Kategorie artykułu: Biznes Lifestyle Technologia

Konrad Pawlus: Inwestowanie w klocki Lego to bzdura (WYWIAD)

Z pasji do programowania i wizji osiągnięcia finansowej niezależności stworzył firmę technologiczną wartą kilkaset milionów złotych. Otworzył dwa muzea, inwestuje pośrednio w startupy i rozwija kolejne biznesy. – Jestem już zbyt siwy, żeby wierzyć, że na okazyjnym inwestowaniu się zarabia. Pieniądze biorą się z biznesu i pracy – mówi Konrad Pawlus, współzałożyciel Salesmanago.

Konrad Pawlus, współzałożyciel m.in. Salesmanago
Konrad Pawlus uważa się przede wszystkim za programistę z przedsiębiorczym zacięciem. Inwestuje głównie w to, co w jakiś sposób go fascynuje. Fot. materiały prasowe/Konrad Pawlus

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Z jakimi wyzwaniami musiał zmierzyć się Konrad Pawlus, budując jedną z największych w swoim segmencie firm w Europie.
  2. – Jakie inwestycyjne lekcje wyciągnął m.in. z zaangażowania w nieruchomości, gastronomię i giełdę.
  3. Co sądzi o modzie na startupy i jakie firmy jest gotów wspierać.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Mariusz Bartodziej, XYZ: Czym wzbudza pan większe zainteresowanie, gdy opowiada o inwestycjach – własnym muzeum klocków Lego czy funduszem Bitspiration VC ze startupem BEIT opracowującym kwantowe algorytmy do projektowania leków małocząsteczkowych w portfelu?

Konrad Pawlus, współzałożyciel m.in. Salesmanago: Zdecydowanie Bitspiration VC i BEIT – to niesamowita tematyka. Komputery kwantowe zmienią świat. Trwa debata, czy jesteśmy już u progu tej zmiany, czy jeszcze nie; niemniej coraz większe pieniądze płynące do tego sektora przyspieszą postępy.

My zajmujemy się oprogramowaniem dla tych komputerów. W BEIT zaangażowałem się operacyjnie jako dyrektor ds. produktu, a zainwestowałem pośrednio – przez mało reklamowany fundusz venture capital (VC) Bitspiration Booster VC, w którym jestem inwestorem [tzw. limited partner, LP – red.]. Stara się on nie przyciągać świateł reflektorów. Oferuje prawdziwe „smart money” (poza pieniędzmi także realną pomoc: know-how, kontakty itd.) i angażuje się w spółki w zgodzie z ich założycielami. Łączy z nimi doświadczonych przedsiębiorców, by wspólnie budować wartość firm.

Fundusz zainwestował też w inne świetne polskie spółki deep tech: IS-Wireless, rozwijający sieci 5G/6G dla sektora obronnego, laserowy Fluence Technology czy FibriTech, opracowujący nowe materiały na podłoża do upraw. Mało kto wie, że używanie torfu jako podłoża będzie zabronione od 2030 r. W spółki rozwiązujące takie problemy warto inwestować.

A podejrzewałem, że większą sensację wywołuje jednak muzeum klocków i figurek.

Przyznaję, ono też wzbudza ogromne zainteresowanie. Siedzę w temacie stosunkowo niedługo, od 2017 r. Gromadzenie kolekcji figurek Lego potraktowałem jako panaceum na ogrom stresu i pracy wynikających z prowadzenia własnej firmy. Układając je, mogłem oderwać się od biznesowej codzienności i czerpać z tego mnóstwo frajdy z całą rodziną. Hobby przerodziło się w duży projekt.

Warto wiedzieć

Zawsze blisko technologii

Mawia, że planował programować do końca życia, ale przypadkiem współzałożył Salesmanago– trzecią w Europie pod względem wielkości platformę CDP (Customer Data Platform, zbierająca, integrująca i centralizująca dane o użytkownikach). Rozwijał ją od strony technologicznej w latach 2011–2022, do czasu przejęcia przez fundusze private equity.

