Javier Milei: argentyński „anarchokapitalista” na wojnie z szarą strefą. Dziś ważna decyzja
Javier Milei rozpętał otwartą wojnę z najpotężniejszymi związkami zawodowymi w Ameryce Łacińskiej. Tym razem na celownik bierze patologie rynku pracy i stawia wszystko na jedną kartę: radykalną reformę. Gdy parlament szykuje się do decydującego głosowania, na szali leży coś więcej niż tylko elastyczny czas pracy czy koszty zatrudnienia. Stawką jest społeczno-gospodarcze DNA Argentyny.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Co dokładnie obejmuje reforma Mileia i w jaki sposób uderza w dotychczasowe przywileje pracownicze oraz potęgę central związkowych.
- Dlaczego argentyński prezydent zdecydował się na to frontalne starcie ze związkowcami akurat teraz.
- Jakie mogą być długofalowe konsekwencje głosowania w Senacie dla wiarygodności całego politycznego projektu obecnej władzy w Buenos Aires.
W piątek 20 lutego, gdy argentyński Kongres szykował się do głosowania, Buenos Aires ogarnął paraliż, którego politycy woleliby uniknąć. Opustoszałe dworce, sparaliżowany transport publiczny, odwołane loty i rosnące napięcie wokół gmachu parlamentu. Tak wyglądała reakcja związków zawodowych na działania władz. Pod przewodnictwem potężnej centrali związkowej CGT odbył się 24-godzinny strajk generalny. Był protestem przeciwko radykalnej reformie prawa pracy forsowanej przez prezydenta Javiera Mileia. Mimo determinacji protestujących Izba Deputowanych przyjęła projekt ustawy stosunkiem głosów 135 do 115. Rząd Mileia jest zdeterminowany, by zakończyć cały proces legislacyjny przed 1 marca, kiedy prezydent wygłosi orędzie inaugurujące wiosenną sesję parlamentu.
Kluczowa batalia rozegra się w piątek 27 lutego w argentyńskim Senacie. Władze deklarują, że mają większość potrzebną do ostatecznego przyjęcia reformy przez parlament. Senackie komisje dały już zielone światło, a poparcie deklaruje także część opozycji.
Co dokładnie ma się zmienić?
Flagowy projekt obozu Mileia to w rzeczywistości potężny pakiet ponad 200 artykułów. Gruntownie zmienia argentyńskie regulacje dotyczące zatrudnienia, zwolnień, negocjowania wynagrodzeń oraz zasad funkcjonowania związków zawodowych. Filary reformy wyglądają następująco:
- Elastyczny czas pracy i „bank godzin”. Choć 48-godzinny limit pracy tygodniowo formalnie zostanie utrzymany, ustawa otwiera furtkę do wydłużania pojedynczych zmian nawet do 12 godzin. Zamiast płatnych nadgodzin wprowadzono system rekompensat w postaci czasu wolnego do odbioru w przyszłości (tzw. bank godzin).
- Rewolucja w odprawach. Koszt zwalniania pracowników zostanie obniżony. Nowy sposób wyliczania odprawy wyłącza z podstawy część dodatków i wprowadza limity bazowe. Rząd proponuje też opcjonalny „fundusz odpraw” zasilany składkami emerytalnymi pracodawców. Rozwiązanie to budzi jednak ostry spór o jego wpływ na stabilność systemu ubezpieczeń społecznych.
- Deregulacja płac. Pracodawcy zyskają większą swobodę w kształtowaniu wynagrodzeń. Ustawa dopuszcza systemy płacowe oparte na produktywności i wynikach. Legalizuje też wypłaty w walutach obcych oraz częściowo w świadczeniach rzeczowych.
- Decentralizacja rokowań zbiorowych. To cios w potężne centrale związkowe. Porozumienia zawierane na poziomie firmy lub regionu mają mieć pierwszeństwo przed ogólnokrajowymi układami zbiorowymi, które dotychczas dyktowały standardy dla całych sektorów gospodarki.
- Ograniczenie prawa do strajku. Kluczowe sektory gospodarki zostaną uznane za usługi „niezbędne”. W praktyce wymusi to zapewnienie wysokiego poziomu obsady pracowników podczas strajków. W przypadku usług krytycznych, takich jak telekomunikacja, ochrona zdrowia, edukacja, transport lotniczy czy wywóz odpadów, strajkujący będą mieli obowiązek utrzymać funkcjonowanie na poziomie 75 proc. W pozostałych ważnych branżach minimalny próg świadczenia usług wyniesie 50 proc.
