Kategoria artykułu: Sport

Transferowe szaleństwo Widzewa Łódź. Dokąd zmierza RTS?

Widzew Łódź pod rządami nowego właściciela Roberta Dobrzyckiego szokuje piłkarską Polskę rozmachem na rynku transferowym. Wydatki na nowych piłkarzy w zimowym oknie transferowym sięgnęły rekordowych 13,8 mln euro.

Przemysław Wiśniewski, nowy obrońca Widzewa Łódź
Przemysław Wiśniewski, nowy obrońca Widzewa Łódź, ma za sobą występy we Włoszech i reprezentacji Polski. A teraz ma wzmocnić defensywę drużyny z Łodzi Fot. Eurasia Sport Images/ Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak wyglądała ofensywa transferowa Widzewa Łódź zimą.
  2. Kiedy Widzew Łódź był klubem całej Polski.
  3. Dlaczego obecne działania można uznać za pionierski projekt w polskiej piłce.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

W ostatnim dniu stycznia Michał Trela, dziennikarz zajmujący się PKO BP Ekstraklasa, związany z CANAL+ Sport i Sport.pl, zauważył, że Widzew wydał tej zimy niemal tyle, ile wszystkie hiszpańskie kluby razem wzięte. Sytuacja ta uległa zmianie tuż przed zamknięciem okna transferowego. Wówczas Atlético Madryt pozyskało za 35 mln euro gwiazdora Atalanta Bergamo – Ademolę Lookmana. Nie zmienia to jednak faktu, że środki przeznaczone przez Widzew na wzmocnienia robią ogromne wrażenie na kibicach.

Zasilanie różnych formacji

Osman Bukari, prawy skrzydłowy sprowadzony z MLS (Austin), kosztował 5,5 mln euro. Przemysław Wiśniewski – środkowy obrońca mający w CV występy w seniorskiej reprezentacji Polski, który do niedawna występował w Spezii w Serie B – również nie należał do tanich wzmocnień. Widzew pozyskał go za 3,1 mln euro. Emil Kornvig, środkowy pomocnik z Danii, ostatnio grający w lidze norweskiej, kosztował zaledwie 100 tys. euro mniej. Z kolei za Carlosa Isaaca, prawego obrońcę z Córdoby, klub zapłacił 1 mln euro.

Christopher Cheng, lewy defensor z norweskiego Sandefjord, przeniósł się do Łodzi w ramach transferu opiewającego na 900 tys. euro. Z kolei Bartłomiej Drągowski – również zawodnik mający na koncie występy w reprezentacji Polski, ostatnio broniący barw Panathinaikosu – trafił do Widzewa po tym, jak RTS zapłacił za niego 300 tys. euro.

Taka polityka transferowa jest możliwa dzięki temu, że kolejny w ostatnich latach polski biznesmen zdecydował się zainwestować w rodzimy futbol. Po tym, jak sześć lat temu Zbigniew Jakubas przejął kontrolę nad Motorem Lublin, Robert Dobrzycki – miliarder oraz współwłaściciel i prezes deweloperskiej grupy Panattoni w Europie, Azji i na Bliskim Wschodzie – uznał, że nadszedł moment, by rzucić wyzwanie najsilniejszym klubom Ekstraklasy.

Perspektywa długofalowa

Po pierwszej kolejce rundy wiosennej PKO BP Ekstraklasy Widzew znalazł się w strefie spadkowej, dlatego trudno oczekiwać natychmiastowych, spektakularnych rezultatów. Pojawia się więc pytanie, czy kluczowa okaże się cierpliwość.

– Z wypowiedzi Roberta Dobrzyckiego wynika, że ma to być projekt rozpisany na lata. Właściciel Widzewa podkreśla, że kibicuje tej drużynie od młodości. W mediach pojawiły się porównania do Józefa Wojciechowskiego, który przed laty przepłacał transfery w Polonii Warszawa, licząc na szybki efekt. Różnica polega jednak na tym, że Wojciechowski nie był kibicem klubu, lecz realizował biznesowy kaprys. Dobrzycki jest z Widzewem emocjonalnie związany i dysponuje nieporównywalnie większymi środkami – zaznacza Marek Wawrzynowski, dziennikarz „Przeglądu Sportowego Onet” i autor książki „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”.