W kolejnych latach Konrad Pawlus zaangażował się jako inwestor w dwa fundusze venture capital, a jako doradca i inwestor w firmy ExMetrix oraz Space to Grow. Poza tym odpowiada za technologię w trzech innych spółkach: BEIT, TailoredByte oraz Inamedu. Ponadto audytuje startupy od strony technologicznej dla funduszy VC i jest właścicielem dwóch muzeów w Krakowie: Bricks & Figs oraz Wheels & Heels.

Jest absolwentem Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie (AGH). W latach 1999–2004 ukończył studia inżynieryjne (kierunek Computer Science), a sześć lat później podyplomowe (Project Management). Zawodowo od początku związany z programowaniem. Doświadczenie zdobywał m.in. w globalnej firmie IT: Sabre.

Od fascynacji programowaniem do własnego biznesu

Nie miałby pan możliwości angażowania się w różne duże projekty, gdyby nie sukces biznesowy Salesmanago. A od zawsze chciał pan po prostu programować. Co skłoniło pana do zostania przedsiębiorcą i założenia firmy z Grzegorzem Błażewiczem?

Programuję, odkąd dostałem pierwszy komputer. Stosunkowo późno, w wieku siedemnastu lat. Dziś znamy już historie kilkuletnich programistów – to nie mój przypadek. Rodziców nie było wcześniej stać na taki duży wtedy wydatek. Dzieliliśmy komputer z bratem – on grał, a ja trochę programowałem. W zasadzie dużo, bardzo dużo.

Dlaczego?

Programowanie zafascynowało mnie, gdy zobaczyłem pierwszą grę ze słynnej serii Prince of Persia. Nie interesowała mnie jednak sama gra, tylko to, jak to się dzieje, że naciśnięcie klawisza wywołuje konkretną reakcję.

Programowanie stało się moją pasją. Na potęgę kupowałem książki o nim. W krakowskiej księgarni Helionu zostawiłem majątek – od pierwszego roku studiów albo nawet wcześniej wydawałem w niej wszystkie oszczędności. To była moja pierwsza znacząca inwestycja.

Jak doprowadziła pana do wcielenia się w rolę przedsiębiorcy?

Pierwszą firmę założyłem w wieku około 20 lat. Sprzedawałem na płytach CD autorskie programy. Jeden z nich, do zarządzania domowym budżetem, miał śmieszną z dzisiejszej perspektywy nazwę: Interesik.

Nie zrobiłem tym furory, ale nie poddałem się, bo ciągnęła mnie wizja osiągnięcia finansowej niezależności. Interesowało mnie zarządzanie pieniędzmi. Jeden z pierwszych moich programów napisanych w firmie SkyNet służył zarządzaniu portfelem inwestycyjnym na Giełdzie Papierów Wartościowych w Warszawie. Poza akcjami czy obligacjami rozliczał też kontrakty terminowe. Dziś nie wydaje się to trudne, ale wtedy było naprawdę skomplikowanym wyzwaniem.

W jakich okolicznościach założył pan w 2011 r. Salesmanago, które okazało się już strzałem w dziesiątkę?

To nie była nasza pierwsza próba z Grzegorzem. Wcześniej kilka aplikacji nie wyszło. Popełniliśmy szereg różnych błędów. Pomysł na Salesmanago powstał dosłownie na piwie. Pierwotnie planowaliśmy oprogramowanie dla firm sprzedających w kanale B2B. Dostrzegliśmy jednak dynamiczny rozwój e-commerce w Polsce w tamtym okresie.

Można zrobić najlepszy produkt, ale trzeba jeszcze trafić we właściwy moment na rynku. Nam się to udało. Ja od początku odpowiadałem za technologię. Od jednoosobowego zespołu do prawie 100 osób w IT.

Trudny start przedsiębiorcy, brak kasy nawet na paliwo

Rozkręcenie własnego biznesu wymagało poświęcenia oszczędności życia albo zadłużenia się u krewnych?

