Uganda: państwo jak holding
Samolot schodzi do lądowania nad Jeziorem Wiktorii. Przez okno widzę obraz, który Uganda sprzedaje światu od lat: soczysta zieleń, tafla olbrzymiego jeziora, słonie i górskie goryle na wyciągnięcie ręki. Pearl of Africa – Perła Afryki, hasło witające pasażerów na lotnisku w Entebbe jest marketingowym zabiegiem stworzonym przez brytyjskich kolonistów i wykorzystywanym po mistrzowsku przez prezydenta Yoweri Museveni.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak wygląda architektura władzy w Ugandzie – system oparty na kontraktach zamiast sojuszy, lojalności armii i pragmatycznym zarządzaniu stabilnością.
- Jak parki narodowe stały się narzędziem państwa – nie tylko ochroną przyrody i atrakcją turystyczną, lecz także elementem soft power, i budowy wizerunku Perły Afryki.
- Jak żyje zwykły Ugandyjczyk – ile naprawdę znaczy kawa, banany i praca w nieformalnej gospodarce.
Parki narodowe, wulkany, wielkie jeziora Ugandy to argument marketingowy, a na plantacjach kawy miliony drobnych rolników zbierają ziarna, które trafią do europejskich palarni. To obraz kraju stabilnego, przewidywalnego, bezpiecznego. Ale ta perła ma jeszcze drugą stronę: w kolejnych dniach podróży będę szukał rys i pęknięć na powierzchni tego klejnotu.
Uganda nie żyje dziś wyłącznie z przyrody i kawy. Jej cichym finansowym silnikiem stało się złoto pochodzące z Republiki Demokratycznej Kongo, surowiec, który w niewielkich ilościach wydobywa, ale w ogromnych eksportuje. Kruszec płynie z Kampali i Entebbe do Dubaju, Szwajcarii i dalej na rynki świata, stabilizując budżet i pozwalając państwu funkcjonować bez bolesnych reform.
Na czele tego systemu od niemal czterech dekad stoi Yoweri Museveni – przywódca, który zamiast ideologii wybiera pragmatyzm. Uganda pod jego rządami przypomina firmę: ma produkty, rynki i starannie dobranych partnerów – Zachód od grantów, Chiny od infrastruktury, ZEA od handlu, Rosję od zaplecza wojskowego.
To model stabilności sprzedawanej światu jako towar. Pytanie brzmi nie – czy jest moralny, ale – jak długo pozostanie skuteczny i co się stanie z Perłą Afryki, gdy zmieni się ręka, która ją „karmi”.
Museveni rządzi od 40 lat
Siedzimy na kolacji w wygodnej restauracji serwującej zachodnie dania, mieszczącej się w nowoczesnym centrum handlowym Victoria Mall. Kelnerzy w białych koszulach przemykają bezszelestnie między stolikami, a dobrze wyprofilowane krzesła zapewniają poczucie komfortu i spokoju. Ciepła wieczorna bryza znad Jeziora Wiktorii otula nas przyjemnie, gdy w pobliżu równika szybko zapada zmrok. Od mojego pierwszego pobytu w Ugandzie minęły ponad trzy dekady. Kraj wydaje mi się wciąż swojski i nadal chaotyczny, ale dynamiczny rozwój miejscowej gospodarki staje się coraz bardziej widoczny i namacalny.
Przez ostatnie trzydzieści pięć lat roczny wzrost PKB rzadko spadał poniżej sześciu procent. Tę konsekwentną dynamikę można porównać do doświadczeń krajów Indochin, takich jak Wietnam czy Kambodża, których gospodarki wyłoniły się z politycznego chaosu lat 80. XX w. i stopniowo zaczęły nadrabiać stracony czas.
Mijają właśnie dwa tygodnie od wyborów prezydenckich, w których 81-letni Yoweri Museveni zapewnił sobie siódmą kadencję, sprawując władzę nieprzerwanie od 1986 r. Jego główny rywal, Bobi Wine, zdobył około 20 proc. głosów i ukrywa się w obawie przed aresztowaniem. Głównodowodzący sił zbrojnych, prywatnie syn prezydenta, publicznie grozi mu śmiercią. Mój rozmówca Tom, prawnik i absolwent uniwersytetu w Johannesburgu próbuje wyjaśnić mi zawiłości tej sytuacji.