- Dyscyplinowanie związków w zakładach. Projekt uderza w autonomię organizacji pracowniczych. Wprowadza bowiem wymóg zgody na zebrania związkowe na terenie firmy. Przewiduje też sankcje za „zakłócanie” pracy osobom, które nie chcą uczestniczyć w proteście.
- Podział urlopów i zniesienie przywilejów. Urlopy będzie można dzielić na krótsze segmenty (minimum siedem dni). Ponadto ustawa zniesie część przywilejów wybranych grup zawodowych (m.in. dziennikarzy) od 1 stycznia 2027 roku.
Dla rządu pakiet ten stanowi niezbędny krok w kierunku „zwiększenia poziomu legalnego zatrudnienia”. Związki zawodowe postrzegają go jednak jako próbę demontażu podstawowych zabezpieczeń socjalnych. Komentatorzy zaznaczają, że głosowanie w parlamencie prawdopodobnie nie zakończy sporu. Wiele zapisów ustawy może zostać zakwestionowanych na drodze sądowej, co ostatecznie grozi ich zablokowaniem. Podobnie stało się wcześniej z częścią przepisów deregulacyjnych wprowadzanych przez Mileia za pomocą prezydenckich dekretów.
Strajki nie robią wrażenia na rządzących
Związki zawodowe przeszły od słów do czynów. W dniu protestu stolica Argentyny została faktycznie sparaliżowana. Stanęło metro, większość linii autobusowych, a pracę przerwały banki i sektor publiczny. Państwowy przewoźnik Aerolíneas Argentinas musiał odwołać 255 lotów, uziemiając tysiące pasażerów. Paraliż dotknął także kluczowy dla argentyńskiej gospodarki port w Rosario. 48-godzinny strajk pracowników morskich całkowicie zablokował tam eksport produktów rolnych.
Napięcie przeniosło się na ulice, gdzie doszło do starć demonstrantów z policją. Władze odpowiedziały stanowczo, wysyłając na ulice ponad 2 tysiące funkcjonariuszy oraz używając armatek wodnych i gazu łzawiącego. Zatrzymano trzech uczestników protestu.
Rząd pozostaje jednak nieugięty wobec rosnącego gniewu społecznego. Otoczenie prezydenta przekonuje, że skala protestów nie zmienia diagnozy problemu. Argentyna zmaga się z olbrzymią szarą strefą, a wysokie koszty pracy i ryzyko kosztownych sporów sądowych skutecznie zniechęcają do legalnego zatrudniania pracowników. Wszystko to sprawia, że spór wokół reformy stał się polityczną beczką prochu. Godzi w fundamenty oraz symbole argentyńskiego modelu społecznego, kształtowanego jeszcze od czasów peronizmu, a więc dominującego od lat 40. XX wieku ruchu politycznego, który zbudował swoją siłę na populistycznej obronie praw robotniczych, rozbudowie państwa socjalnego i nacjonalizmie gospodarczym.
Dlaczego Milei przeszedł do ofensywy właśnie teraz?
Moment konfrontacji ze związkami zawodowymi nie jest przypadkowy. To precyzyjnie zaplanowana gra Mileia tocząca się na trzech płaszczyznach.
Po pierwsze, reforma jest dla prezydenta demonstracją politycznej siły i sprawczości. Senat przyjął projekt w pierwszym głosowaniu stosunkiem głosów 42 do 30, po długiej i burzliwej debacie. Następnie Izba Deputowanych zatwierdziła ustawę z poprawką. Usunęła z niej jeden z najbardziej kontrowersyjnych zapisów, dotyczący obniżenia świadczeń chorobowych. Następnie odesłała dokument do Senatu. To klasyczny modus operandi Mileia: rzucić na stół maksymalnie szeroki, radykalny pakiet, by potem selektywnie wycofać się tam, gdzie opór jest nie do przełamania.
Po drugie, Milei dysponuje obecnie korzystniejszym układem politycznym niż jego poprzednicy z prawej strony. Jak przypomina hiszpański „El País”, próby reformy argentyńskiego prawa pracy podejmowali wcześniej prezydenci Menem, De la Rúa czy Macri. Ich wysiłki kończyły się jednak w najlepszym razie mocno okrojonymi zmianami, a w przypadku De la Rúi nawet skandalem korupcyjnym w Senacie. Dzisiaj, po latach kryzysu gospodarczego i trwającej ponad dekadę stagnacji, związki zawodowe wydają się znacznie słabsze i cieszą się wyraźnie mniejszym zaufaniem społecznym niż jeszcze przed dekadą.