Przez pierwsze lata finansowaliśmy się bez zewnętrznego wsparcia. Zamiast dużych pieniędzy włożyliśmy w firmę ogrom czasu i wysiłku. Wiele biznesów szybko upada właśnie przez to, że ich założyciele nie zdają sobie sprawy z tego, jak dużego poświęcenia to wymaga.

Od początku ważna była dla pana dywersyfikacja majątku. Czy w takiej sytuacji nie było na to nawet miejsca?

Wypłacaliśmy sobie minimalne wynagrodzenie i byliśmy pierwsi do obcinania sobie pensji. W związku z tym nie było mowy o finansowej poduszce bezpieczeństwa. Zwłaszcza że w momencie rozpoczęcia działalności firmy akurat kończyłem budowę domu i urodził się syn. Miewałem momenty, gdy brakowało mi kasy na paliwo, żeby dojechać do biura.

To był trudny okres. Pierwszy głębszy oddech złapaliśmy dopiero po trzech latach, gdy zainwestował w nas Rafał Brzoska.

W kolejnych latach zwiększył zaangażowanie do 40 proc. udziałów, a w 2016 r. pojawił się fundusz 3TS Capital Partners. Miał pan możliwość spieniężenia części udziałów?

W bardzo małym stopniu, szczególnie przy inwestycji funduszu. Otrzymane pieniądze pozwoliły trochę stabilniej się poczuć. Nie były to jednak kwoty umożliwiające zrobienie czegoś wcześniej nie do wyobrażenia.

Większe pieniądze pojawiły się dopiero w 2022 r., gdy fundusze Perwyn i SilverTree Equity przejęły spółkę za kilkaset milionów złotych. Pana wspólnik reinwestował część pieniędzy, pozostając znaczącym udziałowcem. A pan?

Choć transakcję zamknęliśmy w 2022 r., to rozliczenie trochę trwało. Wbrew wyobrażeniom nie jest tak, że dzień po podpisaniu umowy dostaje się cały przelew na konto.

Wyszedłem całkowicie. Po dekadzie rozwoju firmy powstaje już duży zespół odpowiedzialny za produkt; struktura zbliża się do korporacji. Założyciel od technologii często nie jest już wówczas niezbędny dla nowego właściciela. A ja zacząłem odczuwać, że chciałbym zająć się już czymś nowym.

Inwestowanie po sprzedaży firmy

Zdążył pan zaplanować, co zrobi z pieniędzmi ze sprzedaży udziałów w firmie?

Negocjowanie sprzedaży firmy to tak długi, burzliwy i absorbujący proces – obarczony dużą ilością stresu – że człowiek nie ma chwili na zastanowienie się, co dalej. Zwłaszcza że gdy założyliśmy Salesmanago, rynek VC w Polsce prawie że nie istniał. Myśleliśmy więc w zupełnie innych kategoriach niż założyciele startupów dzisiaj.

Nigdy nie miałem skonkretyzowanego planu na wykorzystanie pieniędzy ze sprzedaży udziałów. Na szczęście już wcześniej nauczyłem się unikać pseudodoradców. Skorzystałem z propozycji zostania inwestorem pasywnym w funduszu 3TS.

Niedługo później pojawiła się koncepcja stworzenia muzeum figurek Lego, zamierzałem też kupić jakąś nieruchomość. Przede wszystkim jednak chciałem dalej angażować się w tworzenie firm i budowanie cyfrowych produktów. To interesuje mnie bardziej niż samo rozważanie, w co inwestować.

Jak radził pan sobie z nagłym pojawieniem się doradców czy przedsiębiorców szukających inwestora, którzy w swoim przekonaniu najlepiej wiedzieli, jak powinien pan wykorzystać zgromadzony kapitał?

O dziwo, takich propozycji wcale nie miałem dużo. Jeszcze przed exitem kilku doradców bezskutecznie próbowało przekonać mnie do inwestycji w różne fundusze, kusząc podejrzanie wysokim zwrotem. Widocznie więc później nie byłem już w kręgu zainteresowania tego typu osób.