– Gdyby wybory były naprawdę wolne, zwycięzcą zostałby Wine. 80 proc. Ugandyjczyków ma mniej niż trzydzieści pięć lat. To oni stanowią większość elektoratu. Wielu z nich zmaga się z wysokim bezrobociem i brakiem perspektyw rozwoju zawodowego. Co roku studia wyższe kończy ponad 35 tys. absolwentów, a powstaje zaledwie około 5 tys. nowych miejsc pracy – wyjaśnia Tom.
Odpowiadam, że po tragicznych rządach Idi Amina i wojnach lat 80. Museveni zapewnił krajowi stabilizację i bezpieczeństwo na ulicach.
– Tak, starsze pokolenie to pamięta i dlatego wciąż go popiera. Dla młodych jednak jego tegoroczne hasło wyborcze Protecting the gains, czyli ochrona dotychczasowych osiągnięć długotrwałych rządów, jest po prostu niewystarczające – mówi prawnik.
W Polsce też mieliśmy podobną narrację – ciepła woda w kranach, która z czasem przestała odpowiadać aspiracjom młodszego pokolenia.
Architektura władzy
– Sir, pierwszy raz w Ugandzie? – pyta recepcjonista hotelu w Entebbe.
– Trzeci. Pierwszy raz byłem tu w 1992 r. – odpowiadam.
Na jego twarzy pojawia się zaciekawienie, a nawet cień podziwu. Elegancko ubrany Ugandyjczyk wychyla się zza ekranu komputera.
– Przez trzydzieści cztery lata wszystko u was bardzo się zmieniło, ale wciąż macie tego samego prezydenta – mówię.
Moja puenta wywołuje wesołość. Oboje wybuchamy śmiechem.
Ale czy Museveni jest dyktatorem w klasycznym znaczeniu tego słowa?
Na początku swojej kariery był rewolucjonistą walczącym z karabinem w ręku. Od wielu lat rządzi jednak Ugandą nie jak ideolog ani dyktator starego typu, lecz jak menedżer dużego, złożonego przedsiębiorstwa, którego głównym celem jest przetrwanie.
Nie interesuje go mobilizacja mas wokół wielkich haseł. Nie buduje kultu doktryny. Zamiast tego tworzy system operacyjny, w którym współgra wiele różnych elementów: wojsko, prywatny biznes, zagraniczne organizacje pozarządowe, sektor surowcowy i turystyka. Liczni partnerzy zagraniczni mają w tym układzie swoje miejsce i swoją funkcję. Jego polityka to przede wszystkim zarządzanie i balansowanie.
Museveni jest laureatem sześciu doktoratów honoris causa, w tym dwóch przyznanych przez uczelnie amerykańskie. Otrzymał siedem zagranicznych orderów państwowych, między innymi odznaczenia z Kuby i Serbii. Był podejmowany w Waszyngtonie przez prezydentów Ronalda Reagana i Billa Clintona. Spotykał się w siedzibie ONZ zarówno ze starszym Georgem Bushem, jak i z jego synem, Georgem W. Bushem, przy okazji szczytu G8.
Dłużej niż on urząd głowy państwa w Afryce sprawują dziś jedynie Teodoro Obiang Nguema Mbasogo w Gwinei Równikowej oraz Paul Biya w Kamerunie.
Rozpoznawalność w międzynarodowych gremiach politycznych oraz jego pragmatyzm pozwalają mu sterować Ugandą bez zbędnych wstrząsów. W praktyce oznacza to, że kraj może jednocześnie przyjmować pieniądze z Zachodu na ochronę zdrowia i edukację, budować infrastrukturę z Chinami, handlować przez Dubaj i kupować uzbrojenie z Rosji. Nie ma w tym sprzeczności. Jest rachunek.
Museveni nie buduje trwałych bloków politycznych. Buduje układ kontraktowy. Każdy partner jest użyteczny. Z krajów Zachodu płyną granty i legitymizacja jego władzy. Chińskie firmy stawiają drogi i elektrownie oraz dostarczają nowoczesne technologie. Zjednoczone Emiraty Arabskie pełnią rolę handlowego i finansowego hubu. Z kolei z Rosji pochodzi znaczna część sprzętu wojskowego oraz kadra szkoleniowa. Prezydent konsekwentnie pilnuje, by żaden zewnętrzny aktor nie stał się jedyną bramą Ugandy na świat.
Lojalność armii
W polityce wewnętrznej Museveni unika przemocy masowej. Jest kosztowna i destabilizująca. Zamiast tego sięga po represję punktową: aresztuje popularnych liderów opozycji, zamyka niewygodne organizacje, blokuje konta bankowe. Jego celem nie jest zniszczenie całej opozycji, lecz utrzymanie pełnej kontroli.
