Technologiczny sojusz władzy w USA. Amerykańska demokracja i europejska suwerenność pod presją
Europa przestaje być podmiotem w globalnej grze technologicznej. Amerykańskie korporacje cyfrowe, splecione interesami z administracją USA, systematycznie przejmują kontrolę nad kluczową infrastrukturą państw sojuszniczych – od danych medycznych po systemy bezpieczeństwa.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak amerykańska administracja i giganci technologiczni stworzyli zamknięty system wzajemnego finansowania oraz wsparcia politycznego.
- W jaki sposób korporacje ze Stanów Zjednoczonych przejmują kontrolę nad wrażliwymi danymi Europejczyków i infrastrukturą krytyczną państw europejskich.
- Dlaczego – zdaniem ekspertów – rosnące uzależnienie od zewnętrznych technologii prowadzi do trwałej utraty strategicznej suwerenności Europy?
Już w XVIII w. francuski filozof Monteskiusz sformułował koncepcję trójpodziału władzy jako fundamentu sprawnie funkcjonującego państwa. W XX w. zaczęto natomiast mówić o mediach jako o „czwartej władzy”, pełniącej rolę strażnika demokracji i praworządności. Dziś jednak dynamika władzy w polityce wymyka się tym klasycznym definicjom.
Wpływ amerykańskich korporacji technologicznych na administrację Donalda Trumpa trudno bowiem opisać przy użyciu tradycyjnych kategorii. Nie chodzi już wyłącznie o lobbing czy nacisk, lecz o powstanie mechanizmu wzajemnych zależności między technologicznymi miliarderami a Białym Domem.
Zaczęło się od hołdu lennego big techów wobec Donalda Trumpa
Od dawna nie było tajemnicą, że amerykańscy miliarderzy z Doliny Krzemowej postawili na wspieranie polityki Donalda Trumpa. Na jego inauguracji w jednym rzędzie zasiedli prezesi największych spółek technologicznych – Mark Zuckerberg (Meta), Jeff Bezos (Amazon), Sundar Pichai (Google) oraz Elon Musk (X, Tesla, SpaceX).
Ten ostatni był szczególnie aktywny. Na kampanię Trumpa przeznaczył ponad 290 mln dolarów, a w pierwszych miesiącach drugiej kadencji prezydenta kierował tzw. DOGE – departamentem odpowiedzialnym za drastyczne cięcia w amerykańskim sektorze publicznym. Choć później zrezygnował z tej funkcji i wszedł w spór z Trumpem, jego przypadek jest jedynie najbardziej widocznym elementem szerszego zjawiska.
W opublikowanym niedawno raporcie „The Authoritarian Stack” zespół naukowców pod kierownictwem prof. Franceski Brii szczegółowo opisał ideologiczne, kapitałowe i personalne powiązania między elitą big techów a Białym Domem.
Ręka rękę myje, czyli o powiązaniach technologicznego establishmentu z amerykańskim rządem
Autorzy raportu wskazują kilka postaci kluczowych dla całej polityczno-biznesowej układanki. Jedną z nich jest Peter Thiel, którego sylwetkę opisywaliśmy już na łamach XYZ. Miliarder jest jednym z założycieli Palantir Technologies – firmy dostarczającej zaawansowane rozwiązania technologiczne dla wojska i służb specjalnych. Niedawno współpracę z Palantirem podjęło również Ministerstwo Obrony Narodowej.
Spółce zarzuca się m.in. wspieranie zbrodni izraelskiej armii na Palestyńczykach, współpracę z amerykańską agencją ICE, a także współtworzenie infrastruktury państwa nadzoru, zagrażającej prywatności obywateli USA.
Główny darczyńca J.D. Vance'a nie znosi organizacji międzynarodowych, nadzoru i... tropi Antychrysta
Peter Thiel nie stroni od publicznych manifestacji politycznych i ideologicznych. Otwarcie twierdzi, że obawia się nadejścia Antychrysta. W jego interpretacji potencjalnymi „figurami Antychrysta” mogą być m.in. Greta Thunberg czy Eliezer Yudkowsky, znany z popierania silnego nadzoru nad rozwojem sztucznej inteligencji.
Thiel konsekwentnie krytykuje organizacje międzynarodowe oraz państwowe instytucje regulacyjne. Był również głównym darczyńcą kampanii J.D. Vance'a, obecnego wiceprezydenta USA.