Startupów też nie zgłosiło się wiele, bo nie zamierzałem zostawać aniołem biznesu. Inwestując, musiałbym się zaangażować, a to oznaczałoby dla mnie pracę na pełen etat. Postawiłem więc na pośrednie inwestowanie w nowe technologie.

Z kilku analizowanych funduszy wybrałem Bitspiration VC z powodu koncentracji na deep techach i jakości zespołu zarządzającego. Odkąd AI zaczęła rozwijać się bardzo dynamicznie, oprogramowanie przestało być wyróżnikiem. Tylko oparcie na naukowych odkryciach może dziś zapewnić trwałą przewagę. W przeciwnym razie konkurenci mogą bardzo łatwo i szybko skopiować rozwiązanie.

Pojawiają się już głośne transakcje poszczególnych funduszy venture capital w Polsce, ale spodziewana fala spektakularnych wyjść inwestorów ze startupów ma dopiero nadejść. Jak w tym momencie ocenia pan atrakcyjność aktywów tej klasy?

To inwestycja bardzo wysokiego ryzyka, wymagająca ogromnie dużego zaufania oraz bardzo dobrej znajomości zespołów zarządzających i bliskiej współpracy. Nie wyobrażam sobie inwestycji w fundusz venture capital, o którym nie wiem, czym konkretnie się zajmuje. Potrzebne jest też choćby minimalne utożsamianie się z jego strategią inwestycyjną. Gdybym dziś miał zainwestować znaczącą kwotę, pewnie wybrałbym kolejny fundusz venture capital zamiast np. giełdy.

Dlaczego?

Jestem już zbyt siwy, żeby wierzyć, że na okazyjnym inwestowaniu się zarabia. Można w najlepszym razie utrzymać realną wartość oszczędności. Pieniądze biorą się z biznesu i pracy, a nie z inwestycji. Można zarabiać na giełdzie, ale robiąc to na „pełen etat” – a wtedy to właśnie praca.

Podejście do giełdy i nieruchomości

Jakie ma pan z nią doświadczenia?

Zacząłem bardzo wcześnie, na początku lat dwutysięcznych. Szczerze mówiąc, było to tak dawno temu, że już nawet nie pamiętam, z jakim skutkiem. Sporo straciłem za to na rynku Forex [globalnym rynku wymiany walut – red.] i szybko się z tego wyleczyłem.

Już od lat giełda to dla mnie wyłącznie kilka amerykańskich spółek dywidendowych oraz firm z obszaru nowych technologii. Traktuję posiadane w nich akcje jako swego rodzaju plan emerytalny, więc nie sprawdzam na bieżąco wartości portfela.

Wspomniał pan też wcześniej o nieruchomościach. Tylko pod stworzenie wystawy?

Kupiłem też mieszkanie, które niedawno sprzedałem. Na szczęście. Co by się o tym nie mówiło, dla mnie to żadne inwestowanie. Zajmowanie się wynajmem kilku mieszkań nie jest warte zachodu. Trzeba by ich mieć co najmniej 30, ale wtedy to już prowadzenie biznesu – a więc praca, jak wcześniej wspomniałem. Dlatego wybrałem lokal pod działalność komercyjną, a z czasem kupiłem kolejny.

Inwestowanie w klocki Lego? „To bezsens”

Pierwsze muzeum otworzył pan w 2023 r.: Bricks & Figs z kolekcją ponad 14 tys. figurek i 700 zestawów Lego. Skąd ten pomysł i czy musiał pan zrobić przed otwarciem duże zakupy?

Pierwotnie planowałem małą wystawę, ale okazała się duża – o powierzchni 470 m kw. – i przygotowana z dużą dbałością o detale. Nigdy nie będę na tym szczególnie dużo zarabiał, ale przede wszystkim liczyło się dla mnie stworzenie czegoś fajnego.