Museveni ma jeden filar, który nie podlega negocjacjom – jest nim lojalność armii. Wojsko jest konsekwentnie doinwestowywane, mundur kojarzy się z prestiżem, a wyżsi oficerowie bywają współudziałowcami licznych przedsięwzięć biznesowych. Armia w Ugandzie nie jest więc wyłącznie siłą zbrojną, lecz także klasą interesu, która realnie korzysta z systemu. Dopóki armia zarabia na stabilności, stabilność pozostaje jej podstawowym celem.
Od 2024 r. stanowisko szefa sił zbrojnych zajmuje najstarszy syn prezydenta, Muhoozi Kainerugaba.
– Nasz kraj działa jak holding z kilkoma kluczowymi liniami biznesowymi. Przemyt złota z Konga dostarcza dewizy, produkcja kawy zapewnia stabilność społeczną, parki narodowe przyciągają zagranicznych turystów z głębokimi kieszeniami i budują prestiż, a stała rozbudowa infrastruktury oparta na zagranicznym kapitale przynosi inwestycje i nowe kontakty. Museveni pełni funkcję prezesa, który nie musi znać szczegółów każdego projektu. Ma do dyspozycji lojalne wojsko, na którego szczycie umieścił własnego syna – podsumowuje Tom działalność prezydenta w roli swoistego dyrektora generalnego.
Parki narodowe – projekt wizerunkowy
Uganda sprzedaje światu obraz kraju zielonego, bezpiecznego i stabilnego. W świecie zmęczonym wojnami i kryzysami afrykańskie safari premium działa jak silny kontrast: obietnica ciszy, przestrzeni i porządku. Na turystycznych mapach parki narodowe Ugandy wyglądają jak zielone wyspy: Bwindi Impenetrable National Park, Queen Elizabeth National Park, Murchison Falls National Park. Dla zagranicznego odbiorcy to kraina dzikiej przyrody: goryli, lwów, sawanny i wodospadów. Dla państwa są jednocześnie produktem eksportowym i starannie zaprojektowanym projektem wizerunkowym.
Nazajutrz opuszczamy wygodny hotel w centrum Entebbe i ruszamy w stronę największego parku narodowego kraju, którego nazwa pochodzi od malowniczych wodospadów na Nilu – Murchison Falls. Przed nami ponad trzysta kilometrów drogi i pierwsza wielka atrakcja: unikatowy rezerwat białych nosorożców.
Rezerwat Ziwa powstał w 2005 r. jako kluczowy projekt odbudowy populacji nosorożców w Ugandzie, po tym, jak zwierzęta zostały całkowicie wytępione w kraju w latach 80. XX w. w wyniku kłusownictwa i niestabilności politycznej. Inicjatywa była wspólnym przedsięwzięciem Uganda Wildlife Authority oraz prywatnych partnerów zajmujących się ochroną przyrody.

Pierwsze nosorożce sprowadzono z Republiki Południowej Afryki i Kenii, tworząc zalążek nowej populacji. Dzięki ścisłej ochronie, regularnym patrolom i programom hodowlanym ich liczba stopniowo rosła, a Ziwa stała się jedynym miejscem w Ugandzie, gdzie dziś można zobaczyć nosorożce na wolności. Patrole rangerów przez całą dobę monitorują położenie zwierząt, śledząc je zarówno dzięki obserwacjom terenowym, jak i nadajnikom telemetrycznym. Pozwala to szybko reagować na wszelkie potencjalne zagrożenia.
Podczas pieszej wędrówki po rezerwacie towarzyszą nam uzbrojeni rangerzy. Możemy podejść do tych potężnych ssaków na odległość zaledwie kilkunastu metrów, słysząc wyraźnie ciężki oddech olbrzymów odpoczywających w cieniu drzew.
Rezerwat Ziwa funkcjonuje jednocześnie jako centrum ochrony gatunku, ośrodek edukacyjny i miejsce zrównoważonej turystyki, która finansuje dalszą opiekę nad nosorożcami. To wyjątkowo udany projekt, który w ciągu niespełna dwóch dekad doprowadził do powstania populacji przekraczającej pięćdziesiąt osobników. Ziwa pokazuje innym państwom Afryki, jak budować markę opartą na ochronie przyrody i jednocześnie pozyskiwać twardą walutę bez nadmiernej industrializacji, sprzyjającej wyzyskowi i lokalnym konfliktom.
