Kategorie artykułu: Polityka Świat

Od państwowego socjalizmu do „kapitalizmu dla wszystkich”. Radykalna zmiana kursu w Boliwii

Niedawne zaprzysiężenie nowego prezydenta Boliwii nie oznaczało zwykłej zmiany władzy. Było próbą gruntownej przebudowy modelu gospodarczego państwa. Przez niemal dwie dekady reguły gry wyznaczała lewica skupiona wokół Ruchu na rzecz Socjalizmu, którego twórcą był charyzmatyczny Evo Morales. Na scenę wszedł jednak nowy prezydent, Rodrigo Paz, z hasłem, które w kraju ukształtowanym przez surowcowy nacjonalizm i falę protestów społecznych brzmiało jak polityczna prowokacja: „kapitalizm dla wszystkich”.

Prezydent Boliwii Rodrigo Paz
Prezydent Boliwii Rodrigo Paz na konferencji prasowej w Pałacu Prezydenckim po spotkaniu z prezesem Międzyamerykańskiego Banku Rozwoju Ilanem Goldfajnem podczas jego wizyty w Boliwii, w La Paz, 13 stycznia.
Fot. Jorge Mateo Romay Salinas/Anadolu via Getty Images.

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego Boliwia odchodzi od modelu socjalistycznego ery Evo Moralesa i jakie problemy gospodarcze skłoniły wyborców do poparcia nowego kierunku.
  2. Jak prezydent Rodrigo Paz próbuje zalegalizować rozległą szarą strefę, przeprowadzić bolesne reformy i jednocześnie utrzymać względny spokój społeczny.
  3. Co może przesądzić o powodzeniu lub porażce tej strategii, zwłaszcza w kontekście przyciągania zagranicznych inwestorów.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Diagnoza nowego prezydenta jest prosta i bezlitosna: większość Boliwijczyków funkcjonuje już w gospodarce rynkowej, lecz poza jej oficjalnym obiegiem. W sektorze pozarolniczym osiem na dziesięć miejsc pracy znajduje się w szarej strefie. Drobny handel, transport i usługi działają nie dzięki państwu, lecz pomimo niego. Rodrigo Paz przekonuje więc, że zadaniem władzy nie jest wprowadzanie kapitalizmu, lecz zalegalizowanie i sfinansowanie tego, co już istnieje, przy jednoczesnym wyprowadzeniu kraju z kryzysu dolarowego i głębokiego deficytu budżetowego.

Pierwsze tygodnie jego prezydentury pokazały jednak, jak ryzykowna jest ta strategia. Rząd podjął szybkie i zdecydowane działania: zniósł subsydia paliwowe, otworzył się na kapitał zagraniczny i wysłał sygnały odwilży w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. Reakcja była natychmiastowa – strajki transportowców i protesty uliczne. Wszystko to rozgrywa się w realiach politycznych, w których stary porządek, choć osłabiony, wciąż jest obecny, a Evo Morales – mimo nakazu aresztowania – pozostaje postacią zdolną mobilizować swoich zwolenników i pogłębiać społeczne podziały.

Dlaczego wyborcy odwrócili się od lewicy?

Łatwo sprowadzić minione dwie dekady w Boliwii do karykatury „socjalizmu”, lecz rzeczywistość była znacznie bardziej złożona. Był to model oparty na dominacji państwa, szerokiej redystrybucji dochodów oraz – co kluczowe – wykorzystaniu boomu surowcowego, przede wszystkim gazowego. W okresie prosperity państwo prowadziło ekspansywną politykę inwestycyjną i hojną politykę społeczną. Zwiększało kontrolę nad strategicznymi sektorami gospodarki, a dzięki transferom socjalnym i podwyżkom płac istotnie ograniczyło skalę ubóstwa. Międzynarodowy Fundusz Walutowy potwierdzał, że w szczytowym okresie koniunktury skrajne ubóstwo spadło o połowę. Po 2014 r., gdy boom surowcowy wygasł, a eksport gazu zaczął gwałtownie spadać, ten silnik wzrostu przestał działać.