Już w 2020 r. miałem dość solidną kolekcję ok. 6 tys. figurek, w tym wiele naprawdę unikatowych – dostępnych w kilku, najwyżej kilkudziesięciu egzemplarzach na całym świecie. To zapewniło mi przez pewien czas rekord Guinnessa.

Jakie najdroższe figurki ma pan w kolekcji?

Najrzadsze, dostępne w kilku egzemplarzach, mają coś wspólnego z rzadkimi dziełami sztuki – nie handluje się nimi codziennie, więc ich wartość jest w dużej mierze abstrakcyjna. Trudno je wycenić rynkowo.

Natomiast cena najrzadszych figurek dostępnych „masowo” – czyli ok. w 250–1000 sztukach – wynosi od kilku do nawet kilkunastu tysięcy dolarów. Mówię to na podstawie konkretnych transakcji, bo przyglądam się im z ciekawości.

Nic dziwnego, że popularne stało się inwestowanie w klocki Lego.

To bzdura. Staram się wybijać to ludziom z głowy przy każdej możliwej okazji. Fakt, wartość niektórych zestawów rośnie o kilkanaście, a czasem nawet kilkadziesiąt procent rocznie. Szacuję, że kolekcja w Bricks & Figs zwiększa teoretyczną wartość o 30–40 proc. rocznie. Tylko że płynność rynku jest bardzo ograniczona, a to nie jedyny kłopot.

To znaczy?

Załóżmy wyjątkowo optymistycznie, że kupiony za 500 zł zestaw podwoi swoją wartość po dwóch latach. Żeby zarobić 50 tys. zł, musielibyśmy kupić ich sto. Po pierwsze, gdzie je trzymać? Po drugie, jak zabezpieczyć opakowania przed wilgocią, myszą czy zwyczajną nieuwagą, w wyniku której opakowanie uległoby uszkodzeniu?

Żadna firma w Polsce nie ubezpieczy takiej kolekcji – zapewniam. Bardzo łatwo możemy więc zostać z dużą, w praktyce bezużyteczną kolekcją, bo integralność opakowania jest dla kolekcjonerów kluczowa.

Kupowanie od razu kilku sztuk nowego zestawu po to, by zostawić sobie jeden, a pozostałe sprzedać po wycofaniu ich z oficjalnego obrotu, może mieć sens – o ile dzięki temu chcemy sfinansować sobie kolejny zakup. Ale robienie tego z myślą o regularnym zarabianiu? To bezsens.

Miliony złotych na budowę muzeów

W 2024 r. otworzył pan drugie muzeum: Wheels & Heels prezentujące prawie tysiąc lalek Barbie i ponad 9 tys. samochodzików m.in. marek Hot Wheels i Matchbox. W tym przypadku też kierował się pan hobby?

Nie, raczej okazją. Trafiła mi się fajna nieruchomość i uznałem, że zamiast ją wynajmować, lepiej znów coś stworzyć. Wraz z Wojtkiem, który współtworzy i na co dzień zarządza wystawami, postawiliśmy na komplementarną kolekcję samochodzików różnych producentów. Jednak już w Bricks & Figs słyszeliśmy zarzuty, że nie ma tam nic dla dziewczynek – kompletnie niezrozumiałe dla mnie, bo przecież klocki są dla każdego. Chcąc tego uniknąć w drugim obiekcie, zaczęliśmy szukać rozwiązania.

Padło na lalki Barbie. Już po fakcie uświadomiliśmy sobie, że założyciele firmy Mattel – małżeństwo Handler – stworzyli poza marką Hot Wheels także właśnie Barbie. Wgryzłem się więc w temat kolekcjonerskich lalek i przekonałem się, że jest ich naprawdę sporo.

Czyli w tym przypadku nie miał pan dużej kolekcji prywatnej jeszcze przed otwarciem muzeum?

W zasadzie całą kolekcję zgromadziliśmy w trzy miesiące. Wbrew pozorom nie „wyczyściliśmy” rynku, bo jest on naprawdę duży. Udało nam się jednak zdobyć bardzo rzadkie egzemplarze, których wartość wcale nie jest niższa od unikatowych zestawów klocków Lego.