Ochrona przyrody w Ugandzie to jedynie warstwa wierzchnia, starannie wypolerowana na użytek mediów i turystycznych folderów. Już o świcie opuszczamy naszą luksusową lodżę i wyruszamy na klasyczne safari fotograficzne. Zaskakująco dobry stan dróg dojazdowych po obu stronach Nilu, płynącego z Jeziora Wiktorii do Jeziora Alberta, budzi moją wrodzoną nieufność.
– Kto wybudował te równe, asfaltowe szosy? – pytam naszego kierowcę, Humphreya.
– Firmy budujące rurociąg naftowy – odpowiada bez wahania.
Przez kolejne dwa dni obserwujemy stada antylop, żyraf i bawołów, a także grupy słoni majestatycznie przemierzających płaską przestrzeń sawanny. Leniwa rodzina lwów, rozciągnięta wśród grubych konarów kandelabrówki drzewiastej, toleruje naszą obecność w samochodach.
Tykająca bomba – rurociąg prowadzący do Oceanu Indyjskiego
Wracając wieczorem główną szosą do lodży, mijam konwoje ciężarówek wiozących masywny sprzęt do kolejnych odwiertów w okolicy.
– Wiele odwiertów jest już gotowych. Teraz prace koncentrują się na ukończeniu rurociągu, który przebiegnie stąd do portu Tanga w Tanzanii – wyjaśnia Humphrey.
– Przecież to ponad półtora tysiąca kilometrów – mówię zdziwiony.
– Dokładnie 1443 kilometry. To wspólne przedsięwzięcie kapitału francuskiego i chińskiego, we współpracy z partnerami tanzańskimi i lokalnymi – poprawia mnie Ugandyjczyk.
– Port w Mombasie jest bliżej – zauważam.
– Museveni nie dogaduje się zbyt dobrze z Kenijczykami – odpowiada z uśmiechem Humphrey.
Nazajutrz jedziemy wzdłuż Jeziora Alberta, na południe, w stronę Parku Narodowego Królowej Elżbiety. Po drodze mijam liczne instalacje wydobywcze, a miejscami nawet fragmenty rurociągu biegnącego na wschód. Humphrey co kilka minut zatrzymuje samochód, a ja robię zdjęcia wież, budynków i stalowych rur. Inaczej wyobrażałem sobie przed wylotem do Ugandy tygodniowy rajd po parkach narodowych.

Jezioro Alberta stanowi naturalną granicę między Ugandą a Demokratyczną Republiką Konga. Po ugandyjskiej stronie w fazie finalnej znajdują się dwa duże projekty wydobywcze. Francuski TotalEnergies zarządza projektem Tilenga, posiadając 57 proc. udziałów i prowadząc liczne odwierty na terenie parku narodowego o powierzchni zbliżonej do hiszpańskiej Majorki. Pozostałe udziały należą do partnerów chińskich i ugandyjskich. Docelowa produkcja ma sięgnąć 190 tys. baryłek ropy dziennie.
Drugi projekt Kingfisher ma dostarczać na rynki światowe około 40 tys. baryłek dziennie. Jego operatorem jest chińska spółka CNOOC.
Największe kontrowersje budzi rurociąg prowadzący do Oceanu Indyjskiego. Jego planowane uruchomienie przewidziano na październik 2026 r. Naftowy Rurociąg Wschodnioafrykański, znany pod skrótem EACOP (East African Crude Oil Pipeline), będzie jednym z najdłuższych tego typu projektów na świecie.
Potencjalny wyciek lub zamach terrorystyczny mógłby zagrozić egzystencji milionów ludzi żyjących w dorzeczu Jeziora Wiktorii i narazić środowisko naturalne na długotrwałe skażenie.
Dla władz w Kampali projekt oznacza jednak coś więcej niż tylko zwiększenie wpływów do budżetu. Od lat marzą o osiągnięciu suwerenności energetycznej. Rozwój sektora naftowego ma stworzyć tysiące nowych, dobrze płatnych miejsc pracy. W kraju, w którym co roku przybywa około 1,3 mln mieszkańców, a na rynek pracy wchodzi blisko 700 tys. młodych ludzi, każdy wielki projekt infrastrukturalny zmniejsza ryzyko poważnej destabilizacji po odejściu obecnego prezydenta.
– Czy syn Museveniego obejmie władzę po śmierci ojca? – pytam Humphreya.