Kluczowym atutem Mileia jest także sukces w październikowych wyborach połowy kadencji. Prezydencka partia La Libertad Avanza zdobyła 40,8 proc. głosów, co dało jej jedną trzecią miejsc w Izbie Deputowanych. W argentyńskich realiach to „złoty pakiet kontrolny”. Taki stan posiadania wystarcza, by skutecznie bronić prezydenckich wet i dekretów przed kontrą opozycji. Choć w praktyce Milei wciąż musi szukać sojuszników na centroprawicy, to znacznie rzadziej stoi pod ścianą.
„Anarchokapitalista” w akcji
Javier Milei od początku gra w otwarte karty: przedstawia się jako radykał, libertarianin i „anarchokapitalista”. Słynna piła łańcuchowa, którą wymachiwał podczas wieców, nie była tylko kampanijnym rekwizytem. Po zaprzysiężeniu w grudniu 2023 r. stała się symbolem polityki jego rządu: programu drastycznych cięć budżetowych, likwidacji subsydiów i frontalnego ataku na biurokrację.
Pierwszym uderzeniem był tzw. „mega-dekret” deregulacyjny. Miał w ekspresowym tempie poluzować ramy prawne w różnych obszarach gospodarki, od rynku najmu mieszkań po handel. Część zapisów dotyczących prawa pracy została jednak szybko zablokowana przez sądy. To właśnie ten opór wymusił na prezydencie zmianę strategii i przeniesienie kluczowych reform na ścieżkę ustawową, której przebieg obserwujemy obecnie.
Fundamentem tej strategii jest sam „styl Mileia”. To nie tylko ekscentryczna otoczka, ale w pełni świadomie wykorzystywane narzędzie polityczne. Agencja Reuters widzi w nim lidera o rockowej estetyce. Wchodzi na scenę jak gwiazda, by po chwili przypuścić brutalny szturm na uprzywilejowaną „kastę”. Ten nieustanny polityczny performans ma jeden cel. Ma utrzymać emocjonalną mobilizację, gdy terapia szokowa boleśnie uderza w poziom życia wielu Argentyńczyków.
Świetne wyniki, którym nie można do końca zaufać
Najbardziej widocznym sukcesem prezydenta jest opanowanie inflacji. Według danych argentyńskiego urzędu statystycznego INDEC w styczniu 2026 roku miesięczny wzrost cen wyniósł 2,9 proc. Inflacja w ujęciu rocznym spadła natomiast do poziomu 32,4 proc. To znacząca poprawa wobec sytuacji z początku jego kadencji. Po dewaluacji waluty oraz radykalnych cięciach subsydiów inflacja miesięczna sięgała wówczas dwucyfrowych wartości.
Jednocześnie inflacja stała się osią sporu o wiarygodność państwa. Na początku lutego 2026 r. dymisję złożył szef INDEC Marco Lavagna. Reuters wiąże to z konfliktem wokół decyzji rządu o opóźnieniu aktualizacji metodologii pomiaru cen. W kraju z historią manipulowania statystykami, w przeszłości nawet karanym przez MFW za fałszowanie danych o PKB, takie tarcia natychmiast budzą demony. Powracają podejrzenia o polityczne „ręczne sterowanie” liczbami.
Sytuacja na rynku pracy jest jeszcze bardziej niejednoznaczna. Oficjalne dane INDEC za III kwartał 2025 roku pokazują stosunkowo niski poziom bezrobocia w miastach (6,3 proc.). Te statystyki nie uwzględniają jednak olbrzymiej skali szarej strefy oraz problemu niepełnego zatrudnienia. To właśnie koronny argument Mileia. Twierdzi, że obecne, skostniałe przepisy oraz ryzyko kosztownych procesów sądowych wypychają firmy i pracowników do sektora nieformalnego.
Wskaźniki ubóstwa falują tymczasem w rytm inflacji i realnych płac. Według INDEC po dramatycznym skoku do 52,9 proc. w I połowie 2024 r., czyli zaraz po objęciu rządów przez Mileia, w kolejnym półroczu odsetek osób poniżej granicy ubóstwa spadł do 38,1 proc. W I połowie 2025 r. zjechać do nawet 31,6 proc. Rząd triumfalnie ogłasza to jako dowód skuteczności „terapii szokowej”. Krytycy i organizacje społeczne studzą jednak entuzjazm. Wskazują na ograniczenia metodologiczne: oficjalne statystyki nie zawsze uwzględniają faktyczny wzrost kosztów życia, zwłaszcza usług i czynszów.