Z jak dużym wydatkiem musiałby liczyć się ktoś, kto chciałby stworzyć coś podobnego?

Sam kilkusetmetrowy lokal w centrum Krakowa to dobrych kilka milionów złotych. Profesjonalne wykończenie to mniej więcej połowa tej kwoty, minimum. A kolekcja? Mniej więcej drugie tyle co lokal.

Przestroga dla startupów

A inwestując w nieczynną już restaurację Pastrami Deli, jaki miał pan cel? Od wielu przedstawicieli branży słyszałem już, że jeśli tylko ktoś się dorobi większych pieniędzy, to bardzo chce otworzyć własną knajpę.

To nie był typowy projekt biznesowy. Jeszcze w czasie prowadzenia Salesmanago chcieliśmy z Grzegorzem stworzyć fajną miejscówkę, służącą m.in. jako stołówka dla naszych pracowników.

Ten epizod na szczęście szybko wyleczył mnie z pomysłów na gastronomię – lubię smaczne jedzenie i to wystarczy. Nigdy w życiu nie chciałbym prowadzić restauracji. Czasem trzeba uczyć się na własnych błędach. Każdemu się wydaje, że otworzy lokal, który sam będzie się prowadził. Nic bardziej mylnego. To wyjątkowo trudny biznes.

Powiedział pan kiedyś, że rozwija biznes, a nie „robi startupy”. W czym tkwi różnica?

Z uwagi na charakter Salesmanago przez cały czas byłem bardzo blisko rynku wschodzących firm technologicznych. Poznałem mnóstwo osób przekonanych, że na podstawie kilku slajdów zbiorą od inwestorów miliony złotych, a później jakoś to będzie. Kompletnie nie rozumieli, jak ciężkim kawałkiem chleba jest prowadzenie własnego biznesu. To często droga przez mękę, wymagająca dużego samozaparcia i odwagi.

Tymczasem w Polsce panowała przez lata wręcz moda na startupy. Pojawiło się mnóstwo wiecznych bywalców konferencji, którzy wypaczyli obraz rynku. Na szczęście to już w pewnym stopniu minęło. Poza nastawieniem młodych przedsiębiorców zmienił się też dostęp do rynkowej wiedzy z pierwszej ręki. Umówienie się na kawę z kimś, kto zmierzył się już z wyzwaniem, przed jakim sami stoimy, nie jest już poza zasięgiem.

Programista i przedsiębiorca przede wszystkim

Ile jest dziś w panu inwestora, a ile nadal przedsiębiorcy lub po prostu programisty?

Inwestora najmniej. Uwielbiam programować i to się nie zmieni. W wolnych chwilach umila mi to czas, a na co dzień chcę w ten sposób wnosić realną wartość do konkretnych przedsiębiorstw.

Fascynują mnie możliwości, jakie w zakresie tworzenia oprogramowania otworzyła nam sztuczna inteligencja, stąd mój kolejny projekt – TailoredByte. Wykorzystując nowoczesne metody AI, budujemy kompleksowe oprogramowanie w kilka dni zamiast długich miesięcy – to naprawdę możliwe. Działam również w Inamedu, wspierając technologie edukacyjne.

Sztuczna inteligencja zwiększyła szansę na to, by w relatywnie krótkim czasie tworzyć w Polsce firmy o globalnym potencjale?

Jak najbardziej. Samo stworzenie i prowadzenie firmy nie stały się nagle łatwiejsze, ale weryfikacja pomysłów już tak. Zrobienie prototypu cyfrowego produktu nie trwa już miesiące, tylko dni, a czasem jeszcze krócej. Nadal jednak sam pomysł nie jest wiele wart, jeśli brakuje trwałej przewagi konkurencyjnej i zaparcia w realizacji strategii.