– Nie sądzę. Jego zdolności przywódcze są bliskie zeru. Wystarczy poczytać jego wpisy na platformie X, żeby zrozumieć, że jego dojście do władzy wywołałoby poważny kryzys w Ugandzie. Jest niestabilny i niebezpieczny – mój ugandyjski przyjaciel ostrożnie dobiera słowa.
– Taki Idi Amin 2.0. Nawet ludzie z najbliższego otoczenia Museveniego nie dopuściliby do powrotu okresu terroru, jaki mógłby zgotować generał Muhoozi – dodaje po chwili, przywołując nazwisko jednego z najbrutalniejszych dyktatorów Afryki XX w.
– Afryka, a wraz z nią Uganda, rozwijają się burzliwie. Gdy przyjechałem tu po raz pierwszy, kraj liczył 18 mln mieszkańców, dziś jest ich 49 mln. Każdy rok przynosi ogromne zmiany, nie tylko demograficzne. Wszystkie scenariusze polityczne są tu możliwe – kończę wątek polityczny i zaczynam uważniej obserwować zmieniający się krajobraz.
Yoweri Museveni potrafi zarządzać napięciami. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że jego następca będzie w stanie robić to równie skutecznie. Nawet jeśli system przetrwa, zmieni się układ lojalności: armia zacznie kalkulować, elity gospodarcze będą lawirować, a partnerzy zagraniczni testować granice. Sukcesja to moment, w którym kontrakty trzeba renegocjować. Ugandyjski model „CEO państwa” zostanie wówczas wystawiony na najpoważniejszą próbę.
Uganda – drugi na liście producent kawy w Afryce
Wraz z postępem podróży na południe, wzdłuż granicy z Kongiem, jesteśmy coraz wyżej. Mijamy zbocza masywu Ruwenzori i zbliżamy się do lasu Bwindi, domu górskich goryli. Plantacje herbaty i liczne gospodarstwa produkujące kawę pokrywają pofalowany krajobraz wieloma odcieniami żywej, soczystej zieleni. Na horyzoncie, we wszystkich kierunkach, majaczą niebieskawe sylwetki mniejszych pasm górskich. To kraina górskich stawów i jeziorek uformowanych w kalderach wygasłych wulkanów, których aktywność zakończyła się ponad 8 tys. lat temu.
Ugandyjska gospodarka kawowa nie opiera się na kilku wielkich latyfundiach. Jej fundamentem są setki tysięcy, a w praktyce miliony małych gospodarstw, posiadających od kilkunastu do kilkudziesięciu krzewów.
Zajeżdżamy na posesję jednego z lokalnych producentów. Nasza skromna kawalkada dwóch samochodów zatrzymuje się przed murowanym, czworokątnym domem z estetyczną, jasnożółtą elewacją. To zaaranżowany przystanek w drodze do kolejnego parku narodowego.
Młoda, krępa kobieta w kwiecistej koszuli zaprasza nas na pokaz parzenia kawy pochodzącej z przydomowego ogródka.
Czerwone owoce kawy, wypełniające wiklinową tacę, szybko trafiają do dużego, drewnianego moździerza. Siadamy na niskiej ławce naprzeciw Ugandyjczyków i obserwujemy proces przygotowania napoju. Młodzieniec w zielonym mundurze rzuca krótkie zdania, próbując prostymi słowami opisać to, co właśnie się dzieje.
Kobieta zaczyna, na siedząco, ubijać owoce, rytmicznie uderzając w nie drewnianym tłuczkiem niemal metrowej wysokości. Głuchy stukot zagłusza dźwięk pękających skórek. Po chwili karmazynowy miąższ rozchyla się, odsłaniając jasne ziarna.
Na palenisku z żywym ogniem stoi już osmolony kociołek, do którego trafiają obłuskane ziarna. Kobieta miesza je drewnianą łyżką. Po kilku minutach zaczynam wyczuwać intensywny aromat palonej kawy. Zaglądam do środka: ziarna ciemnieją, aż stają się niemal czarne.
Zawartość kociołka wraca do moździerza. W kilkanaście sekund palone ziarna zostają rozbite na brązowy proszek, który trafia do garnka z wodą. Kilka minut później kawa jest serwowana w białych porcelanowych filiżankach. Jej smak jest ziemisty, gęsty, z wyczuwalną lepkością, wyraźnie inny niż w europejskich kawiarniach.