Prekursor w Ekstraklasie

Czy analizując ten przypadek, można pokusić się o analogie z innymi projektami w polskim futbolu?

– To jest próba stworzenia projektu o europejskim formacie. Kiedyś Wisła Kraków pod rządami Bogusława Cupiała sprowadzała najlepszych piłkarzy w Polsce za naprawdę duże pieniądze. W przypadku Widzewa sięga się po obcokrajowców, ale także po Polaków – Przemysława Wiśniewskiego, Bartłomieja Drągowskiego czy wcześniej Mariusza Fornalczyka. Pod względem skali wydatków na kolejne wzmocnienia w polskim futbolu nie było dotąd projektu o takim rozmachu. Wystarczy zwrócić uwagę na 5,5 mln euro zapłacone za Osmana Bukariego. Widzew ma również trenera z bardzo solidnym CV Igora Jovićevicia, który pracował m.in. w Szachtarze Donieck i Dinamie Zagrzeb. Teraz to on musi ten projekt poukładać – mówi Marek Wawrzynowski.

Sukcesów nie da się kupić

Legendarny holenderski piłkarz i trener, śp. Johan Cruyff, zwykł mawiać: „Nie widziałem, żeby worek z pieniędzmi kiedykolwiek strzelił gola”. Z tą dosadną frazą trudno polemizować. Warto jednak pamiętać, że jeśli pokaźnym inwestycjom towarzyszy spójna wizja i rozsądne decyzje sportowe, droga do sukcesu staje się znacznie krótsza.

– Efekty tych inwestycji to kwestia czasu, ale nie ma pewności, czy w stu procentach spełnią one oczekiwania właściciela. W piłce nie da się kupić wyniku. Katarczycy z PSG przez lata nie potrafili osiągnąć upragnionego sukcesu na arenie międzynarodowej mimo gigantycznych nakładów finansowych. Ligę Mistrzów wygrali dopiero w poprzednim sezonie. Niejednokrotnie musieli uznawać wyższość klubów lepiej zorganizowanych. W przypadku Widzewa w pierwszym meczu rundy wiosennej mieliśmy z jednej strony ogromne zasoby łódzkiego klubu, a z drugiej budowanie drużyny metodą „step by step”. Okazało się, że Jagiellonia, realizująca tę drugą wizję, była w tym starciu górą – przypomina Marek Wawrzynowski.

Jego zdaniem Widzew musi teraz przede wszystkim zapewnić sobie utrzymanie, rozegrać sezon przejściowy, osiągnąć stabilizację i zgranie zawodników. Dopiero w kolejnym oknie transferowym powinno dojść do uzupełnienia składu. Wtedy projekt powinien ruszyć pełną parą. Innej drogi właściwie nie ma. Różnice finansowe między Widzewem a pozostałymi klubami są zbyt duże, by RTS nie walczył przynajmniej o miejsce na podium Ekstraklasy.

Praca u podstaw

Skoro projekt ma funkcjonować przez lata, naturalne wydaje się, że musi opierać się na solidnych fundamentach. Jednym z kluczowych elementów powinna być jasno określona polityka personalna. Coraz silniejszym trendem w nowoczesnym futbolu jest stawianie na wychowanków. Następnie stopniowo wprowadzasię ich do pierwszego zespołu i – w dalszej perspektywie – transferuje za granicę. Jak może wyglądać ten proces w Łodzi?

– Patrząc na obecny Widzew, można odnieść wrażenie, że w najbliższych latach żaden wychowanek nie zadebiutuje w pierwszym zespole. Konieczne byłyby naprawdę duże inwestycje w akademię, skauting i infrastrukturę, by ten stan rzeczy się zmienił. Warto spojrzeć na największe kluby świata, dysponujące budżetami nieporównywalnymi z całą Ekstraklasą. W Realu Madryt czy Barcelonie regularnie gra po kilku wychowanków, podobnie dzieje się w Paryżu. Tymczasem polskie kluby mają z tym wyraźny problem. Z dotychczasowych wypowiedzi właściciela nie wynika, by priorytetem miała być ścieżka oparta na wychowankach. Wprawdzie w klubie opracowywane są koncepcje rozwoju akademii, ale wciąż brakuje konkretów. Pozostaje poczekać na efekty – mówi autor książki „Wielki Widzew. Historia polskiej drużyny wszech czasów”.