Jeżeli ktoś stworzy w kilka lat firmę opartą na AI wartą miliardy złotych – świetnie. Niemniej takie przykłady są nieliczne. Lepiej, żeby powstało w kraju tysiąc firm, które po dekadzie będą mieć znaczącą pozycję i perspektywy dalszego rozwoju. Takie właśnie chcę wspierać – nie tylko pieniędzmi.

Zdaniem partnera

Od pasji do przedsiębiorcy

Historie wielu klientów zaczynają się podobnie i dowodzą, że przedsiębiorczość rzadko zaczyna się od wielkiej strategii – częściej od pasji i potrzeby tworzenia. Ale w pewnym momencie przychodzi moment przejścia: z fascynacji produktem do świadomego budowania wartości rynkowej oraz organizacji, która potrafi rosnąć.

Często, podobnie jak w tym przypadku, kluczowe są nie tylko kompetencje technologiczne, ale konsekwencja, gotowość do wieloletnich wyrzeczeń i umiejętność zarządzania ryzykiem. Pierwsze lata bez zewnętrznego finansowania, minimalne wynagrodzenia, brak poduszki bezpieczeństwa – to realia wielu firm, o których mówi się znacznie rzadziej niż o spektakularnych wyjściach inwestorskich. Obserwujemy to także wśród klientów eFaktor.

Z perspektywy rynku finansowego widać wyraźnie, że największym wyzwaniem nie jest sam start, lecz skalowanie biznesu i utrzymanie płynności w okresach intensywnego wzrostu. Ambicja i odwaga są niezbędne, ale bez świadomego zarządzania finansami oraz odpowiedniego zaplecza kapitałowego mogą stać się ryzykowną mieszanką. Stabilne fundamenty finansowe to warunek, by móc myśleć długofalowo.

Droga „od pasji do przedsiębiorcy” nie jest liniowa. To seria decyzji podejmowanych pod presją, często przy ograniczonych zasobach. Wygrywają ci, którzy potrafią łączyć wizję z dyscypliną finansową.

Główne wnioski

  1. Trudne początki. Konrad Pawlus zajął się biznesem z pasji do programowania i chęci osiągnięcia finansowej niezależności. Miał na koncie kilka nieudanych projektów, nim osiągnął sukces z Salesmanago. Rozwijanie firmy bez zewnętrznego finansowania było trudne, a pojawienie się inwestorów nie przyniosło mu znaczących pieniędzy. Dopiero po całkowitym wyjściu ze spółki w 2022 r. dysponował kapitałem, który pozwolił mu zacząć inwestować i współtworzyć kolejne projekty biznesowe.
  2. Od kolekcji klocków do własnego muzeum. Panaceum na ogrom stresu i pracy wynikających z prowadzenia firmy okazało się gromadzenie kolekcji figurek Lego. Gdy Konrad Pawlus sprzedał udziały w Salesmanago, otworzył w 2023 r. Bricks & Figs z kolekcją ponad 14 tys. figurek i 700 zestawów Lego, a w 2024 r. Wheels & Heels, prezentujące prawie tysiąc lalek Barbie i ponad 9 tys. samochodzików. Ich stworzenie wymagało wielomilionowych inwestycji, jednak przedsiębiorca nie zrobił tego dla zysku. Choć inwestowanie w klocki Lego zyskuje na popularności, on uznaje je za bezsens – przekonuje, że potencjalny zysk jest zbyt mały, by rekompensował zaangażowanie i poniesione ryzyko.
  3. Giełda, mieszkania, gastronomia i startupy. Doświadczenia z giełdą Konrad Pawlus zdobywał już od wczesnych lat, jednak ten rodzaj inwestowania nigdy go nie wciągnął. Dziś trzyma w portfelu przede wszystkim akcje kilku amerykańskich spółek dywidendowych i technologicznych, które traktuje jako swego rodzaju plan emerytalny. Po pierwszych próbach zniechęcił się także do inwestowania w nieruchomości oraz w gastronomię. Choć fascynują go nowe technologie, woli inwestować w startupy pośrednio – przez fundusze venture capital – zamiast angażować się w nie bezpośrednio.