Uganda jest drugim potężnym producentem kawy w Afryce. Wraz z Etiopią odpowiada za blisko połowę całkowitej produkcji na kontynencie. Ugandyjscy chłopi, wywodzący się z kilkunastu grup etnicznych, produkują rocznie ponad 7 mln worków po sześćdziesiąt kilogramów każdy. Kawa jest obecna w Ugandzie od dziesięcioleci, niezależnie od zmian ustrojowych, wojen i przewrotów. Większość rodzin uprawia ją od czasów kolonialnych. Ta ciągłość tworzy psychologiczne poczucie normalności i daje elementarne zabezpieczenie finansowe.
W systemie Museveniego są sektory, na których można eksperymentować: złoto, ropa naftowa, infrastruktura. Kawa do nich nie należy. Jest dla politycznych elit nietykalna, objęta czymś w rodzaju parasola ochronnego. Rząd wspiera eksport i pomaga poprawiać jakość produkcji. To cichy konsensus między państwem a wsią.
Nie ma jednego centrum decyzyjnego, które można sparaliżować strajkiem. Nie ma jednego właściciela, którego bankructwo wywołałoby efekt domina. Jest za to rozproszona sieć ludzi, dla których kawa pozostaje dodatkiem do bananów, manioku i kukurydzy i zarazem najważniejszym źródłem gotówki. Dzięki temu dochód z kawy trafia bezpośrednio do gospodarstw domowych i działa jak bufor w latach słabszych zbiorów żywności.
„Banan to życie”
Przy drogach widać liczne punkty skupu zielonych bananów. Często mijamy rowery obładowane niewiarygodnie wielkimi kiściami, pchane mozolnie przez wytrwałych chłopów.
Na rogatkach miasteczek dostrzegam ciężarówki transportujące tony owoców do większych miast. To odmiana bananów przeznaczona do gotowania, zwana matoke, stanowiąca podstawę wyżywienia w centralnej i zachodniej Ugandzie. Banany często rosną w systemach mieszanych z kawą, fasolą i maniokiem. Uganda produkuje ich ponad 10 mln ton rocznie, ale nie jest eksporterem tego surowca. Dynamicznie rosnąca populacja kraju zużywa niemal całą produkcję na miejscu.
Matoke to ugandyjskie odpowiedniki ziemniaków: fundament codziennej diety: gotowane, tłuczone, podawane z sosem z orzeszków ziemnych lub z mięsem. W wielu regionach mówi się, że „banan to życie”, bo jest jednocześnie pożywieniem i ekonomicznym zabezpieczeniem rodziny.
W drodze nad Jezioro Bunyonyi położone na wysokości 2 tys. m, mijamy liczne kamieniołomy, w których wydobycie i kruszenie kamienia odbywa się bez użycia jakichkolwiek maszyn. Najsilniejsi mężczyźni wbijają kilofy w litą skałę, wykonując pracę niemal syzyfową.
Zdjęcie za 4 zł dniówki
Odłamki nie większe niż zaciśnięta pięść trafiają do plastikowych pojemników lub wiader niesionych na ramionach. Przy drodze, obok kopców kamieni, siedzą kobiety kruszące skały na drobniejsze fragmenty. Monotonny stukot młotków niesie się po okolicy.
– Żeby zapełnić kruszywem tego dużego pickupa, zespół trzech ludzi potrzebuje pewnie trzech dni pracy – Humphrey wskazuje niebieski samochód.
Kucam przy kobiecie w czerwonym nakryciu głowy. Ma około czterdziestu lat, choć może być znacznie młodsza. Ciężka, fizyczna praca i skromne warunki życia postarzają ludzi na każdej szerokości geograficznej. Siedzi z wyprostowanymi nogami i sprawnymi ruchami młotka rozłupuje kamienie na drobne, nierówne kostki. Jednym ruchem dłoni odsuwa je na bok i kładzie przed sobą kolejny, większy odłamek.
Fotografuję ją z kilku stron, po czym wręczam cztery tysiące szylingów, równowartość około 4 zł. Jak później wylicza Humphrey, szacując wartość pełnego ładunku kruszywa w skupie i dzieląc ją przez trzy dni oraz trzy osoby, kobieta w czerwonej czapce mogła otrzymać ode mnie równowartość całej swojej dniówki.

W zachodniej Ugandzie występują zasoby granitów, skał metamorficznych i marmurów, a także żwir oraz piaski rzeczne. W regionie funkcjonuje wiele niewielkich kamieniołomów i punktów wydobywczych, wykorzystywanych lokalnie do budownictwa i remontów dróg. Wydobycie odbywa się głównie na poziomie rzemieślniczym i w dużym stopniu pozostaje poza oficjalnymi rejestrami. Mimo to nawet te małe, ręczne kamieniołomy potrafią dostarczać na rynek tysiące ton kruszywa rocznie.