Model, który przez lata zapewniał Boliwii względny sukces, zamienił się w pułapkę. Dochody z eksportu węglowodorów praktycznie wyschły, a dziura budżetowa w latach 2023-2024 przekroczyła 10 proc. PKB. Deficyt łatano emisją pieniądza przez bank centralny, podczas gdy rezerwy walutowe topniały w alarmującym tempie. W maju ubiegłego roku MFW bił na alarm: poziom dostępnych rezerw walutowych Boliwii zbliżył się do zera. Fundusz ostrzegał wprost, że bez realnych cięć wydatków i wyraźnej zmiany kursu krajowi grożą eksplozja inflacji, pogłębiający się kryzys walutowy oraz „niekontrolowany wstrząs” gospodarczy.

Do czasu rozpoczęcia kampanii wyborczej w 2025 r. abstrakcyjne wskaźniki makroekonomiczne przełożyły się na codzienny ból obywateli. Normą stały się kolejki po paliwo, brak dolarów i rosnące ceny, a kurs czarnorynkowy całkowicie oderwał się od oficjalnego. Społeczne zmęczenie kryzysem gospodarczym oraz bratobójczy konflikt wewnątrz rządzącego Ruchu na rzecz Socjalizmu (MAS) – między frakcjami skupionymi wokół Evo Moralesa i jego następcy, Luisa Arcego – otworzyły polityczną przestrzeń, w którą wszedł Rodrigo Paz. Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich z sierpnia 2025 r. stały się symbolicznym upadkiem MAS: kandydat tej formacji zdobył zaledwie 3 proc. głosów.

Co oznacza „kapitalizm dla wszystkich” w praktyce?

Hasło Paza nie było libertariańskim manifestem. Bardziej przypominało wariant „kapitalizmu ludowego”, skrojony pod mikroprzedsiębiorców i ogromną grupę osób pracujących w szarej strefie. Propozycja była konkretna: obniżenie barier wejścia na rynek, deregulacja, niższe podatki oraz państwo, które przestaje funkcjonować jak bramka pobierająca opłaty. Jednocześnie prezydent łączył ten wolnorynkowy przekaz z obietnicą socjalnej poduszki bezpieczeństwa, przekonując, że państwo – choć odchudzone i mniej ingerujące w gospodarkę – nadal musi chronić najsłabszych. Flagowym projektem kampanii był „model 50-50”, zakładający radykalną decentralizację finansów publicznych: połowa środków miała trafiać bezpośrednio do samorządów, z pominięciem rządu centralnego.

Propozycja była konkretna: obniżenie barier wejścia na rynek, deregulacja, niższe podatki oraz państwo, które przestaje funkcjonować jak bramka pobierająca opłaty. Jednocześnie prezydent łączył ten wolnorynkowy przekaz z obietnicą socjalnej poduszki bezpieczeństwa.

Dlaczego ta narracja zadziałała? Zadecydowały dwa kluczowe czynniki. Po pierwsze, szara strefa w Boliwii nie jest marginesem, lecz fundamentem gospodarki. Według danych Międzynarodowej Organizacji Pracy nieformalne zatrudnienie sięga około 85 proc., a wśród kobiet odsetek ten jest jeszcze wyższy. Dla zdecydowanej większości obywateli państwo jako pracodawca lub gwarant stabilności ekonomicznej praktycznie nie istnieje, a codzienne życie toczy się poza oficjalnymi rejestrami.

Po drugie, dotychczasowy państwowy parasol ochronny okazał się kosztowny i nieszczelny. Jego filarem było tanie paliwo – ceny diesla i benzyny zamrożono w 2006 r. Przez lata subsydia, zamiast chronić najuboższych, napędzały przemyt i korupcję, drenując budżet i wysysając z kraju twardą walutę. Rząd Paza postawił sprawę jasno: dopłaty kosztowały państwo około 10 mln dolarów dziennie, przynosząc największe korzyści przemytnikom. Dlatego zapadła decyzja o ich likwidacji – nawet za cenę natychmiastowego wybuchu gniewu na ulicach.

Koniec paliwowego eldorado

Skutki grudniowej decyzji rządu Rodrigo Paza o likwidacji subsydiów paliwowych były natychmiastowe: ceny benzyny i diesla gwałtownie wzrosły. Równolegle rząd otworzył rynek na bezpośredni import paliw, przyznając tym samym, że państwowy gigant naftowy YPFB nie jest już w stanie samodzielnie zapewnić ciągłości dostaw.

