Jak (nie) działają czujki dymu rozdawane przez strażaków? Szokujące nagrania i kontrowersje wokół przetargu
Do redakcji XYZ trafiły nagrania dokumentujące zastrzeżenia wobec czujek dymu i tlenku węgla rozdawanych w ramach rządowego programu. Strażacy mówią o realnych obawach dotyczących skuteczności sprzętu, który ma chronić życie. Sprawdzamy kulisy przetargu i koszt zakupu urządzeń.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czego dotyczył przetarg Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Straży Pożarnej i dlaczego budzi on kontrowersje?
- Jakie zastrzeżenia mają strażacy zajmujący się rozdawaniem czujek.
- Ile kosztowały urządzenia i czy ich skuteczność jest adekwatna do deklarowanych funkcji.
Zacznijmy od sedna: czujki rozdawane przez straż pożarną budzą wątpliwości – i to wśród samych strażaków. Pojawiają się pytania o ich skuteczność, zwłaszcza w zakresie wykrywania zadymienia. Nie są to jednak wyłącznie opinie czy domysły. Funkcjonariusze samodzielnie przeprowadzają testy i nagrywają ich przebieg. Wyniki tych prób wypadają, delikatnie mówiąc, mało przekonująco.
Państwowa Straż Pożarna zakupiła – jak wynika z udzielonych odpowiedzi – łącznie około 140 tys. urządzeń. Zamówienie podzielono na dwie grupy: większą część, szacowaną na około 90 tys. sztuk, stanowią autonomiczne czujki dymu, natomiast pozostałe to czujki tlenku węgla.
Z informacji dostępnych na strażackiej Platformie Zakupowej wynika, że wartość zamówienia wyniosła około 15 mln zł. Finansowanie pochodzi z budżetu MSWiA, a konkretnie z Programu Ochrony Ludności i Obrony Cywilnej (OLiOC) na lata 2025–2026. Do końca lutego rozdysponowano 56,8 tys. autonomicznych czujek dymu i tlenku węgla. Pełnomocnikiem projektu jest Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej. Na większości dokumentów widnieją podpis i pieczęć zastępcy nadbrygadiera Pawła Frysztaka – zastępcy komendanta głównego.
Jako pierwszy publicznie zasygnalizował problem były komendant główny PSP, generał brygadier Andrzej Bartkowiak. W serwisie X (dawniej Twitter) napisał, że docierają do niego sygnały wskazujące, iż czujki nie działają zgodnie z deklaracjami producenta.
Czy tak jest w istocie? Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji oraz Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej zaprzeczają. I nie ma w tym nic zaskakującego.
Niepokojące nagrania. Czujki działają, czy nie?
Od strażaków z kilku regionów kraju otrzymaliśmy nagrania przedstawiające testy czujek. Mówiąc wprost – materiały te dają podstawy do zadania pytania o skuteczność urządzeń. Widać na nich m.in. palenie papieru bezpośrednio pod czujkami. Na jednym z nagrań wyraźnie pokazano użycie specjalnego strażackiego sprayu dymnego, a także urządzenia do wytwarzania dymu.
W trzech przypadkach czujka nie reaguje w ogóle. W jednym – reaguje z dużym opóźnieniem i dopiero po użyciu profesjonalnego urządzenia strażackiego wytwarzającego dym, przy czym dyszę włożono bezpośrednio do wnętrza czujki. W innym nie działa ona nawet po włożeniu jej do foliowego worka i użyciu strażackiego sprayu.
Na kolejnym nagraniu widać, że mimo podetknięcia palącej się kartki czujka nie uruchamia alarmu. Zaczyna natomiast wyć inna czujka, zawieszona obok. Coś – mówiąc kolokwialnie – wyraźnie się tu nie zgadza. Jeżeli są to czujki przeciwdymowe, mające ostrzegać osoby instalujące je w domach i mieszkaniach przed zagrożeniem, oglądanie tych nagrań budzi niepokój.