Wielkopolski kierunek

Lech Poznań cztery lata temu po raz drugi w swojej historii sprzedał piłkarza za ponad 10 mln euro. Po kilku miesiącach dalszej gry w stolicy Wielkopolski Jakub Kamiński – dziś wyróżniający się zawodnik FC Köln – przeniósł się do VfL Wolfsburg. „Kolejorz” zarabiał w polskich realiach znaczące środki także na innych wychowankach, takich jak Kamil Jóźwiak, Jakub Moder, Robert Gumny czy Tymoteusz Puchacz.

– Polskie kluby muszą inwestować w wychowanków i sprzedawać ich, jeśli chcą realnie liczyć się w Europie. Dobrym przykładem jest transfer 17-letniego Oskara Pietruszewskiego z Jagiellonii do FC Porto za 10 mln euro. Pokazuje on, że jeden taki ruch potrafi pokryć nawet 40 proc. kosztów budowy ośrodka szkoleniowego. Historie Modera czy Kozłowskiego dowodzą, że warto stawiać na młodych zawodników. Nawet Lechowi, uznawanemu w Polsce za pioniera tego modelu, wciąż sporo brakuje do ideału. Mimo to właśnie ten kierunek powinien być dla polskich klubów absolutnym priorytetem – podsumowuje Marek Wawrzynowski.

Kiedy Widzew kochała cała Polska?

Nie można zapominać, że Widzew jest jednym z najbardziej zasłużonych klubów w historii polskiej piłki. Łódzki zespół w XX wieku należał do ścisłej krajowej czołówki i przez długie lata stanowił realną potęgę futbolową. W swoim dorobku ma cztery mistrzostwa Polski (1981, 1982, 1996, 1997), siedem tytułów wicemistrzowskich (1977, 1979, 1980, 1983, 1984, 1995, 1999) oraz Puchar Polski zdobyty w 1985 r.

Prezes Widzewa sprzed lat, Ludwik Sobolewski, był wizjonerem wyprzedzającym swoje czasy. Gdy kilkadziesiąt lat temu Widzew odnosił pasmo sukcesów, był klubem całej Polski. Najprawdopodobniej z tej fali wywodzi się także obecny właściciel. Łodzianie jako pierwsi w kraju wysyłali kibicom gadżety. W czasach PRL wysyłało się prośby do firm o przesłanie prospektów w języku angielskim. Zachodnie marki, producenci samochodów czy sprzętu, odsyłali materiały, które potem zbierało się „za komuny”. Widzew funkcjonował podobnie, dostarczając kibicom różnego rodzaju upominki. W ten sposób przez lata budował zainteresowanie i więź z ludźmi. Wymowne, że w pewnym momencie to właśnie Widzew miał najwięcej fanklubów w całej Polsce. Sam dostawałem wiele książek do podpisu choćby z Irlandii czy Warmii i Mazur – mówi Marek Wawrzynowski.

Po co dwa stadiony w mieście?

To oznacza, że wspomniane fankluby wciąż są żywe. Jednocześnie od początku było jasne, że dziś Widzew jest ograniczony pojemnością stadionu.

– Dla mnie to był szok, gdy zobaczyłem, że Widzew i ŁKS budują stadiony o podobnej pojemności, mimo że różnica zainteresowania między tymi klubami jest ogromna. Widzew powinien mieć stadion na 35 tys. miejsc. Gdyby dysponował takim obiektem, kibice by go wypełnili – przekonuje dziennikarz „Przeglądu Sportowego Onet”.

