Kategorie artykułu: Polityka Świat

Trump grozi wyjściem z NATO. Szef Sojuszu z misją ratunkową w Waszyngtonie

Czy to początek końca Sojuszu, jaki znaliśmy? Amerykański prezydent otwarcie grozi wyjściem USA z NATO po tym, jak europejskie stolice odmówiły mu oczekiwanego wsparcia w wojnie z Iranem.

Donald Trump wygłasza orędzie
Prezydent Donald Trump zarzucił NATO, że nie stanęło u boku Stanów Zjednoczonych w chwili, gdy te najbardziej potrzebowały wsparcia. Jego administracja sformułowała tę diagnozę jeszcze ostrzej. W oficjalnym przekazie stwierdzono wprost, że podczas wojny z Iranem Sojusz został „sprawdzony” i „oblał ten test”. Fot. Alex Brandon-Pool/Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego obecny kryzys w NATO jest znacznie poważniejszy niż wcześniejsze spory z pierwszą administracją Trumpa.
  2. Czy pełne uniezależnienie militarne Europy od Amerykanów jest w najbliższym czasie w ogóle możliwe.
  3. W jaki sposób europejska część Sojuszu adaptuje się do coraz bardziej nieprzewidywalnej postawy Waszyngtonu.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Obecny kryzys jest znacznie poważniejszy niż napięcia z czasów pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Wówczas transatlantyckie spory sprowadzały się głównie do targów o pieniądze, wymuszania ustępstw i publicznego upokarzania sojuszników. Europejscy sojusznicy mogli jeszcze traktować wymierzone w NATO ataki amerykańskiego prezydenta jako rodzaj politycznego teatru lub element taktyki negocjacyjnej. Dziś sygnałów płynących z Waszyngtonu nie da się już tak łatwo zbagatelizować.

Pierwszym poważnym tąpnięciem w tym roku był styczniowy kryzys wokół Grenlandii. Donald Trump zażądał wówczas przejęcia kontroli nad tym autonomicznym terytorium Królestwa Danii, nie wykluczając przy tym użycia siły i grożąc dotkliwymi cłami państwom europejskim, które sprzeciwiłyby się jego planom. Choć ostatecznie amerykański przywódca wycofał się z gróźb militarnych, a Waszyngton, Kopenhaga i władze Grenlandii zasiadły do rozmów o bezpieczeństwie w Arktyce, sam incydent pokazał jedno: pod rządami Trumpa stawką sporów wewnątrz NATO może stać się nawet integralność i suwerenność państw członkowskich.

Zanim Europa zdążyła w pełni przetrawić ten wstrząs, nadszedł kolejny cios. Nieco ponad dwa miesiące później, w odpowiedzi na niechęć państw europejskich wobec wysłania okrętów mających odblokować cieśninę Ormuz, Donald Trump oświadczył, że „absolutnie” bierze pod uwagę wycofanie Stanów Zjednoczonych z NATO. Sytuację dodatkowo zaogniły wypowiedzi kluczowych przedstawicieli obecnej amerykańskiej administracji. Sekretarz obrony Pete Hegseth uniknął jednoznacznego potwierdzenia bezwarunkowego zobowiązania USA do zbiorowej obrony, z kolei sekretarz stanu Marco Rubio zasugerował, że po wojnie w Iranie Waszyngton musi na nowo ocenić, czy dalsze trwanie w Sojuszu w ogóle leży w amerykańskim interesie.

Strategia szefa NATO przestaje działać

W środę z misją ratunkową do Waszyngtonu poleciał sekretarz generalny NATO Mark Rutte. Były wieloletni premier Holandii dał się już wcześniej poznać jako polityk potrafiący udobruchać Donalda Trumpa i utrzymać dalsze zaangażowanie USA w Sojuszu. Robił to nierzadko za cenę wewnętrznych napięć: część europejskich stolic otwarcie zarzucała mu zbytnią ugodowość, a momentami wręcz poddańczy styl w kontaktach z amerykańskim przywódcą.

Ponad dwugodzinne spotkanie w Białym Domu nie przyniosło jednak przełomu, a tylko po raz kolejny ukazało skalę transatlantyckich napięć. Amerykański prezydent nie tylko nie wycofał się z dotychczasowej krytyki Sojuszu, ale wręcz zaostrzył retorykę. Wprost zarzucił NATO, że nie stanęło u boku Stanów Zjednoczonych w chwili, gdy te najbardziej potrzebowały wsparcia. Jego administracja sformułowała tę diagnozę jeszcze ostrzej. W oficjalnym przekazie stwierdzono wprost, że podczas wojny z Iranem Sojusz został „sprawdzony” i „oblał ten test”.