Materiały pokazaliśmy strażakom, którzy na co dzień promują, rozdają i montują czujki w setkach domów w całej Polsce. Ich komentarze mówią same za siebie. Dane rozmówców zmieniliśmy – są czynnymi funkcjonariuszami i oficjalnie nie mogą komentować sprzętu, który sami rozdają, zwłaszcza w krytyczny sposób.
„Wygląda na szrot, niespełniający swojego zadania. Będzie draka” – strażak z Pomorza.
„Najgorszy szrot na rynku” – komentarz z Podlasia.
„Trzeba będzie przeprosić”
Nagrań jest więcej. Krążą po strażackich grupach i komunikatorach. Są szeroko komentowane w środowisku. Szczególnie niepokojące jest nagranie z jednej z komend miejskich. Widać na nim strażaka, który wkłada czujkę do plastikowego worka i używa strażackiego sprayu dymnego. Czujka nie reaguje.
Nie możemy tych materiałów opublikować. Autorzy kategorycznie nie wyrażają zgody – słychać ich głosy, widać wnętrza komend, a funkcjonariusze obawiają się identyfikacji. To jednak doświadczeni strażacy, z wieloletnim stażem służby, tzw. prewentyści – funkcjonariusze zajmujący się prewencją i edukacją.
Nagrania znajdują się w dyspozycji redakcji. Strażacy rozdali już setki takich urządzeń. Gdy sprawa zaczęła nabierać rozgłosu, przeprowadzili własne testy. Nie wypadły one przekonująco. Materiały, którymi dysponujemy, każą raczej powiedzieć wprost: wypadły dramatycznie.
Na jednym z nagrań słychać, jak zdezorientowany strażak mówi: „Chyba trzeba będzie przeprosić generała”. Chodzi o Andrzeja Bartkowiaka, na którego w internecie spadła fala hejtu, gdy publicznie wyraził swoje wątpliwości dotyczące czujek rozdawanych przez Straż Pożarną.
Kto ma rację? Spór strażaków… ze strażakami
Sprawa budzi poważne wątpliwości. Chodzi przecież o życie i zdrowie obywateli. Tym bardziej, że do końca nie wiadomo, w jaki sposób i komu czujki mają być udostępniane.
Skontaktowaliśmy się z komendami w czterech województwach. W części z nich usłyszeliśmy, że czujek „już nie ma”. W innych – jak np. w Suwałkach – poinformowano nas, że urządzenia faktycznie dotarły, ale „do innej jednostki” i że „nie ma jeszcze decyzji, kto i w jaki sposób będzie je rozdysponowywał”. Z kolei w największej komendzie miejskiej w Polsce – komendzie stołecznej – usłyszeliśmy, że czujki były, ale „się rozeszły”, a rozmówca poradził nam, by kupić je w jednej z sieci handlowych.
To rodzi kolejne pytania, bo sugeruje, że czujki trafiały do poszczególnych komend w różnych odstępach czasu. Tymczasem – zgodnie z zapisami umowy – dostawca miał realizować dostawy w ciągu siedmiu dni od jej podpisania.
Mamy więc do czynienia ze sporem. W dużej mierze strażaków ze strażakami. A konsekwencje tego konfliktu mogą ponieść obywatele – zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę nagrania, którymi dysponuje redakcja i które, także te opisane powyżej, realnie budzą wątpliwości co do skuteczności urządzeń.
Firma od czujek i... alkomatów
Część czujek dostarczyła do Państwowej Straży Pożarnej firma Aisko. Z przekazanych nam informacji wynika, że spółka dostarczyła 65 tys. urządzeń – 50 tys. czujek tlenku węgla oraz 15 tys. czujek dymu. Jak podkreślił w odpowiedzi współwłaściciel Aisko, Kamil Jackowicz, firma realizowała jedynie część całego zamówienia.