Ogólnopolski fenomen

Choć w XXI wieku Widzew nie odnosił już takich sukcesów sportowych jak w poprzednim stuleciu, zainteresowanie klubem bynajmniej nie osłabło. Boom na łódzki klub trwa w najlepsze. Przed sezonem 2025/2026 RTS ponownie sprzedał 15 705 karnetów w ramach akcji #ZostajęwSercu. To liczba wypełniająca niemal cały stadion i potwierdzająca fenomenalną frekwencję oraz wyjątkowe przywiązanie kibiców.

– W odróżnieniu od Legii, która jest klubem Warszawy i pojedynczych miejscowości, a przy tym ma wielu wrogów, Widzew – trochę jak Górnik w latach 60. – był klubem, któremu kibicowała cała Polska. Potem przyszła druga fala w latach 90. Wówczas Widzew ponownie stał się klubem, z którego wszyscy byli dumni. Marek Citko, Tomasz Łapiński, cała ekipa Franciszka Smudy… – mówi Marek Wawrzynowski.

Co było niezbędne?

Jeśli chodzi o personalia, w rundzie jesiennej sytuacja Widzewa z pewnością nie była optymalna.

– Widzew był drużyną, która bardziej niż wzmocnień potrzebowała stabilizacji. Brakowało mi kogoś, kto zapanowałby nad chaosem – mówi Stanisław Pisarzewski, dziennikarz Kanału Sportowego.

Nasz rozmówca uważa, że zamęt był pokłosiem letniej ofensywy transferowej.

– Choć dobrze spisywali się tacy piłkarze jak Juljan Shehu czy Fran Álvarez, w składzie brakowało typowego „reżysera”. Myślę, że grę Widzewa może uporządkować Lukas Lerager [pomocnik sprowadzony bez kwoty odstępnego z FC Kopenhaga – przyp. red.]. Owszem, transfery Przemysława Wiśniewskiego i Bartłomieja Drągowskiego robią wrażenie, ale najwięcej obiecuję sobie właśnie po Duńczyku. Jego doświadczenie z Ligi Mistrzów, Serie A i Ligue 1 powinno się przydać – zaznacza Stanisław Pisarzewski.

Warto jednak pamiętać, że mimo „potężnych zbrojeń” Widzew nie ma gwarancji sukcesu.

– Na piłkarskiej mapie Polski Widzew rzeczywiście był „uśpionym gigantem”. Wierzę, że Robert Dobrzycki może uwolnić drzemiący w klubie ogromny potencjał. Nie jestem jednak przekonany, czy bicie kolejnych rekordów transferowych jest przepisem na sukces. Priorytetem władz Widzewa powinno być zbudowanie zespołu, a nie tylko gromadzenie nazwisk. Jeśli to się uda, drużyna z Łodzi może dołączyć do ligowej czołówki . I to już w niedalekiej przyszłości – przewiduje Stanisław Pisarzewski.

Miniwywiad

Wielkie nazwiska, realne oczekiwania

Bartłomiej Najtkowski, XYZ: Po którym ze sprowadzonych piłkarzy kibice najwięcej sobie obiecują? Z jednej strony jest kupiony za dużą kwotę Osman Bukari, a z drugiej Polacy – szczególnie Przemysław Wiśniewski, który przecież nie tak dawno grał w meczach reprezentacji.

Bartłomiej Stańdo, twórca kanału Sektor Widzew i autor książki „Widzew: Reaktywacja": Każdy z zimowych transferów „na papierze” wyglądał obiecująco. Kibice mogli sobie wiele obiecywać po Bukarim, który strzelił gola Manchesterowi City w Lidze Mistrzów, jak i po Leragerze, który w Champions League trafiał do siatki przeciwko Manchesterowi United czy Bayernowi Monachium. Do tego dwóch reprezentantów Polski – Drągowski i Wiśniewski – również rozbudza wyobraźnię.

A co z defensywą?

Wzmocniono boki obrony – Cheng i Isaac mają duże szanse na regularną grę w pierwszym składzie. Kornvig? Świetne opinie w Brann, prosto z Ligi Europy. Jednak w pierwszym meczu rundy wiosennej z Jagiellonią tylko ostatni dwaj-trzej zawodnicy zaprezentowali się nieźle. Być może jeszcze Bukari nie rozczarował, a Wiśniewski pojawił się na boisku tylko na chwilę. Zapewne Lerager i Drągowski liczyli na lepszy debiut. Oby był to jedynie zły początek dobrego.