Nie mamy więc do czynienia z miliarderem skupionym wyłącznie na ekspansji własnego biznesu. Zdaniem autorów raportu, Thiel – wraz z innymi technooligarchami – buduje nowy blok „technologicznych patriotów”. Nie są to luźno powiązani aktorzy sceny biznesowo-politycznej, lecz elementy zwartej infrastruktury kontroli. Od chmury obliczeniowej, przez sztuczną inteligencję i drony, po systemy satelitarne – big techy powiązane z Białym Domem stopniowo uzależniają aparat państwowy od swoich rozwiązań. W zamian, dzięki publicznym środkom, poszerzają zasięg własnych imperiów.
Do innych kluczowych postaci tej układanki należą Alex Karp, obecny prezes Palantira, oraz Marc Andreessen, współzałożyciel funduszu Andreessen Horowitz (a16z) oraz 1789 Capital. Bezpośrednim łącznikiem administracji i big techów jest również Donald Trump Jr. – udziałowiec 1789 Capital i syn prezydenta.
Firma – Biały Dom – zapętlenie
Z firmy Anduril Industries, powiązanej m.in. z Donaldem Trumpem Jr., na stanowisko podsekretarza armii trafił Michael Obadal. Jeszcze jako nominowany posiadał akcje spółki warte około miliona dolarów. Anduril specjalizuje się w zastosowaniach sztucznej inteligencji na polu walki. Już po objęciu stanowiska przez Obadala firma podpisała kontrakt o wartości miliarda dolarów z amerykańską marynarką wojenną.
To jednak tylko jeden z przykładów. Wielomiliardowe umowy z rządem USA zawierały również OpenAI oraz SpaceX, należący do Elona Muska.
Środki z amerykańskiego budżetu trafiające do Palantira, Andurila czy SpaceX w dużej części zasilają następnie fundusze venture capital, takie jak a16z, 1789 Capital czy Founders Fund – pierwszy instytucjonalny inwestor zarówno w SpaceX, jak i w Palantirze. Głównym właścicielem Founders Fund jest… Peter Thiel.
Koło się zamyka.
Przekroczenie granic standardowej współpracy biznesu z państwem
Opisany mechanizm wykracza daleko poza klasyczne relacje między biznesem a państwem. Środki z funduszy venture capital wspierają firmy, które następnie wygrywają kontrakty z administracją rządową. Dzięki tym umowom powstaje infrastruktura krytyczna, niezbędna dla funkcjonowania państwa. Zyski z kontraktów wracają do funduszy, których właściciele wcześniej – i nadal – wspierali administrację Donalda Trumpa politycznie i finansowo. Całość spina ideologiczna spójność zbieżna z retoryką ruchu MAGA, otwarcie kwestionującego dotychczasowy porządek liberalnej demokracji w USA.
Relacje między firmami technologicznymi a administracją Trumpa mają również wymiar personalny. Dyrektorem Biura Nauki i Technologii w Białym Domu został były współpracownik Petera Thiela, Michael Kratsios. Autorzy raportu opisują także liczne transfery kluczowych pracowników Mety i Palantir Technologies bezpośrednio do struktur wojskowych. Część menedżerów została zaprzysiężona w stopniach oficerskich, w tym podpułkowników armii USA.
Granice między sektorem prywatnym a państwową armią w czasie prezydentury Trumpa uległy niemal całkowitemu zatarciu. Zamknięty, symbiotyczny układ między technologicznym establishmentem a administracją USA stanowi zagrożenie nie tylko dla samej demokracji amerykańskiej, lecz także dla Europy.
Choć w ostatnich miesiącach europejscy liderzy coraz częściej mówią o potrzebie budowania autonomii i niezależności strategicznej, autorzy raportu „The Authoritarian Stack” wskazują, że realne działania nie potwierdzają tych deklaracji.
Próby uzależniania Europy od amerykańskich technologii
Brytyjski odpowiednik NFZ, czyli NHS, podpisał z Palantirem kontrakt o wartości 330 mln funtów na obsługę danych pacjentów. Oznacza to, że wrażliwe dane zdrowotne Brytyjczyków są przetwarzane przez prywatną amerykańską spółkę ściśle powiązaną z obozem Trumpa. W warunkach napięć transatlantyckich wzmacnia to pozycję negocjacyjną USA wobec Wielkiej Brytanii – i szerzej Europy. Jedna decyzja polityczna mogłaby pozbawić publiczny system zdrowia realnej kontroli nad danymi pacjentów.
Podobne sygnały płyną z Włoch. Rząd Giorgii Meloni zawarł umowę ze SpaceX na integrację systemów Starlink z infrastrukturą komunikacyjną włoskiej armii. Właścicielem Starlinka jest Elon Musk, który od miesięcy otwarcie krytykuje Unię Europejską i wspiera skrajną prawicę na Starym Kontynencie. Rok temu wystąpił na wydarzeniu niemieckiej AfD – partii prorosyjskiej i antyunijnej, popieranej obecnie przez około jedną czwartą wyborców w Niemczech.