Uzasadniając te radykalne kroki, władze posłużyły się brutalnie szczerą diagnozą. Mowa była o „Estado tranca” – państwie, które zamiast pomagać, stało się przeszkodą: sparaliżowaną biurokracją, korupcją i zawłaszczeniem przez wpływowe grupy interesu.

Reakcja społeczna była równie szybka i gwałtowna. Związki zawodowe transportowców i górników ogłosiły ogólnokrajową mobilizację, a na ulicach stolicy kraju, La Paz, doszło do starć z policją. Opozycja natychmiast zarzuciła Pazowi, że koszty reform przerzuca na barki najuboższych. Aby złagodzić skalę społecznego szoku, rząd zdecydował się na ryzykowną ucieczkę do przodu: w tym samym dekrecie zapisano obowiązkową podwyżkę płacy minimalnej o 20 proc., obowiązującą od 2 stycznia bieżącego roku.

Stawka w tej politycznej grze wykracza daleko poza ceny na stacjach benzynowych. Boliwia doskonale pamięta, jak wybuchowym tematem potrafią być kwestie energetyczne. W 2010 r. nawet niezwykle popularny wówczas Evo Morales próbował przeforsować podobną podwyżkę cen paliw (tzw. gasolinazo), lecz po kilku dniach gwałtownych zamieszek musiał się z niej wycofać.

Dla Rodrigo Paza to test decydujący. Jeśli przetrwa go bez uruchomienia spirali przemocy, wyśle sygnał, że państwo po epoce MAS odzyskało sprawczość i zdolność podejmowania trudnych decyzji. Jeśli jednak się cofnie, „kapitalizm dla wszystkich” okaże się jedynie chwytliwym hasłem wyborczym, a nie realnym planem rządzenia.

Tylko nie mówmy o „dewaluacji” waluty

Kolejnym frontem stała się waluta. Międzynarodowy Fundusz Walutowy nie bawił się w dyplomację. Nie da się w nieskończoność finansować deficytu dodrukiem pieniądza, jednocześnie utrzymując sztywny kurs wymiany. To gotowa recepta na kryzys, którego symptomy są już widoczne. Mamy niemal wyczerpane rezerwy walutowe, rozkwit czarnego rynku dolara oraz narastającą presję inflacyjną.

Ekipa prezydenta Paza konsekwentnie przedstawia swoją politykę gospodarczą jako krok w stronę „normalizacji” i „przejrzystości”, uważnie unikając drażliwego słowa „dewaluacja”. W ramach tej strategii Bank Centralny Boliwii zaczął codziennie publikować „wartość referencyjną” dolara, opartą na realnych transakcjach rynkowych. Oficjalnie to jedynie narzędzie informacyjne, które nie zmienia formalnie sztywnego kursu państwowego.

Równocześnie rząd forsuje narrację o redukcji tzw. premii czarnorynkowej, czyli różnicy między kursem oficjalnym a rynkowym. Minister gospodarki José Gabriel Espinoza ogłosił w niedawnym wywiadzie pierwsze sukcesy: po działaniach stabilizacyjnych kurs uliczny dolara spadł z ok. 14 do 9,5 boliviano. Jednocześnie przyznał, że to dopiero początek drogi. Kluczowe reformy strukturalne – zwłaszcza w sektorze gazowym i górniczym – wciąż pozostają przed rządem.

Surowce po raz kolejny

Rodrigo Paz stawia wszystko na jedną kartę. Nową kotwicą gospodarczą Boliwii mają stać się inwestycje w surowce – z litem w roli głównej. Ekonomia polityczna regionu bywa jednak bezlitosna. Boliwia od lat uchodzi za kraj ogromnych możliwości, ale regularnie przegrywa z własną nieefektywnością. Niejasne regulacje prawne, słaba infrastruktura i chroniczna niestabilność polityczna wielokrotnie blokowały przejście od ambitnych wizji do produkcji przemysłowej na skalę komercyjną.

Sam potencjał surowcowy jest imponujący. Według szacunków amerykańskich służb geologicznych Boliwia „siedzi” na około 23 mln ton litu. To poziom porównywalny z Argentyną i blisko jedna piąta globalnych, znanych zasobów.

