Prof. Góralczyk: Rada Niepokoju
Donald Trump w obydwu przypadkach - Grenlandii i Rady Pokoju - swoim zwyczajem, licytował mocno, by potem, już podczas obrad konferencji nieco odpuścić. Ale i tak wyjechał z Davos z poczuciem odniesionego zwycięstwa.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Donald Trump zaczął mówić o „kupnie” Grenlandii.
- Czym naprawdę jest powołana w Davos „Rada Pokoju” i dlaczego coraz więcej państw widzi w niej zagrożenie dla dotychczasowego porządku świata.
- Jak reakcje Europy, Kanady i NATO pokazują, że kończy się era ustępstw wobec Trumpa — i co to oznacza dla krajów takich jak Polska.
Donald Trump jaki jest, każdy widzi. Przez pierwszy rok swojej drugiej kadencji udowodnił, że chce brylować i decydować. Uwielbia, jak zawsze było w jego karierze, pokaz i przekaz, Musi być showtime z nim w roli głównej. I w dużej mierze tak właśnie jest.
Podobnie było w mijającym tygodniu, gdy amerykański prezydent przybył, w otoczeniu całej świty (Rubio, Besent, Witkoff, i inni), na doroczne Forum Ekonomiczne w Davos. Postawił tam na porządku dnia dwie kardynalne kwestie: możliwość zajęcia Grenlandii przez USA oraz powołanie jego autorskiej wersji organu czy wręcz organizacji o nazwie Rada Pokoju (Board of Peace), mającej być w zamierzeniu odpowiednikiem Rady Bezpieczeństwa ONZ.
W obydwu przypadkach, swoim zwyczajem, licytował mocno, by potem, już podczas obrad konferencji nieco odpuścić, ale i tak wyjechać z poczuciem odniesionego zwycięstwa.
Świat bez zasad
Kwestia Grenlandii, o której już na tych łamach pisałem (12 stycznia), przed Davos, jak to się mówi, nabrała rozpędu. Trump osobiście oraz jego najbliżsi współpracownicy zaczęli mówić o „zajmowaniu” tego terytorium, lub też – jak podkreślał sekretarz stanu Marco Rubio – „kupieniu go” (bo każdemu z 57 tys. mieszkańców lodowej wyspy obiecano po 100 tys. dolarów). Co więcej, postulaty te pojawiły się nawet we wcześniejszych, przeprowadzonych 15 stycznia w Białym Domu rozmowach Marco Rubio i wiceprezydenta J. D. Vance’a z doświadczonym szefem dyplomacji duńskiej Larsem Lokke Rasmussenem oraz reprezentującą interesy Grenlandii pani Vivian Motzfeldt. Amerykanie ocenili te rozmowy, jako „szczere i konstruktywne”, ale oboje z gości, wyraźnie podenerwowani, mówili o „fundamentalnych różnicach:” stanowisk. Trudno więc mówić o zgodności stron.
Gdy stało się jasne, że obecna administracja amerykańska kreśli te plany na poważnie, zbuntowali się przeciwko tym pomysłom najpierw Duńczycy i sami mieszkańcy Grenlandii, uczestnicząc w masowych akcjach protestacyjnych, a potem wiele innych państw europejskich. W odpowiedzi na to Trump, swoim zwyczajem, licytował dalej, zapowiadając dodatkowe 10 proc. cła na osiem państw europejskich, które się mu sprzeciwiły.
Tym razem Europa (i Unia Europejska) zrozumiała, że dotychczasowa polityka ustępstw nie daje efektu. Na 22 stycznia zwołano nadzwyczajny szczyt UE, Uznano na nim, że to „moment Rubikonu” i że tylko jedność europejska może przeciwstawić się szaleństwom Trumpa, a nawet stać się jego „koszmarem”, jak to ujęto.
Tymczasem już wcześniej w Davos mocnych słów w stosunku do amerykańskich planów użył prezydent Emmanuel Macron, mówiąc m.in.: “Wartości międzynarodowe są osłabiane przez państwa, które chcą je zniszczyć, lub przez państwa, które kiedyś je wyznawały, ale teraz idą w innym kierunku”. Dlatego mówca apelował: „Spróbujmy więc rozmawiać o najważniejszych wydarzeniach przed którymi stoi nasz świat. To oczywiste, że żyjemy w czasach niepewności, zarówno pod względem bezpieczeństwa narodowego, jak i gospodarki”. By wreszcie ująć obecną sytuację międzynarodową dosadnie: „Na naszych oczach rodzi się świat bez globalnych zasad”.