Szef NATO nie odrzucił tej krytyki w całości. Przyznał, że część państw faktycznie zawiodła oczekiwania Waszyngtonu. Zastrzegł jednocześnie, że „zdecydowana większość” europejskich sojuszników wywiązała się z deklarowanego wsparcia logistycznego i politycznego. Cała ta sytuacja pokazuje jednak, że dotychczasowa strategia Ruttego po prostu wyczerpuje swój potencjał. Nawet dobra, osobista chemia między tymi politykami to dziś zbyt mało, by skutecznie wygasić napięcia po obu stronach Atlantyku.

Czym europejscy członkowie NATO rozczarowali Trumpa?

Postawa europejskich członków NATO wobec amerykańsko-izraelskiego ataku na Iran wywołała u prezydenta Trumpa tak dużą frustrację, że posunął się wręcz do nazwania sojuszników „tchórzami”, a samego Sojuszu „papierowym tygrysem”. Mimo wielokrotnych apeli Białego Domu o większe wsparcie militarne w tym konflikcie i skierowanie sił do odblokowania cieśniny Ormuz wiele stolic w Europie wyraźnie dystansowało się od działań Waszyngtonu, a niekiedy wręcz je opóźniało lub blokowało.

Francja odmówiła Izraelowi prawa do korzystania z jej przestrzeni powietrznej podczas transportu amerykańskiego uzbrojenia na Bliski Wschód. Włochy zamknęły dla amerykańskich samolotów wojskowych sycylijską bazę Sigonella, uniemożliwiając im start do dalszych lotów w rejon Zatoki Perskiej. Tamtejszy minister obrony Guido Crosetto starał się co prawda później łagodzić wydźwięk tej decyzji, tłumacząc ją brakiem specjalnych zezwoleń na działania wykraczające poza standardowe umowy. Z kolei Hiszpania całkowicie zablokowała swoje niebo dla amerykańskich maszyn biorących udział w nalotach na Iran, kategorycznie podkreślając, że udostępniane przez nią bazy służą wyłącznie celom obronnym Sojuszu.

W tej napiętej sytuacji Wielka Brytania, utrzymująca tradycyjnie „specjalną relację” ze Stanami Zjednoczonymi, zdecydowała się na znacznie ostrożniejszy kurs. Londyn nie wziął udziału w pierwszej fali uderzeniowej i z góry wykluczył zaangażowanie w działania ofensywne. Równocześnie jednak zezwolił Amerykanom na ograniczone korzystanie z brytyjskich baz. Jak próbował tłumaczyć swoje decyzje premier Keir Starmer, krok ten podyktowany był koniecznością ochrony brytyjskich obywateli i personelu wojskowego przed atakami irańskich rakiet.

Niuanse czy kalkulacja

Najbardziej zniuansowaną i zarazem zagmatwaną pozycję zajął Berlin. Kanclerz Friedrich Merz oświadczył co prawda, że podziela strategiczne cele Waszyngtonu w kwestii powstrzymania irańskiego programu nuklearnego i ukrócenia sponsorowanego przez Teheran terroryzmu, zastrzegł jednak, że Niemcy nie wezmą udziału w samych działaniach zbrojnych, uznając je za zbyt ryzykowne. Prezydent Frank-Walter Steinmeier poszedł o krok dalej, wprost nazywając konflikt z Iranem „katastrofalnym błędem” i pogwałceniem prawa międzynarodowego. Mimo tak ostrej krytyki z pałacu prezydenckiego Niemcy nie zdecydowały się na nałożenie jakichkolwiek ograniczeń na funkcjonowanie amerykańskiej bazy w Ramstein.

Z kolei państwa wschodniej flanki NATO postawiły na chłodną, pragmatyczną kalkulację, przede wszystkim ze względu na bliskość zagrożenia ze strony rosyjskiej machiny wojennej. Premier Donald Tusk jednoznacznie uciął spekulacje, oświadczając, że polscy żołnierze nie pojadą do Iranu. Jak argumentował, konflikt ten nie dotyka bezpośrednio bezpieczeństwa Rzeczypospolitej, którego środek ciężkości znajduje się obecnie w Ukrainie i rejonie Morza Bałtyckiego. Nastroje starał się tonować szef MON Władysław Kosiniak-Kamysz, dyplomatycznie przypominając, że silne NATO wymaga obecności Stanów Zjednoczonych, ale z drugiej strony globalna potęga USA zależy od sprawnej współpracy z europejskimi sojusznikami. W podobnym duchu wypowiedział się prezydent Finlandii Alexander Stubb, sugerując Donaldowi Trumpowi, że na jego oczach rodzi się właśnie nowe, bardziej europejskie oblicze NATO.