Relacje zagraniczne i pensje w wysokości 200 zł
Produkcja kawy i bananów pozostaje domeną maluczkich. Statystyczny dochód na mieszkańca Ugandy wynosi około 1100 dolarów rocznie, jest więc o połowę niższy niż w sąsiedniej Kenii i o blisko 20 proc. niższy od średniej dla całej Afryki Subsaharyjskiej. Około połowy osób pracujących zarobkowo otrzymuje miesięcznie równowartość 200 zł. 40 proc. mieszkańców Ugandy żyje w ubóstwie, czyli za mniej niż równowartość 6 zł dziennie.
Poważne majątki powstają gdzie indziej, w Kampali, w pobliżu dworu Museveniego. W języku dyplomacji często mówi się o „partnerach strategicznych”. W przypadku Ugandy trafniejsze jest inne słowo: kontrahenci. Kasta największych ugandyjskich biznesmenów uczestniczy w lukratywnych, międzynarodowych przedsięwzięciach, które wzmacniają istniejący reżim.
Uganda pod rządami Yoweriego Museveniego nie buduje trwałych bloków politycznych i nie wchodzi w relacje, które ograniczałyby jej pole manewru. Zamiast tego konstruuje sieć równoległych kanałów handlowych, finansowych i wojskowych, które wzajemnie się równoważą.
Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) są dla Ugandy przede wszystkim bramą na świat, węzłem tranzytowym. Przez Dubaj przechodzi handel metalami szlachetnymi, towarami rolnymi oraz znaczna część transakcji finansowych. Dla Ugandy ZEA pełnią funkcję skrótu do globalnego rynku. Nie trzeba negocjować bezpośrednio z Europą czy Stanami Zjednoczonymi. Nie trzeba też wchodzić w skomplikowane reżimy regulacyjne. To daje ogromną elastyczność i zmniejsza podatność na naciski polityczne.
Chiny w Ugandzie sprzedają przede wszystkim beton, stal i inżynierię. Budują drogi, mosty, elektrownie i rafinerie. To projekty, które widać i którymi można pochwalić się w kampanii wyborczej. Można przeciąć wstęgę w świetle jupiterów. W zamian Chiny zyskują dostęp do rynków i kolejny stabilny rząd w bogatej w surowce części Afryki. Reformy polityczne ich nie interesują. Dla Museveniego to układ idealny: rozwój infrastruktury bez ingerencji w architekturę władzy.
Unia Europejska i Wielka Brytania, dawni gospodarze Ugandy przyznają granty, finansują programy zdrowotne i wspierają organizacje pozarządowe zarządzające parkami narodowymi. Ich pieniądze rzadko trafiają bezpośrednio do twardego aparatu państwa. Częściej zasilają system usług społecznych. Zachód stabilizuje w ten sposób społeczeństwo i odciąża budżet centralny. Dzięki temu Museveni zyskuje większą swobodę w przesuwaniu własnych środków, choćby na zakupy uzbrojenia w Moskwie. W odróżnieniu do Chin europejscy podatnicy nie otrzymują w zamian wymiernych kontraktów. Ta relacja jest użyteczna przede wszystkim dla Ugandy.
Rosja w ugandyjskiej układance pełni rolę zabezpieczenia. Sprzedaje sprzęt i szkoli miejscowe wojsko. Współpraca ta nie ma charakteru masowego, ale wysyła czytelny sygnał: Uganda posiada alternatywę w sferze bezpieczeństwa.
Churchill wymyślił, Museveni zastosował
Określenie Perła Afryki pojawiło się ponad sto lat temu i bywa przypisywane Winstonowi Churchillowi, który w książce „My African Journey” (1908 r.) opisał Ugandę jako jedno z najbardziej niezwykłych miejsc na kontynencie.
Zachwycała go niezwykła koncentracja krajobrazów na niewielkim obszarze: sawanny, dżungle, góry Ruwenzori z ośnieżonymi szczytami, rozległe jeziora oraz Nil wypływający z Jeziora Wiktorii. W epoce kolonialnej była to przede wszystkim pochwała estetyczna, wyraz fascynacji egzotycznym pięknem.
Po latach dyktatury Idi Amina i wojny domowej Uganda w latach dziewięćdziesiątych potrzebowała nowej opowieści o sobie. Władze sięgnęły po bezpieczny, pozytywny symbol z przeszłości. W ten sposób dawny cytat stał się nowoczesnym sloganem promocyjnym: Uganda – Perła Afryki.
