Skrajna prawica kontra stara lewica. Spolaryzowana Portugalia wybiera dzisiaj prezydenta w pierwszej dogrywce od 40 lat
Portugalczycy wybierają dziś prezydenta w decydującej II turze wyborów. Stawką jest nie tylko scheda po ustępującym Marcelo Rebelo de Sousie, ale przede wszystkim sama filozofia urzędu: czy głowa państwa ma być stabilizującym arbitrem, czy politycznym bojownikiem?
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego dzisiejsze głosowanie można nazwać najbardziej spolaryzowanymi wyborami prezydenckimi w Portugalii od czasu prodemokratycznej rewolucji goździków z 1974 roku?
- Czym różnią się wizje sprawowania najwyższego urzędu w państwie prezentowane przez kandydatów?
- W jaki sposób rozdźwięk między świetnymi wskaźnikami makroekonomicznymi a codzienną drożyzną i kryzysem mieszkaniowym napędza poparcie dla skrajnej prawicy?
W kraju, który od 2022 roku zaliczył aż trzy wyczerpujące maratony wyborcze, urząd prezydenta nabiera szczególnego znaczenia. O zwycięstwo rywalizują umiarkowany polityk centrolewicy António José Seguro oraz André Ventura, lider skrajnie prawicowej Chegi. To pierwsza od 40 lat prezydencka dogrywka. Fakt ten podkreśla skalę rosnących podziałów politycznych w Portugalii, która do niedawna jeszcze była uważana za kraj wolny od prawicowego populizmu i skrajnej polaryzacji.
Skrajnie prawicowa Chega przestaje być partią protestu
Wyniki I tury z 18 stycznia nie pozostawiają złudzeń: portugalska scena polityczna uległa głębokiej polaryzacji. Na czele wyścigu wysunął się António José Seguro, zdobywając 31,11 proc. głosów i potwierdzając silną bazę Partii Socjalistycznej, jednego z dwóch głównych tradycyjnych ugrupowań politycznych w Portugalii. Niedaleko za nim, z wynikiem 23,52 proc., uplasował się André Ventura. Rezultat lidera Chegi to kolejny jasny sygnał, że skrajna prawica przestała być jedynie głosem protestu, a stała się realnym pretendentem do najwyższych urzędów w państwie.
Dalsze miejsca zajęli João Cotrim de Figueiredo z Inicjatywy Liberalnej (16 proc.) oraz admirał Henrique Gouveia e Melo (12,32 proc.), który jako kandydat niezależny zdołał przyciągnąć znaczną grupę wyborców zmęczonych partyjnymi szyldami. Największym przegranym pierwszej tury okazał się Luís Marques Mendes: popierany przez rządzącą centroprawicę polityk zamknął stawkę głównych graczy z wynikiem 11,30 proc..
Nie tylko strażnik żyrandola
Błędne jest przekonanie, że rola prezydenta Portugalii ogranicza się jedynie do funkcji reprezentacyjnych. Chociaż codziennymi sprawami państwa zarządzają premier i jego gabinet, konstytucja nadaje głowie państwa pozycję wpływowego arbitra, którego znaczenie rośnie wraz z nasilaniem się politycznych turbulencji. Arsenał prezydenckich uprawnień jest dość szeroki: to on, po konsultacjach z partiami i analizie wyników wyborczych, desygnuje premiera. Ma też możliwość zatwierdzania ustaw, wetowania ich lub kierowania do Trybunału Konstytucyjnego, czym może hamować legislacyjne zapędy rządu.
Przede wszystkim jednak prezydent posiada w ręku polityczną „broń atomową”: możliwość rozwiązania parlamentu w celu przełamania politycznego impasu. Nie jest to uprawnienie czysto teoretyczne. W ostatnich latach Portugalczycy boleśnie przekonali się o jego wadze, biorąc udział w serii przedterminowych wyborów. Dochodziło do nich właśnie na skutek decyzji głowy państwa o „zresetowaniu” sceny politycznej.
Dwie skrajnie różne wizje prezydentury
António José Seguro stawia przede wszystkim na jedną kartę - stabilizację. W jego wizji prezydent jest przede wszystkim „bezpiecznikiem”, który łagodzi polityczne spory, studzi rozpalone emocje i skłania zwaśnione partie do realnych kompromisów zamiast dolewać oliwy do ognia. Wyraźnie odcina się od koncepcji prezydentury jako „cienia premiera”: chce być strażnikiem konstytucyjnego porządku, a nie rywalem rządu. Jego strategii sprzyja arytmetyka wyborcza. Do II tury wszedł z wyraźną przewagą, więc nie musi zdobywać poparcia od podstaw. Jego zadaniem jest umiejętne przyciągnięcie umiarkowanych wyborców, obawiających się radykalnych zmian.