„Aisko działa na rynku domowych systemów bezpieczeństwa od 1999 r. i jest obecnie największym w Polsce wyspecjalizowanym dystrybutorem autonomicznych czujek dymu i tlenku węgla segmentu premium. Jesteśmy generalnym, autoryzowanym dystrybutorem marki Kidde w Polsce” – czytamy w przesłanym stanowisku.
Aisko zaznacza, że spółka dostarczyła wyłącznie jedną część zamówienia dotyczącego czujek dymu. Wskazuje też innego inną firmę, jako wykonawcę głównej części zamówienia.
„Według wszelkich dostępnych informacji – zarówno oficjalnych, jak i nieoficjalnych – urządzenia dostarczone przez nas nie są wskazywane jako źródło problemu" – czytamy w oświadczeniu Aisko.
Jak dowodzi Aisko, to właśnie urządzenia od drugiego z dostawców pojawiają się w medialnych oraz sejmowych przekazach dotyczących wątpliwości co do działania czujek
„Zabezpieczono wystarczającą liczbę urządzeń”
Co ciekawe, dzwoniąc do firmy, w automatycznym komunikacie na centralce w pierwszej kolejności słyszymy informację o alkomatach. Aisko dostarczało wprawdzie wcześniej czujki do różnych instytucji i komend, ale mówimy tu o zamówieniach liczonych w setkach sztuk. Obecne zamówienie opiewało natomiast na kilkadziesiąt tysięcy urządzeń.
„Dysponujemy rozbudowanym zapleczem logistycznym, kilkoma przestrzeniami magazynowymi oraz stałą rotacją towarową wynikającą z szerokiej dystrybucji rynkowej. Produkty marki Kidde są szeroko dostępne w głównych kanałach sprzedaży w Polsce – zarówno profesjonalnych, jak i detalicznych – m.in. w sieciach Leroy Merlin, Castorama, Media Expert, Media Markt, RTV Euro AGD, Eltrox czy X-kom. Realizacja wolumenów rzędu kilkudziesięciu tysięcy urządzeń nie stanowi dla nas wyzwania organizacyjnego ani operacyjnego. W dniu rozstrzygnięcia przetargu dysponowaliśmy ilościami odpowiadającymi zakontraktowanemu wolumenowi i zrealizowaliśmy dostawy zgodnie z terminami wskazanymi w umowie” – podkreśla firma.
Co z atestami? „Zharmonizowana, europejska norma”
Kluczowe pytanie brzmi: czy czujki, wobec których pojawiają się zastrzeżenia, posiadają właściwe atesty? W Polsce certyfikacją urządzeń przeciwpożarowych zajmuje się Centrum Naukowo-Badawcze Ochrony Przeciwpożarowej (CNBOP-PIB) – państwowy instytut badawczy podległy Straży Pożarnej, z siedzibą w Józefowie. Czy w tym przypadku to właśnie CNBOP certyfikował czujki dostarczone do PSP? Niekoniecznie.
„W przypadku autonomicznych czujek dymu obowiązuje zharmonizowana europejska norma EN 14604:2005/AC:2008. Oznacza to, że certyfikacja odbywa się na poziomie Unii Europejskiej, a produkty mogą być badane i certyfikowane przez dowolną jednostkę notyfikowaną w UE – nie musi to być CNBOP-PIB. Wskazanie w dokumentacji przetargowej jednej konkretnej jednostki certyfikującej, bez dopuszczenia równoważności, mogłoby naruszać zasady konkurencyjności i równego traktowania wykonawców wynikające z Prawa zamówień publicznych. Zamawiający postąpił więc zgodnie z obowiązującymi przepisami. CNBOP-PIB jest jedną z wielu jednostek notyfikowanych w UE. Do grona uprawnionych podmiotów należą również m.in. TÜV Rheinland, British Standards Institution czy VdS” – czytamy w odpowiedzi firmy.
