Kategoria artykułu: Sport
Sport to pieniądz Sezon 2 Odc. 14

Andrzej Bargiel: „Musiałem pożyczać pieniądze na swoją wyprawę"

Na nartach zjeżdżał już z Mount Everestu, K2 i Broad Peek. W planach ma kolejne wielkie wyprawy, ale przyjemność sprawia mu także chodzenie po Tatrach. W cyklu „Sport to Pieniądz” Andrzej Bargiel opowiada o tym, jak radzi sobie ze strachem, co powodowało, że odrzucił niektóre współprace sponsorskie i dlaczego w Tatrach jest... za dużo ludzi.

Andrzej Bargiel

Z tego odcinka dowiesz się…

  1. Czy Andrzej Bargiel podejmuje w górach większe ryzyko niż wtedy, gdy zaczynał swoją przygodę z narciarstwem wysokogórskim.
  2. Co przeszkadza mu w Tatrach.
  3. Czy Andrzej Bargiel rozważa start na igrzyskach olimpijskich.
Obejrzyj lub posłuchaj
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
00:00

Podczas gdy dla alpinistów i himalaistów celem jest zdobycie szczytu, dla Andrzeja Bargiela i innych skialpinistów wejście na górę to dopiero połowa drogi. Mają świadomość, że weszli tu po to, by zjechać na dół.

– My tu mamy mnóstwo czasu. To nie jest sprint, więc masz czas po prostu nacieszyć się tym otoczeniem, tą przygodą. To jest swego rodzaju połączenie, szukanie harmonii i zrozumienia. Musisz wsłuchać się w tę przygodę, by po prostu nie dać sobie zrobić krzywdy, by wybierać właściwe momenty. To trwa wiele godzin. Nie wchodzę tam po prostu, jakbym poszedł po bułki, tylko się tym cieszę, przeżywam to. Sam zjazd jest w pewnym sensie nagrodą za tę wielogodzinną wspinaczkę – mówi Andrzej Bargiel.

Spotkanie na szczycie

Tydzień temu, na rozdaniu przyznawanych podróżnikom i eksploratorom Kolosów, Andrzej Bargiel pierwszy raz spotkał się z innym wybitnym narciarzem wysokogórskim, Jimem Morrisonem. Jesienią Morrison także zjechał z Mount Everestu. Wybrał północną ścianę, na co wcześniej nikt się nie zdecydował. Andrzej Bargiel przyznaje, że sam też myślał o tej trasie, ale jednocześnie zapewnia, że nie zazdrości Amerykaninowi wyczynu.

– Myślę, że w górach nie ma rywalizacji. To nie jest świetna przestrzeń do rywalizacji. Mamy podobne pasje i w zasadzie nigdy nie poznaliśmy się z Jimem, byliśmy w kontakcie. Ale też Jim miał takie osobiste podejście do tego przedsięwzięcia, więc też nie chciałem mu w tym przeszkadzać. Kibicowaliśmy sobie nawzajem i fajnie było się spotkać – mówi Andrzej Bargiel.

Dla Bargiela sukces innego wspinacza nie jest jego porażką. Wręcz przeciwnie – obserwowanie zmagań Morrisona z basenu podczas wakacji z dziećmi było dla niego źródłem satysfakcji. To podejście wynika z głębokiego przekonania, że wspinaczka i narciarstwo ekstremalne to przede wszystkim proces wewnętrzny, a nie próba zaimponowania światu czy organizacjom takim jak Guinness, z którymi narciarzowi nie po drodze.

Z Everestu na igrzyska?

Na tegorocznych igrzyskach olimpijskich zadebiutował skialpinizm. Teoretycznie to ten sam sport, który uprawia Andrzej Bargiel. Jednak okrojona i rozgrywana na specjalnie przygotowanym torze wersja tego sportu nie kusi polskiego pogromcy ośmiotysięczników.

– Myślę, że tak odjechałem od tego sportu, takiego zawodniczego, że w zasadzie już
trudno byłoby wrócić na takim poziomie konkurencyjnym. Szczególnie, że trzeba by poświęcić
na to parę lat, a też już mam swoje lata. Ta forma, która pojawiła się właśnie na igrzyskach,
jest superspecyficzna. To w zasadzie taki supersprint, do którego predysponowana jest
pewnie młodzież. Trzeba by to robić na poważnie i zarzucić inne rzeczy. Nie da się
walczyć o medale w momencie, kiedy robisz coś przy okazji – tłumaczy Andrzej Bargiel.

Dodaje, że jego zdaniem olimpijski skialpinizm mógłby zyskać dodatkowy pazur. A transmisje telewizyjne mogłyby wyglądać spektakularnie.

– Trzymam kciuki, żeby to się udało. Te koszty mogą być spore, ale da się takie rzeczy robić. Jeżeli my jesteśmy w stanie relacjonować odcinki specjalne rajdów samochodowych, kolarstwo górskie czy downhill, to dlaczego nie możemy tego robić w skiaplinizmie? – zastanawia się Andrzej Bargiel.

Odrzucona fortuna

W początkach jego zmagań z górami największym problemem dla Andrzeja Bargiela było zdobycie pieniędzy na kolejne wyprawy.

– Nawet na wyprawę na K2 musiałem pożyczać jakąś kasę, żeby móc pojechać, bo budżet nie był gotowy. Dla mnie to było coś nadrzędnego i chciałem to zrobić. Nie zakładałem, że coś z tego będę miał, bądź doprowadzi mnie to do jakiegoś sukcesu finansowego. To była czysta pasja – wspomina Andrzej Bargiel.

Dziś jego nazwisko jest już rozpoznawalną marką, ale kwestia zamknięcia budżetu wciąż wymaga wielu starań.

– Wypracowałem sobie taką pozycję, że jest łatwiej. Ale to też nie jest tak, że wszyscy czekają z workami pieniędzy, aż się odezwiesz do nich i po prostu powiesz, że coś potrzebujesz i chcesz to zrobić. Musisz nad tym pracować, musisz jakąś strukturę utrzymywać, która potrafi to skoordynować. Nie jestem supermedialną osobą – opowiada.

Nawet przy potrzebie pozyskania ogromnych pieniędzy na filmowe ekspedycje w Himalaje, Andrzej Bargiel nie zgadza się na wszystkie współprace i, jak przyznaje, odrzucił hojne propozycje, których warunki mu się nie podobały.

– Jeżeli chcesz utrzymać niezależność, to czasem rezygnujesz, a to cię dużo kosztuje i czasem nie masz jakiejś superalternatywy. Bywały momenty, w których lądowałem w punkcie wyjścia, więc znowu bez finansowania kolejnego przedsięwzięcia. Myślę, że bardzo dużo pieniędzy straciłem przez to, że nie robiłem pewnych rzeczy – tłumaczy Andrzej Bargiel.