć porządek międzynarodowy oparty na Karcie Narodów Zjednoczonych” – powiedział portalowi „N1” słoweński premier.
Dodał, że jego kraj każdą inicjatywę, której celem jest wprowadzenie pokoju na Bliskim Wschodzie, uważa za godną poparcia, jednak akurat ta inicjatywa może naruszać szerszy porządek międzynarodowy.
Rumunii nie stać na wielkie wpisowe
W czwartkowej uroczystości w Davos nie wziął udziału również żaden przedstawiciel Rumunii. W tym przypadku uzasadnienie było jednak zupełnie inne niż w przypadku Słowenii.
Prezydent Nicușor Dan zadeklarował, że z zadowoleniem przyjął inicjatywę Donalda Trumpa dotyczącą międzynarodowego bezpieczeństwa. Dodał, że analizuje zapisy karty Rady Pokoju w kontekście zobowiązań międzynarodowych Rumunii – zwłaszcza tych wynikających z przynależności kraju do ONZ, OBWE oraz Unii Europejskiej.
Pretekstem nieobecności przedstawiciela Rumunii podczas ceremonii inaugurującej działalność rady – jak informuje telewizja Antena 3 – miało być jednak coś innego. Chodzić miało o to, że kraj nie ma 1 mld dolarów na przystąpienie do nowego ciała.
W oczekiwaniu na decyzje parlamentów
Prezydent Chorwacji Andrej Plenković podkreślił, że kraj docenia zaproszenie, a rząd analizuje możliwość przystąpienia do Rady Pokoju.
Takie zaproszenie otrzymał od Donalda Trumpa również prezydent Polski Karol Nawrocki. Prezydent naszego państwa pojawił się na uroczystości w Davos, ale dokumentu nie podpisał. Powodem – podobnie jak w przypadku Rumunii, czy Chorwacji – było to, że przystąpienie do takiej organizacji musi być wcześniej zaaprobowane przez parlament.
Główne wnioski
- Inauguracja Rady Pokoju nie spotkała się z dużym zainteresowaniem Europejczyków. Zaledwie kilku przywódców z naszego kontynentu podpisało dokument założycielski trumpowskiej rady. Byli to jedynie przedstawiciele naszego regionu – z Unii Europejskiej tylko Węgry i Bułgaria. Ale być może kolejni jeszcze dołączą.
- Węgierski premier podkreśla, że jego krajowi pokój jest niezbędny do rozwoju. Dlatego zaproszenie przyjął z entuzjazmem. Kosowo i Albania ofertę wejścia do Rady Pokoju również przywitały z wielką radością. Dla tych państw jest to zwiększenie prestiżu i wzmocnienie dobrych relacji ze Stanami Zjednoczonymi.
- Kilka europejskich państw zaproszonych do rady wciąż się waha. Argumentują, że do ratyfikacji dokumentu potrzebna jest zgoda ich parlamentów. Jednak większość państw Europy Zachodniej, a także Słowenia, powiedziały Donaldowi Trumpowi zdecydowane „nie” i nie wzięły udziału w ceremonii w Davos.