Naprzeciw niego stoi André Ventura, przedstawiający się jako kandydat antysystemowy. Dla lidera Chegi Pałac Belém, oficjalna rezydencja portugalskich prezydentów, nie powinna być jedynie siedzibą arbitra sporu politycznego, lecz centrum zarządzania gruntowną przebudową państwa. Ventura promuje radykalnie interwencjonistyczny model prezydentury i zamierza sięgać po jej wszelkie narzędzia: od wykorzystywania urzędu jako potężnej platformy medialnej, przez częste korzystanie z prawa weta, aż po groźbę rozwiązania parlamentu. Wszystko po to, by wymusić realizację własnego programu: zaostrzenia polityki migracyjnej, ograniczenia dostępu cudzoziemców do świadczeń socjalnych oraz zdecydowanego „dokręcenia śruby” w wymiarze sprawiedliwości.
To zderzenie dwóch światów eksplodowało podczas jedynej telewizyjnej debaty przed drugą turą. Była to rozmowa bez taryfy ulgowej. Kandydaci starli się brutalnie w kwestiach imigracji i polityki zdrowotnej, ale najgorętszy spór dotyczył samej definicji prezydentury. Ventura otwarcie sugerował konieczność zmian w konstytucji, podczas gdy Seguro bronił ustrojowego status quo.
Wszyscy przeciwko Venturze
Decydującym motywem tej dogrywki stał się nieformalny, ale potężny front wszystkich przeciwko Venturze. Mimo że oficjalnie partie centroprawicowe (PSD i Inicjatywa Liberalna) umyły ręce od wskazywania faworyta, w ich szeregach doszło do pewnego wyłomu. Premier Luís Montenegro zadeklarował pełną neutralność, odmawiając zaangażowania machiny partyjnej po którejkolwiek ze stron. Jednak dla wielu prominentnych działaczy prawicy głównego nurtu ryzyko przejęcia pałacu prezydenckiego przez skrajną prawicę okazało się zbyt duże, by milczeć.
Jak donosi portugalski nadawca publiczny RTP, po stronie socjalisty Seguro opowiedzieli się polityczni gracze wagi ciężkiej, tradycyjnie kojarzeni z prawą stroną sceny: były prezydent Aníbal Cavaco Silva oraz były wicepremier Paulo Portas. Uznali oni, że w obliczu rosnącego zagrożenia ze strony skrajnej prawicy tradycyjne podziały lewica–prawica schodzą na dalszy plan. Telewizja SIC Notícias zwróciła uwagę, że lista deklarujących poparcie dla Seguro wbrew oficjalnej linii partii jest znacznie dłuższa. Znaleźli się na niej wpływowi intelektualiści i politycy, tacy jak Miguel Poiares Maduro z PSD czy poseł liberałów Mário Amorim Lopes.
Dla André Ventury taka konsolidacja elit to polityczne złoto. Lider Chegi natychmiast przeszedł do kontrataku, oskarżając „system” o zawiązanie spisku przeciwko niemu. W jego narracji sojusz konserwatystów z socjalistami to ostateczny dowód na to, że establishment zewrze szyki z każdym, byle tylko zablokować realną zmianę, którą on reprezentuje.
Strategia „wszyscy przeciw Venturze” jest jednak jedynie doraźnym rozwiązaniem. Nawet jeśli prawdopodobne zwycięstwo Seguro na moment złagodzi polityczne napięcia, nie wyeliminuje ich głębszych przyczyn. Strukturalne źródła społecznego gniewu, od galopujących kosztów życia i kryzysu mieszkaniowego po głęboki kryzys zaufania wobec elit, pozostają nietknięte. To właśnie one pozwoliły skrajnie prawicowej partii Chega urosnąć w siłę.
Budżet państwa a budżety domowe
Kampania wyborcza toczyła się w cieniu gospodarczego paradoksu. Portugalia funkcjonuje dziś w dwóch równoległych, lecz odległych rzeczywistościach: optymistyczne wskaźniki makroekonomiczne zderzają się z narastającymi problemami gospodarstw domowych.
Na poziomie makroekonomicznym mniejszościowy rząd Luísa Montenegro buduje narrację sukcesu i dysponuje mocnymi argumentami. Budżet na rok 2026 - przyjęty tylko dzięki wstrzymaniu się od głosu przez socjalistów, którzy nie chcieli pogłębiać politycznego chaosu - zakłada solidny wzrost gospodarczy na poziomie 2,3 proc., czwartą z rzędu nadwyżkę budżetową (0,1 proc. PKB) oraz dalszy spadek długu publicznego do 87,8 proc. PKB. W oczach rynków finansowych Portugalia stała się prymusem.