Ministerstwo potwierdza: czujki atestował niemiecki ośrodek
To samo wynika z odpowiedzi Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji. Jak czytamy, oferowane przez firmę Aisko certyfikowane autonomiczne czujki dymu marki Kidde spełniają wymagania normy EN 14604:2005/AC:2008 oraz posiadają deklarację stałości właściwości użytkowych, wydaną na podstawie certyfikacji przeprowadzonej przez notyfikowaną jednostkę TÜV Rheinland.
„Czujki wydawane użytkownikom posiadają wymagane certyfikaty, deklaracje oraz oznakowania” – podkreśla resort.
W przypadku czujek tlenku węgla producent uzyskał krajowe certyfikaty stałości właściwości użytkowych w CNBOP-PIB jako jednostce akredytowanej nr AC 063. Z kolei w przypadku czujek dymu producenci skorzystali z usług zagranicznych jednostek notyfikowanych – konkretnie TÜV Rheinland InterCert Kft.
Przetarg budzi uwagi. „Czuć siarką”
Specyfikację warunków zamówienia pokazaliśmy byłym funkcjonariuszom CBA. Analiza trwała długo. Wnioski są obszerne i jednoznaczne.
Po pierwsze, zamawiający zrezygnował z określenia jakichkolwiek szczegółowych warunków dotyczących zdolności ekonomicznej, finansowej, technicznej czy zawodowej wykonawców. Oznacza to, że ofertę na dostawę nawet 200 tys. urządzeń może złożyć podmiot nowo powstały, bez doświadczenia i zaplecza logistycznego.
Po drugie, zamawiający nie wymagał wniesienia wadium. Pozbawia go to podstawowej ochrony przed składaniem ofert niepoważnych lub uchylaniem się od zawarcia umowy po jej wygraniu – co przy braku wymogów podmiotowych staje się realnym ryzykiem.
Po trzecie, zamawiający zrezygnował z ustanowienia zabezpieczenia należytego wykonania umowy. W przypadku niewywiązania się z dostaw – a przy tak dużym wolumenie jest to scenariusz możliwy – zamawiający nie dysponuje szybkim instrumentem dochodzenia roszczeń.
Kolejna wątpliwość dotyczy terminu realizacji. Z prawnego punktu widzenia siedmiodniowy termin dostawy może naruszać art. 16 Prawa zamówień publicznych, który nakazuje prowadzenie postępowania w sposób zapewniający uczciwą konkurencję. Taki termin faworyzuje wyłącznie podmioty, które już w momencie składania oferty dysponują towarem fizycznie zgromadzonym w magazynach na terenie Polski. Eliminuje natomiast producentów i dystrybutorów, którzy potrzebują standardowego czasu na sprowadzenie i dystrybucję sprzętu.
W połączeniu z brakiem wymogu wykazania zdolności technicznej oraz bardzo krótkim terminem dostawy, zamawiający naraża się na sytuację, w której jeden – nieweryfikowany pod kątem zasobów – wykonawca wygrywa cały przetarg wyłącznie dzięki najniższej cenie, a następnie nie jest w stanie dostarczyć 200 tys. urządzeń w ciągu tygodnia, paraliżując całe postępowanie.
Jeden z naszych rozmówców podsumowuje to krótko, z gorzkim uśmiechem: „Czuć zapach siarki”.
Umowa podpisana, czujki są wydawane
Komenda Główna Państwowej Straży Pożarnej odpowiada, że czujki są wydawane osobom indywidualnym, a w proces dystrybucji zaangażowane są również jednostki ochotniczych straży pożarnych.
Urządzenia trafiają do osób najbardziej potrzebujących – niesamodzielnych, w wieku podeszłym, starczym i sędziwym, osób z niepełnosprawnościami oraz osób wykluczonych. Chodzi o tych, którzy nie są w stanie samodzielnie dokonać zakupu ani montażu czujki w celu zabezpieczenia własnego mieszkania lub domu.