Jaka polityka personalna wydaje się optymalna dla RTS?

Widzew potrzebuje transferów nie tyle drogich, co skutecznych – takich, które po prostu „wypalą”. Zespół zimą ocieral się o strefę spadkową, w której po inauguracji wiosny ostatecznie się znalazł. Jesienią drużyna ani nie zdobywała wielu bramek, ani nie traciła ich mało, dlatego potrzebowała zarówno stabilizacji w obronie, jak i większej jakości w ataku.

Ten sezon to okres przejściowy – walka o spokojne utrzymanie? Czy może, z racji niewielkich różnic między zespołami, od Widzewa będzie się oczekiwać natychmiastowej nowej jakości?

To zdecydowanie sezon przejściowy. Zbyt wiele zmian zaszło w gabinetach i na ławce trenerskiej, a do drużyny dołączyło zbyt wielu nowych piłkarzy, by wszystko mogło zadziałać natychmiast. Oczywiście, przy tak dużych inwestycjach trudno mieć minimalne oczekiwania.

Co można wywnioskować z wypowiedzi właściciela? Wydaje się, że zachowuje spokój i nie podgrzewa niepotrzebnie atmosfery.

Robert Dobrzycki – uspokajając nastroje kibiców i potwierdzając długofalowe, ambitne plany wobec RTS – zasłużył na duży margines błędów, które ma prawo popełnić. Zawodnicy, którym płaci się wysokie kontrakty za jakość piłkarską, tego marginesu mają znacznie mniej. Od nich należy oczekiwać, że Widzew będzie regularnie notował progres jako drużyna.

Na razie tego progresu nie widać – po raz pierwszy od awansu do Ekstraklasy RTS znalazł się w strefie spadkowej, a większość sezonu jest już za nami. Wydaje się więc, że spokojne utrzymanie w lidze oraz wyjazd na Stadion Narodowy i walka o Puchar Polski 2 maja byłyby realnym i rozsądnym celem na tę wiosnę.

Główne wnioski

  1. Widzew Łódź, który przed rozpoczęciem rundy wiosennej PKO BP Ekstraklasy znajdował się w dolnych rejonach ligowej tabeli, za sprawą nowego właściciela Roberta Dobrzyckiego zdecydował się na zakrojoną na szeroką skalę ofensywę transferową. Łódzki klub zainwestował znaczące środki we wzmocnienia zarówno w defensywie, jak i w ofensywie. Bramkarz Bartłomiej Drągowski, lewy obrońca Christopher Cheng, stoper Przemysław Wiśniewski oraz prawy defensor Carlos Isaac mają stanowić o sile zespołu w tyłach. Z kolei w formacjach ofensywnych nową jakość drużynie mają dać Emil Kornvig, Lukas Lerager oraz Osman Bukari.
  2. W czasach rządów prezesa Ludwika Sobolewskiego, gdy Widzew w latach 80. odnosił największe sukcesy sportowe w swojej historii – zdobywając m.in. mistrzostwa Polski oraz Puchar Polski – klub wyróżniał się również podejściem marketingowym. Na tle innych zespołów w kraju potrafił skutecznie budować więź z kibicami z różnych regionów Polski, m.in. jako pierwszy w rodzimym futbolu wysyłając fanom różnego rodzaju upominki. Nieprzypadkowo to właśnie Widzew miał wówczas najwięcej fanklubów w całym kraju.
  3. Skala obecnych inwestycji ma w polskiej piłce charakter bezprecedensowy – dotąd nie zdarzyło się, by jeden klub wydał w jednym oknie transferowym aż 13,8 mln euro. W przeszłości rozmachem na rynku transferowym imponowała Wisła Kraków za czasów Bogusława Cupiała, sprowadzając do siebie najlepszych piłkarzy w Polsce. Widzew idzie dziś o krok dalej, aktywnie penetrując także rynki zagraniczne, pozyskując zarówno obcokrajowców, jak i polskich zawodników z bogatym i interesującym CV.