Nie da się żyć w kłamstwie
Jeszcze bardziej jednoznaczny w swym wystąpieniu w Davos był szef rządu Kanady Marc Carney. W jego ocenie mamy do czynienia z głęboką systemową zmianą, albowiem poprzedni ład międzynarodowy oparty na zasadach (value-based order) już nie obowiązuje, a teraz w jego miejsce próbuje się narzucić – i wiadomo, kto to robi – swoją wolę innym, co może doprowadzić do chaosu, a nawet prawa dżungli. Stąd też, jak mówił, „odpowiedzią na zastany porządek rzeczy nie ma być jednak ani podporządkowanie się hegemonii, ani świat zamkniętych twierdz”.
Co więcej – kontynuował – „Każdego dnia przypomina nam się, że żyjemy w epoce rywalizacji wielkich mocarstw; że porządek oparty na zasadach słabnie; że silni robią to, co chcą i mogą, a słabi muszą znosić to, co im narzucono”. A potem dodawał i przestrzegał: „W obliczu tej logiki wiele państw ulega pokusie, by <iść z prądem>: dostosować się, unikać konfliktów, mając nadzieję, że posłuszeństwo kupi bezpieczeństwo”. On jednak wskazywał inne podejście i twardo konkludował: nie tędy droga, to się nie uda, nikt nas „nie kupi”.
Wystąpienie to, w którym kanadyjski premier powołał się na słynny kiedyś esej Václava Havla, „Siła bezsilnych”, spotkało się z największym rezonansem, a wielu obecnych natychmiast określiło je mianem „historycznego”. Albowiem Carney stwierdził jeszcze: „Nie da się żyć w kłamstwie wzajemnych korzyści integracji, gdy integracja staje się źródłem podporządkowania”. Co więcej, wyjaśniał, że załamuje się stary porządek światowy, a najpotężniejsze państwa już całkowicie jawnie wykorzystują swoją siłę, by zdominować i wykorzystywać mniejsze kraje. Na co nie będzie zgody – jak jasno dawał do zrozumienia.
A potem, nawiązując do słów Havla ze wspomnianego eseju, nakazujących „żyć w prawdzie”, Carney sugerował państwom nie będącym wielkimi mocarstwami, czyli tym mniejszym i średniej wielkości, by nie bały się i decydowały się: „nazywać rzeczywistość po imieniu. Należy przestać mówić o <porządku opartym na zasadach”, jakby nadal działał on zgodnie z deklaracjami. Nazwać go tym, czym jest — systemem nasilającej się rywalizacji wielkich mocarstw, w którym najsilniejsi realizują swoje interesy, wykorzystując integrację gospodarczą jako narzędzie przymusu”. Nie wymieniał nazwisk, ani nazw, ale i tak było wiadomo, co ma na myśli: otwarty sprzeciw wobec ostatnich pomysłów Trumpa i jego akolitów.
Spotkało go za te słowa wiele pochlebstw i pozytywnych ocen, ale też kara ze strony Trumpa, który już w drodze powrotnej z Davos do USA ogłosił, że wycofuje swe zaproszenie dla Kanady, by uczestniczyła w powołanej w Davos - przez 19 z 60 zaproszonych liderów , z UE tylko Viktor Orbán – Rady Pokoju.
Nie będzie interwencji wojskowej
Ten pomysł z Radą wydaje się być jeszcze poważniejszy niż kwestia Grenlandii, którą ostatecznie na tym etapie przesądziła rozmowa Trampa z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte. Na mocy ich ustnych ustaleń, bo dokumentów brak, Trump wycofał się z pomysłów zbrojnego zajmowania wyspy, czyli, jak mówił, „tego pięknego kawałka lodu”, uzyskując w zamian za to obietnice dostępu do niektórych jej obszarów, w tym na budowę tzw. Złotej Kopuły, czyli systemu przechwytywania rakiet nadlatujących nawet z kosmosu. Szczegóły mają być ustalane przez grupy robocze USA, Danii i Grenlandii.
Trump ogłosił po spotkaniu z Rutte, że podczas tej rozmowy narodziły się ramy umowy dotyczącej całego regionu arktycznego, w tym Grenlandii, a potem dodał w swój ulubiony sposób, w serwisie Truth Social, że: "Rozwiązanie to, jeśli zostanie sfinalizowane, będzie bardzo korzystne". Odwołał przy tej okazji zapowiadane dodatkowe cła na państwa europejskie – i to nawet mimo tego, że szefowie dyplomacji Danii i innych państw członkowskich UE otwarcie powątpiewali w przyjęte ustalenia i ocenili, że jest zbyt wcześnie, by przedstawiać oczekiwania dotyczące możliwej wszechstronnej umowy USA i Danii dotyczącej Grenlandii.