Prawdziwym wyzwaniem pozostaje jednak przekucie potencjału w realne korzyści gospodarcze. Dziś Boliwia odpowiada za mniej niż 1 proc. światowego wydobycia litu. Państwowy gigant YLB przez lata nie potrafił wyjść poza fazę pilotażową. Uwikłał się w kontrowersyjne politycznie układy z partnerami z Chin i Rosji oraz w długotrwałe spory prawne. Paz zapowiada zmianę reguł gry: pełną przejrzystość kontraktów i otwarcie sektora na prywatny kapitał. Zamiast hermetycznego monopolu państwa proponuje model partnerski joint venture, z podziałem ryzyka 50-50 między państwem a inwestorami prywatnymi.

Tę samą logikę prezydent chce przenieść na sektor gazowy i górniczy. Zapowiada nowe prawo naftowe oraz pakiet zachęt inwestycyjnych, jednocześnie wysyłając kluczowy sygnał uspokajający rynki: obowiązujące umowy mają być honorowane.

Doświadczenia z przeszłości każą jednak zachować ostrożność. Boliwia już kilkakrotnie testowała strategię „otwórz złoża, a wzrost przyjdzie sam”. Jak wskazuje Bank Światowy, efektem bywało powstawanie gospodarczych enklaw – wysp nowoczesnego przemysłu, które nie tworzyły trwałych miejsc pracy i nie dzieliły się zyskami z państwem ani lokalnymi społecznościami. Kluczowym testem dla Paza będzie więc udowodnienie, że hasło „dla wszystkich” oznacza realne mechanizmy podziału zysków, ochronę socjalną i lokalne korzyści, a nie jedynie czerwony dywan dla zagranicznego kapitału.

Miliardy z zagranicy na stole – ale pod jednym warunkiem

Międzynarodowi pożyczkodawcy są gotowi otworzyć portfele dla Boliwii, ale nie bezwarunkowo. Administracja prezydenta liczy na pakiet wsparcia przekraczający 9 mld dolarów. Jednak kluczem do tych środków nie są deklaracje, lecz konkretne reformy i zgoda parlamentu. Większość funduszy ma zostać odblokowana dopiero po osiągnięciu mierzalnych postępów. Planowane zmiany są drastyczne: cięcie wydatków publicznych o ok. 30 proc. oraz głęboka przebudowa systemu podatkowego. Problem w tym, że reformy muszą przejść przez Kongres – co w obecnym klimacie politycznym przypomina spacer po polu minowym.

Rynki finansowe zareagowały jednak szybko. W połowie stycznia agencja Fitch Ratings podniosła rating kredytowy Boliwii z poziomu CCC- do CCC. W ten sposób zasygnalizowała, że ryzyko niewypłacalności chwilowo się oddaliło. Jednocześnie Fitch podkreślił, że gospodarka kraju wciąż znajduje się w stanie krytycznym, a rezerwy walutowe pozostają niebezpiecznie niskie. To istota tzw. „efektu Paza” opisywanego w międzynarodowych mediach. Kapitał szybko odzyskuje wiarę, gdy widzi determinację i plan, ale równie szybko ją traci, jeśli reformy ugrzęzną w sporach parlamentarnych lub zostaną storpedowane przez protesty uliczne.

Główne wnioski

  1. Po niemal dwóch dekadach dominacji lewicy skupionej wokół Evo Moralesa gospodarka Boliwii zderzyła się ze ścianą: spadek dochodów z gazu, deficyt budżetowy powyżej 10 proc. PKB, topniejące rezerwy walutowe i niedobór dolara stworzyły warunki, w których wolnorynkowa narracja Rodrigo Paza stała się politycznie nośna.
  2. Nowy prezydent próbuje radykalnie przebudować model gospodarczy, odchodząc od państwowego socjalizmu w stronę „kapitalizmu dla wszystkich”, opartego na legalizacji szarej strefy, deregulacji oraz likwidacji kosztownych subsydiów paliwowych.
  3. Choć nowa polityka szybko zyskała uznanie rynków i instytucji finansowych, jej wdrażanie wywołuje silny opór społeczny, odsłaniając głębokie podziały i wysokie ryzyko polityczne związane ze skalą reform.
Artykuł opublikowany w wydaniu nr 450
Strona główna Świat Od państwowego socjalizmu do „kapitalizmu dla wszystkich”. Radykalna zmiana kursu w Boliwii