W samych Niemczech koncern zbrojeniowy Rheinmetall utworzył joint venture z firmą Anduril Industries w celu wspólnej produkcji dronów. System operacyjny Lattice OS, wykorzystywany w tych projektach, jest zależny od aktualizacji pochodzących z USA. Dodatkowo niemiecki wywiad wojskowy korzysta z oprogramowania Palantira do analizy danych.
Dr Misiuna: „ogon merda psem”
Zdaniem dr. Jana Misiuny z Katedry Studiów Politycznych w Szkole Głównej Handlowej w Warszawie Waszyngton uzależnia od siebie Europę poprzez amerykańskie korporacje technologiczne.
– Podpisując tego rodzaju kontrakty na obsługę krytycznej infrastruktury, państwa europejskie w pewnym sensie tracą swoją suwerenność. Co istotne, to uzależnienie nie następuje na rzecz amerykańskiej administracji rządowej, lecz na rzecz potężnych korporacji technologicznych ze Stanów Zjednoczonych – zauważa dr Jan Misiuna.
Naukowiec ze SGH dostrzega również fundamentalną zmianę w relacji władzy między Białym Domem a Doliną Krzemową.
– Wielki biznes w Stanach Zjednoczonych od zawsze wywierał ogromny wpływ na działania rządu federalnego. Przepływy kadrowe między korporacjami a administracją, znane jako zjawisko „obrotowych drzwi”, stanowiły wręcz amerykański standard. Obecnie jednak obserwujemy coś więcej niż tylko transfer kadr zarządzających i modeli z biznesu do państwa. Mamy do czynienia z wyraźną zmianą ideologiczną, która transformuje sam charakter funkcjonowania państwa. W przeszłości, nawet przy ścisłej współpracy na linii państwo–biznes, narzędzia służące do administrowania pozostawały w dużej mierze własnością rządu – mówi dr Misiuna.
Jego zdaniem relacje między Waszyngtonem a Doliną Krzemową uległy całkowitemu przemodelowaniu, gdy niezbędną dla państwa infrastrukturą zaczęły zarządzać koncerny technologiczne.
– Obecnie doszliśmy do momentu, w którym cała infrastruktura techniczna niezbędna do obsługi państwa znajduje się w rękach podmiotów prywatnych, a rządowi jest ona jedynie wynajmowana. To diametralnie zmienia układ sił. W sytuacji, w której sektor prywatny zdecydowałby się zerwać lub zmienić relacje z rządem, administracja państwowa pozostaje de facto bez narzędzi do zarządzania krajem – podkreśla dr Jan Misiuna.
Ekspert nie pozostawia wątpliwości. W jego ocenie taka dynamika daje gigantyczną przewagę sektorowi prywatnemu.
– Można powiedzieć, że to ogon merda psem – zauważa politolog.
Demokraci nadzieją dla demokracji?
Gdzieś tam można usłyszeć, że tak bliska symbioza Doliny Krzemowej z Białym Domem wynika wprost z doktryny MAGA lansowanej przez prezydenta Donalda Trumpa. Dr Jan Misiuna zgadza się, że taki układ jest obopólnie korzystny, także w perspektywie kolejnych lat.
– Niezależnie od tego, kto ostatecznie byłby prezydentem – pamiętajmy, że Donald Trump, w hipotetycznym i prawnie skomplikowanym przypadku startu na trzecią kadencję, miałby w momencie wyborów 82 lata, co rodzi wątpliwości co do jej dokończenia – politycy prawicy z pewnością będą intensywnie wykorzystywać dostępne im narzędzia cyfrowe. Z kolei sektor technologiczny będzie dążył do utrzymania takiej administracji, ponieważ obecny układ jest dla niego niezwykle korzystny i pozwala realizować własne interesy przy wsparciu rządu – analizuje dr Misiuna.
Politolog pozostaje jednak sceptyczny co do szans na normalizację relacji Biały Dom–Dolina Krzemowa po ewentualnym powrocie do władzy Demokratów.
– Zakładając, że do władzy dojdą Demokraci, wpływy sektora technologicznego na amerykańską administrację bynajmniej nie osłabną. W czasie, który pozostał obecnej administracji, korporacje te jeszcze bardziej się wzmocnią, a zmiany strukturalne zajdą na tyle daleko, że odwrócenie tego procesu byłoby niezwykle trudne i długotrwałe. Dlatego nie przewiduję fundamentalnej zmiany w tych relacjach wraz ze zmianą administracji w Waszyngtonie – mówi dr Misiuna.
A Europa? Niezależnie od barw partyjnych amerykańska administracja będzie wywierać presję na nasz region.