Trump wydawał się być jednak z własnego pobytu w Davos zadowolony, bo mającą mu być w pełni podporządkowaną Radę Pokoju powołano. Dlatego zaprzestał – na jak długo? – wyrażania dalszych gróźb. Jednak warto pamiętać jego słowa podczas długiego i nie zawsze spójnego – i jak zwykle bezkrytycznego wobec siebie – wystąpienia w Davos, gdy w istocie groził uczestnikom: „Macie wybór. Możecie powiedzieć <tak>, a my będziemy bardzo wdzięczni. Albo możecie powiedzieć <nie>, a my to zapamiętamy”. Co istotne, prezydent USA wykluczył w tym wystąpieniu możliwość interwencji militarnej na Grenlandii, ale czy tymi słowy uspokoił światowa opinię? Można wątpić.
Natomiast powołany teraz do życia organ będzie trudnym orzechem do zgryzienia dla prawników. Ten twór formalnie powstał na mocy rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ nr 2908 z 17 listopada 2025 roku (wstrzymały się Chiny i Rosja). Pierwotnie miał gwarantować pokój w zniszczonej Gazie. Szybko jednak okazało się, że jego agenda rośnie i w istocie przeobraża w rywala dla ONZ i jej Rady Bezpieczeństwa, na co już trudno sobie wyobrazić zgodę innych państw, nie tylko Chin i Rosji.
Tym bardziej, że Rada jest wyraźnie tworem Trumpa i ma mu być, nawet dożywotnio, podporządkowana, jako Przewodniczącemu. On natomiast zagwarantował sobie niebywały wprost zakres praw, czyli nieograniczony w czasie mandat i zapis, że tylko on może mianować swego następcę na tym stanowisku. To Przewodniczący Rady ma też osobiście zapraszać lub wykluczać jej członków (jak teraz Kanadę). To on ma zatwierdzać wszelkie nowelizacje i zmiany w zatwierdzonej wcześniej Karcie tego organizmu.
Taki organizm, co oczywiste, w wielu punktach przeczy dotychczasowym zapisom prawa międzynarodowego i nawet karcie Narodów Zjednoczonych, a tymczasem z prac wielu ONZ-owskich agend USA się właśnie w początkach tego roku wycofały. Rada Pokoju tak, jak ją pierwotnie nakreślono, nie gwarantuje też, co oczywiste, powszechnie przyjętych dotąd norm i zasad, jak chociażby suwerenna równość państw, czy nawet ich integralność terytorialna. Nie będzie też, co oczywiste, żadną organizacją powszechną.
Tym samym Radę, owszem, powołano, ale co z nią będzie dalej, dopiero zobaczymy. Na razie zamiast Rady Pokoju kreśli się nam na horyzoncie zupełnie inny twór, który z powodzeniem moglibyśmy nazwać Radą Niepokoju. Szczególnie u dotychczasowych bliskich partnerów USA, jak Polska. Prezydentowi Karolowi Nawrockiemu udało się, co prawda, wyjaśnić w bezpośredniej rozmowie z Donaldem Trumpem w Davos, że u nas wstąpienie jakiejkolwiek organizacji międzynarodowej wymaga zgody rządu i Sejmu. Na jak długo jednak takie wytłumaczenie będzie obowiązujące? I czy jesteśmy w stanie, jak chcę Trump, płacić z udział w jego pracach aż – bagatela – miliard dolarów?
Mamy więc, jak na tę chwilę, usatysfakcjonowanego Donalda Trumpa, bo we własnej ocenie ugrał swoje – będzie zapewne miał jakieś zwiększone wpływy na terenie Grenlandii, a tak mu bliską Radę Pokoju w Davos powołano. Co jednak będzie dalej w obydwu tych przypadkach? Same znaki zapytania.
Główne wnioski
- Obrady tegorocznego Forum Ekonomicznego w Davos pokazały, że żyjemy już w innym świecie niż w poprzednich dekadach – zamiast wartości i norm swoją wolę narzuca naga siła ze strony USA i ich charyzmatycznego prezydenta.
- Takie zachowanie prezydenta Trumpa i jego administracji, siłą dyktujących swoje pomysły i racje, zmuszą Europę (UE), ale też Polskę do pobudki i działania. Albowiem w takim stopniu jak poprzednio trudno już będzie na Amerykanów liczyć, co tak dosadnie stwierdzili w Davos prezydent Francji i premier Kanady.
- Polska, jak wielu innych europejskich partnerów (np. z Afryki zaproszono do prac Rady tylko Maroko i Egipt) staje teraz przed poważnym dylematem: jak utrzymać więzi sojusznicze z USA, a przy okazji nie urazić pamiętliwego, jak mówi praktyka, prezydenta Trumpa.
- Grenlandia i Rada Pokoju zupełnie zepchnęły z agendy w Davos sprawę dla nas najważniejszą, czyli Ukrainę – i to mimo bezpośredniej rozmowy Trump – Zełenski, którą prezydent USA uznał za „owocną”, ale nie było takiego stwierdzenia – co znamienne – ze strony prezydenta Ukrainy. Jak w pozostałych dwóch przypadkach, tu też skazani jesteśmy na dalsze wydarzenia.