Skąd takie emocje wokół reformy rynku pracy w Argentynie?
Argentyńskie prawo pracy to coś więcej niż zbiór przepisów. To istotna część tożsamości politycznej tego kraju. Już od lat 40. XX wieku peroniści opierali swoją legitymację do sprawowania władzy na micie ochrony robotnika oraz sile związków zawodowych, które współtworzyły system świadczeń socjalnych i negocjacji płacowych. „Financial Times” („FT”) zwraca uwagę, że pozycja central związkowych w Argentynie jest wyjątkowa w skali całej Ameryki Łacińskiej. Mają one kluczowy głos w ustalaniu wynagrodzeń, kontrolują znaczną część ubezpieczenia zdrowotnego, a w sytuacjach kryzysowych dysponują „opcją atomową”. Jest nią realna możliwość sparaliżowania całej gospodarki kraju.
Krytycy tego status quo wskazują jednak na mroczną stronę argentyńskiego systemu. Wysokie kliny podatkowe oraz ryzyko kosztownych sporów sądowych i gigantycznych odpraw skutecznie wypychają zatrudnienie do szarej strefy. „FT” przytacza twarde dane. Liczba formalnie zgłoszonych miejsc pracy w sektorze prywatnym stoi w miejscu od 2011 roku. Ponad 40 proc. argentyńskiej siły roboczej funkcjonuje poza oficjalnym systemem. Milei przekuwa te statystyki w prostą, ofensywną narrację: „Problemem numer jeden Argentyny nie jest deficyt praw pracowniczych, lecz deficyt legalnych etatów”.
Związkowcy odpierają ten zarzut, nazywając to fałszywą alternatywą. Centrala CGT podkreśla, że deregulacja sama w sobie nie stworzy nowych miejsc pracy, a jedynie przesunie punkt ciężkości wyraźnie na korzyść pracodawców. Zdaniem związkowców celem reformy jest przede wszystkim obniżenie kosztów zwolnień, ograniczenie skuteczności strajków jako formy nacisku oraz stworzenie mechanizmów, które w razie recesji pozwolą firmom na szybkie i wygodne „dostosowanie kosztowe”, za które ostatecznie zapłacą pracownicy.
Na szali wiarygodność całego projektu politycznego Mileia
Jeśli argentyński Senat postawi „kropkę nad i”, Milei odniesie jedno z największych politycznych zwycięstw od początku swojej prezydentury, przełamując impas, na którym wykładały się poprzednie rządy prawicowe. Jeśli jednak reforma utknie w sądach lub rozpali uliczne protesty, zamiast symbolem modernizacji stanie się zarzewiem wyniszczającej wojny z instytucjami państwa i ruchem związkowym.
W tym kontekście głosowanie może zadecydować nie tylko o przyszłości argentyńskiego prawa pracy, ale również o wiarygodności całego projektu Mileia. Czy „anarchokapitalizm” da się skutecznie wdrożyć przy użyciu klasycznych metod legislacyjnych oraz kompromisów z częścią establishmentu? Czy też Argentyna ponownie wpadnie w dobrze znany cykl, w którym wielkie reformy rozbijają się o gniew ulicy, blokady sądów i brak cierpliwości społecznej?
Główne wnioski
- Prezydent Javier Milei forsuje potężny pakiet zmian uelastyczniających czas pracy, obniżających koszty zwolnień, ograniczających prawo do strajku i decentralizujących negocjacje płacowe. Według rządu to jedyna droga do likwidacji gigantycznej szarej strefy.
- Forsowane zmiany uderzają w historyczne, ugruntowane od czasów peronizmu przywileje pracownicze. Wywołało to ostry sprzeciw potężnych central związkowych, co doprowadziło do paraliżującego kraj strajku generalnego i starć z policją.
- Przeforsowanie ustawy (która przeszła już przez Izbę Deputowanych i czeka na głosowanie w Senacie) jest kluczowym sprawdzianem politycznej sprawczości i wiarygodności Mileia. Ostateczne wdrożenie reformy może jednak jeszcze zostać zablokowane przez sądy lub opór społeczny.