– Z perspektywy europejskiej sytuacja jest niestety dość jasna. Niezależnie od tego, która partia będzie sprawować władzę w Stanach Zjednoczonych, potężne amerykańskie korporacje będą wywierać nieproporcjonalnie duży wpływ na Europę. Administracja amerykańska, zarówno republikańska, jak i demokratyczna, będzie wykorzystywać tę przewagę technologiczną do forsowania rozwiązań korzystnych dla własnych interesów, niekoniecznie zbieżnych z interesami Starego Kontynentu – podsumowuje dr Misiuna.
Fraser: Władza firm technologicznych potężniejsza od władzy państwowej
Jak zauważa Gosia Fraser, dziennikarka i filozofka, autorka podcastu TECHSPRESSO.CAFE, amerykańskie firmy technologiczne, od dawna konsekwentnie budują potęgę, która przewyższa realną sprawczość wielu państw.
– Big techy od lat wzmacniały swoją pozycję, m.in. torpedując wdrażanie niekorzystnych regulacji – zarówno w USA, jak i w Europie. Lobbing wielkich koncernów ma długą historię i nie zaczął się wczoraj, choć można by tak wnioskować z nagłego „przebudzenia” części komentariatu i ekspertów. Blokowane było RODO, skutecznie unieszkodliwiono dyrektywę ePrivacy, a dziś doskonale widać wpływ korporacji na to, jak Unia Europejska łagodzi obowiązujące prawo w imię deregulacji skrojonej pod dyplomatyczną grę z USA. Przy okazji porzucono choćby plany wprowadzenia wspólnego podatku cyfrowego – wylicza Gosia Fraser w rozmowie z XYZ.
Jej zdaniem skala władzy firm technologicznych już teraz przewyższa możliwości klasycznych instytucji państwowych.
– Donald Trump postanowił wykorzystać amerykańskie firmy technologiczne jako strategiczny zasób i zakomunikował to światu wprost. Podczas inauguracji jego drugiej kadencji widzieliśmy szefów big techów w pierwszym szeregu uroczystości. To w istocie gotowe do wymarszu zaplecze, które ma bić się przede wszystkim z Chinami. Już dziś ChRL wyprzedza USA m.in. pod względem liczby wysoko cytowanych publikacji dotyczących sztucznej inteligencji. Chiny dominują również w wyścigu patentowym w obszarze generatywnej AI – a to potężne narzędzie kontroli narracji, kierunków myślenia i inżynierii społecznej – analizuje Gosia Fraser.
Rolę Europy w tym geopolityczno-technologicznym wyścigu dziennikarka ocenia jednoznacznie pesymistycznie.
– Europa będzie dla USA interesująca wyłącznie jako rynek zbytu i zaplecze sojusznicze w tej rywalizacji. Na realną samodzielność nie mamy już co liczyć – i to od dawna. Pytanie brzmi raczej: jak ustawimy się wobec obecnych warunków gry, bo Chiny bardzo chętnie wejdą tam, gdzie państwa UE będą kręcić nosem na amerykańskie dyktando. Ze szkodą dla nas – konkluduje Gosia Fraser.
Główne wnioski
- W Stanach Zjednoczonych ukształtował się ścisły, obustronnie opłacalny sojusz między administracją Donalda Trumpa a technologicznymi miliarderami. Właściciele gigantów cyfrowych aktywnie wspierali finansowo kampanię prezydencką i ruch polityczny obecnego prezydenta. W zamian ich firmy oraz powiązane fundusze inwestycyjne otrzymują lukratywne kontrakty państwowe, obejmujące budowę infrastruktury wojskowej i krytycznej dla funkcjonowania państwa. Powstaje w ten sposób zamknięty obieg kapitału sprzężony z agendą polityczną, w którym zaciera się granica między prywatnym biznesem a administracją publiczną.
- Mechanizm ten ma bezpośrednie konsekwencje dla Europy. Największe amerykańskie firmy technologiczne stopniowo przejmują kontrolę nad kluczowymi sektorami na Starym Kontynencie. Przykładem jest powierzenie obsługi danych medycznych brytyjskich pacjentów amerykańskiemu Palantirowi. Korporacje dążą do uzyskania monopolu w obszarze infrastruktury krytycznej państw sojuszniczych, co daje im ogromną siłę nacisku i możliwość wymuszania coraz głębszej integracji systemowej.
- Z analiz dr. Jana Misiuny i Gosi Fraser wyłania się obraz Europy pozbawionej realnej suwerenności technologicznej. Państwa UE stają się przede wszystkim rynkiem zbytu oraz pionkiem w globalnej rywalizacji Stanów Zjednoczonych z Chinami. Eksperci są sceptyczni w kwestii szans Europy na uniezależnienie się od amerykańskiej technologii.