Ponadto czujki są przekazywane dzieciom i młodzieży szkolnej podczas zajęć edukacyjnych poświęconych bezpieczeństwu przeciwpożarowemu.
Zdaniem eksperta
Gen. Andrzej Bartkowiak: Przez głupotę kupiono sprzęt, który zawodzi
Nie rozumiem hejtu, który się na mnie wylał, gdy publicznie podniosłem wątpliwości w tej sprawie. Ale zostawmy to na boku – niech historia oceni, kto miał rację. Jestem jednym z twórców akcji rozdawania czujek i ich instalowania przez strażaków, dlatego poczułem się w obowiązku opowiedzieć o zastrzeżeniach, które w rozmowach ze mną artykułowali sami funkcjonariusze.
Wokół tej sprawy wytworzył się zły klimat. Coś jest ewidentnie nie tak i wymaga to wyjaśnienia. Kolejne czujki są testowane przez strażaków i – jak słyszę – wyniki tych testów wypadają źle. Nie jest tak, jak mówił w Sejmie minister Szczepański, że na 200 urządzeń jedna czujka się zepsuła i wykryto jedynie błąd w instrukcji, a pozostałe działają prawidłowo. Z informacji, które do mnie docierają, wynika coś zupełnie innego.
W części jednostek urządzenia nie są wydawane w ogóle. W innych strażacy samodzielnie je testują, a te, które nie działają, po prostu nie trafiają do ludzi. Tu chodzi o ludzkie życie. Te czujki nie uruchamiają się nawet wtedy, gdy stosuje się specjalistyczny spray dymny – narzędzie przeznaczone właśnie do testowania czujek. A mimo to alarm się nie włącza. W takiej sytuacji trzeba postawić pytanie wprost: co jest nie tak?
Jeżeli są wątpliwości, jeżeli istnieją nagrania, nie należało zostawiać strażaków samych z tym problemem. Ja nie mogłem przejść obok tego obojętnie i udawać, że nic się nie dzieje. Przez pośpiech i brak refleksji kupiono sprzęt, który – jak widać – zawodzi. Tylko tyle i aż tyle.
Nie może być tak, że o problemach nie wolno mówić głośno, bo temat jest niewygodny. Dlaczego certyfikacja nie została przeprowadzona przez Centrum Naukowo-Badawcze Ochrony Przeciwpożarowej, lecz przez zewnętrzny ośrodek w innym kraju? Czy zawsze jedynym kryterium musi być cena? Czy pieniądze mają być ważniejsze niż bezpieczeństwo?
Wierzę, że ten przetarg był efektem pośpiechu i braku kompetencji – a nie złej woli. Tym bardziej trzeba dziś tę sprawę rzetelnie wyjaśnić.
Główne wnioski
- Nie można udawać, że nie ma problemu z czujkami dymu wydawanymi przez straż pożarną. Nagrania wykonywane przez samych strażaków pokazują, że urządzenia mają trudności z prawidłowym działaniem. Widać to zarówno przy użyciu „domowych” metod, takich jak palący się papier, jak i podczas testów z wykorzystaniem profesjonalnych strażackich sprayów dymnych.
- Wątpliwości budzi również tempo przetargu, sposób jego przeprowadzenia oraz wybór wykonawców. Pojawia się pytanie, czy urządzenia tego rodzaju nie powinny być jednak certyfikowane przez krajowy ośrodek – w tym przypadku podległy Państwowej Straży Pożarnej – zamiast przez jednostki zagraniczne.
- Zastrzeżenia do wydawanych czujek mają także sami strażacy. Jak mówi były komendant główny PSP, Andrzej Bartkowiak, docierają do niego sygnały, że w niektórych częściach kraju funkcjonariusze odmawiają wydawania urządzeń mieszkańcom, uznając je za niespełniające podstawowych oczekiwań bezpieczeństwa.