Dla zwykłych obywateli te liczby pozostają jednak abstrakcją, zwłaszcza w obliczu pogłębiającego się kryzysu mieszkaniowego. Kolejne depesze Reutersa nie pozostawiają złudzeń: w ciągu dekady ceny mieszkań w Lizbonie wzrosły trzykrotnie, a czynsze ponad dwukrotnie. Stolica padła ofiarą chronicznego niedoboru mieszkań oraz rosnącego popytu ze strony zamożnych nabywców z zagranicy. Rząd próbuje gasić ten pożar punktowo, m.in. zwalniając młodych ludzi (do 35. roku życia) z podatku przy zakupie pierwszego lokum do 300 tys. euro. Jednak nawet ministrowie nieoficjalnie przyznają, że na widoczne efekty tych inicjatyw trzeba będzie poczekać co najmniej kilka lat.
Dysonans i dramat wyborców
Właśnie na tym pęknięciu żeruje André Ventura. Lider Chegi mistrzowsko gra na dysonansie między optymistycznymi wskaźnikami makroekonomicznymi a drożyzną, której doświadczają na co dzień obywatele. Jego przekaz jest prosty trafia na podatny grunt: elity ekscytujące się PKB oderwały się od rzeczywistości, a cały system jest zablokowany i wymaga pilnego resetu. Dramat wyborców głównego nurtu polega na tym, że wielu z nich przyznaje mu rację co do diagnozy problemów. Paraliżuje ich jednak strach przed chaosem, jaki mogłaby przynieść jego hiperaktywna prezydentura.
Kolejnym polem minowym jest rynek pracy. Rząd forsuje gruntowną nowelizację kodeksu pracy, dążąc do większej elastyczności zatrudnienia i ułatwienia zwolnień, co ma podnieść produktywność gospodarki. Związki zawodowe biją na alarm, widząc w tym demontaż praw pracowniczych. Co ciekawe, ostateczne przyjęcie tej reformy będzie najpewniej zależało od głosów Chegi. A ta zaczęła się wahać po grudniowym paraliżu kraju przez strajk generalny. Pokazuje to, jak arytmetyka parlamentarna już teraz pozwala skrajnej prawicy wpływać na legislację nawet z ław opozycji.
Demobilizujące sondaże
Na finiszu kampanii sondaże wyraźnie wskazują na zwycięstwo kandydata centrolewicy, choć analitycy ostrzegają przed przedwczesnym otwieraniem szampana. Wciąż duża grupa niezdecydowanych oraz ryzyko uśpienia czujności wyborców „anty-Ventura”, uspokojonych dobrymi wynikami badań, mogą zaważyć na ostatecznym rezultacie.
Badania z końcówki stycznia i początku lutego rysują jednak spójny obraz: António José Seguro zdecydowanie prowadzi. Według badania ICS-ISCTE dla tygodnika „Expresso” i stacji SIC Seguro cieszy się poparciem na poziomie 51 proc. André Ventura został zepchnięty do głębokiej defensywy z 27 proc. Podobny trend potwierdza lutowy tracking poll dziennika „Jornal de Notícias”. Daje socjaliście nawet 53,6 proc. wobec 27,9 proc. dla lidera Chegi.
W końcówce kampanii w polityczne kalkulacje uderzył „czarny łabędź”: potężny sztorm Kristin. Żywioł przyniósł tragiczne żniwo: zginęło co najmniej sześć osób, a setki tysięcy gospodarstw domowych pogrążyły się w ciemnościach. Rząd zareagował błyskawicznie, zatwierdzając pakiet wsparcia dla poszkodowanych o wartości 2,5 mld euro.
Kataklizm stał się natychmiast paliwem politycznym. Obaj kandydaci wykorzystali tragedię, by pokazać swój model przywództwa. Seguro uderzył w tony państwowca: chwalił oddolną solidarność obywateli, ale punktował, że serce wolontariuszy nie zastąpi sprawnego państwa. Ventura przyjął rolę oskarżyciela: zarzucił rządowi niekompetencję i zażądał głów decydentów.
Główne wnioski
- Pierwsza od 40 lat prezydencka dogrywka rysuje się jako wybór między stabilizacją wokół „strażnika konstytucji” (centrolewicowy António José Seguro) a interwencjonistyczną prezydenturą z wyraźną agendą polityczną (lider skrajnej prawicy André Ventura).
- Mimo oficjalnej neutralności rządu Luísa Montenegro wokół kandydata lewicy zjednoczyli się prominentni politycy głównego nurtu (również z prawicy), tworząc nieformalny „kordon sanitarny” mający zablokować skrajnej prawicy drogę do władzy, co Ventura wykorzystuje do swojej narracji o „spisku systemu”.
- Choć Portugalia notuje świetne wyniki makroekonomiczne, obywatele wciąż zmagają się z kryzysem mieszkaniowym i rosnącymi kosztami życia. Ten dysonans między sukcesem na papierze a rzeczywistością skutecznie napędza poparcie dla antysystemowej Chegi.