Hasło marketingowe opierało się na trzech obietnicach: niezwykłej przyrodzie, bezpieczeństwie i stabilności oraz Afryce w pigułce, czyli bogactwie ekosystemów skupionych w jednym kraju. Stało się fundamentem nowoczesnej strategii turystycznej.
W latach 80. i 90. XX w. goryle górskie były skrajnie zagrożone wyginięciem. Populacje na pograniczu Ugandy, Rwandy i Demokratycznej Republiki Konga dramatycznie malały.
Uganda postawiła na strategię ochrony opartą na modelu „wędrówki do goryli”. To turystyka limitowana i kosztowna. Dziś pozwolenie na godzinne spotkanie z jedną z wybranych rodzin goryli górskich kosztuje 800 dolarów. Wysoka cena od początku miała ograniczać liczbę odwiedzających i uczynić z tej oferty ekskluzywną propozycję dla zamożnych gości: lekarzy, prawników, menedżerów i przedsiębiorców z bogatych krajów.
Program okazał się skuteczny i stał się symbolem udanej ochrony przyrody. Dochody z pozwoleń dzielone są między lokalnymi społecznościami, parkami narodowymi i budżetem państwa.
Pigmeje złożeni na ołtarzu ochrony zwierząt i wielkich pieniędzy
Stoję na balkonie dużego pokoju w luksusowej lodży na skraju lasu Bwindi, gdzie żyją goryle. Kubek gorącej herbaty ogrzewa dłonie. Temperatura szybko spada poniżej dwudziestu stopni. Zapada noc, a wzgórza porośnięte bujną roślinnością tracą swoją zieleń, przechodząc w różne odcienie szarości. Ostatnie smugi fioletowego światła na niebie zapowiadają kolejną tropikalną noc.
Wciąż mam świeżo w pamięci taneczne występy Pigmejów, którzy ponad trzydzieści lat temu musieli opuścić las Bwindi, by zrobić miejsce gorylom. Pigmeje nie zaadaptowali się do nowych warunków życia. Dziś żyją skromnie z datków organizacji pomocowych i turystów, na skraju osiedla ludu Bantu. Utracili swoją kulturę, styl życia i tożsamość.
Zostali złożeni na ołtarzu, na którym ochrona zwierząt i wielki pieniądz zaczęły funkcjonować w pełnej symbiozie.
Uganda nie jest kierunkiem masowej turystyki. To miejsce dla tych, którzy chcą zobaczyć coś, czego nie da się łatwo powielić. Hasło Perła Afryki zobowiązuje i niewielu zagranicznych gości wyjeżdża stąd rozczarowanych. Turyści zabierają ze sobą niezapomniane wrażenia. Francuscy i chińscy inżynierowie, rosyjscy specjaliści wojskowi, menedżerowie i kadra organizacji chroniących parki narodowe, wszyscy oni w ten czy inny sposób bogacą się wraz z każdym kolejnym dniem spędzonym w Ugandzie.
Tylko młodzi ludzie szukający pracy oraz ci, którzy zarabiają 50 dolarów miesięcznie, mogą się czuć pominięci. Cena jednej godziny obserwacji goryli górskich w lesie Bwindi równa się bowiem mniej więcej szesnastu miesięcznym pensjom przeciętnego Ugandyjczyka.
System zarządzania krajem działa od 40 lat, ale groźba erozji umowy społecznej czai się w tle. Obietnica bezpieczeństwa na ulicach może wkrótce przestać wystarczać. Wszystko zależy od determinacji i aspiracji młodego pokolenia. Jeśli zadowolą się skromnymi dochodami z produkcji kawy i bananów, Uganda w tej formie przetrwa kolejne lata.
Główne wnioski
- Uganda działa jak zarządzany holding, a nie klasyczna demokracja czy brutalna dyktatura. System Museveniego opiera się na balansowaniu partnerów zagranicznych, lojalności armii i kontroli kluczowych sektorów gospodarki, przy jednoczesnym unikaniu chaosu.
- Stabilność kraju opiera się dziś na rolnictwie i turystyce. Kawa i banany amortyzują napięcia społeczne na prowincji, podczas gdy parki narodowe i turystyka dostarczają twardej waluty i budują pozytywny wizerunek państwa.
- Największym wyzwaniem nie jest opozycja, lecz demografia i sukcesja. Młode pokolenie, niskie dochody i przyszła zmiana przywództwa mogą wystawić czterdziestoletni model stabilności na poważną próbę.