Co mówią w tej sprawie traktakty


Aby w pełni pojąć istotę obecnego kryzysu, warto przypomnieć o fundamentalnej zasadzie, która nierzadko gubi się w politycznej retoryce. NATO jest regionalnym sojuszem obronnym, skupionym na obszarze euroatlantyckim, a nie globalną koalicją gotową interweniować w każdym konflikcie zbrojnym z udziałem Stanów Zjednoczonych.

I choć słynny artykuł 5 traktatu waszyngtońskiego głosi, że zbrojna napaść na jednego z członków traktowana jest jak atak na cały blok, to każde z państw ostatecznie samodzielnie decyduje o formie udzielonego wsparcia. Co niezwykle istotne w obecnej sytuacji: pomoc ta wcale nie musi oznaczać bezpośredniego użycia siły militarnej.

Ponadto wszelkie decyzje w łonie NATO zapadają na drodze konsensusu, a nie głosowania większościowego. Sam traktat precyzyjnie wyznacza również swój zasięg terytorialny w artykule 6: ogranicza się on do Europy, Ameryki Północnej i Turcji oraz ściśle określonych akwenów i przestrzeni powietrznej nad północnym Atlantykiem i Morzem Śródziemnym. Z tego punktu widzenia Iran oraz cieśnina Ormuz znajdują się zatem daleko poza traktatowym parasolem ochronnym i misją Sojuszu. Warto przy tym pamiętać, że od początku swojego istnienia Pakt Północnoatlantycki uruchomił artykuł 5 zaledwie raz: w reakcji na ataki terrorystyczne z 11 września 2001 roku.

Do sprawy w typowy dla siebie sposób odniósł się na początku marca szef NATO Mark Rutte. Z jednej strony publicznie pochwalił amerykańsko-izraelskie uderzenia za „osłabienie” irańskich zdolności nuklearnych i balistycznych, oceniając, że dzięki nim świat stał się „bezpieczniejszy”. Z drugiej jednak, opierając się na wspomnianych fundamentach prawnych i historycznych, oświadczył, że Sojusz jako organizacja nie jest stroną w wojnie z Iranem. Kwatera Główna NATO wyraźnie przypominała, że mandat organizacji ma charakter ściśle obronny, a wojna Bliskim Wschodzie jest z perspektywy Brukseli postrzegana jako ofensywna „wojna z wyboru”, którą Waszyngton zainicjował bez uprzednich konsultacji z europejskimi sojusznikami.

Jako struktura nie rozpadnie się z dnia na dzień

Choć napięcia rosną z każdym miesiącem, a z Waszyngtonu płyną kolejne groźby wyjścia z Sojuszu, NATO jako instytucja jest jeszcze daleko od upadku. Formalne wycofanie Stanów Zjednoczonych z Sojuszu byłoby od strony prawnej zadaniem o wiele bardziej skomplikowanym, niż mogłaby sugerować to ostra retoryka Donalda Trumpa. Należy pamiętać, że już w 2023 roku amerykański Kongres, obawiając się powrotu byłego prezydenta do Białego Domu, uchwalił przepisy blokujące możliwość jednostronnego opuszczenia paktu. Obecnie taki krok wymagałby zgody dwóch trzecich Senatu lub przyjęcia specjalnej ustawy. Co więcej, amerykańskie prawo wprost zakazuje przeznaczania jakichkolwiek środków budżetowych na działania związane z samodzielnym wystąpieniem z NATO.

Równie istotny pozostaje fakt, że Pakt Północnoatlantycki to rozbudowany i zawiły system instytucjonalny. W jego skład wchodzą sztaby planowania, połączone dowództwa, ujednolicone standardy operacyjne, rozległa infrastruktura logistyczna, sieci wymiany danych wywiadowczych oraz mechanizmy nieustannych konsultacji między 32 stolicami. I choć działania amerykańskiego przywódcy mogą wyrządzić temu systemowi ogromne szkody, nie jest on w stanie zdemontować go z dnia na dzień za pomocą jednej impulsywnej decyzji.

Problem w tym, że nawet twarde zabezpieczenia prawne nie eliminują kluczowego ryzyka o charakterze politycznym. Ostatecznie to prezydent USA, jako naczelny dowódca sił zbrojnych, ma decydujący głos w kwestii tego, czy w godzinie próby amerykańskie wojsko faktycznie ruszy sojusznikom na pomoc.

Europa bierze na siebie coraz większy ciężar

Pod względem nakładów na modernizację sił zbrojnych Europa znajduje się dziś w zupełnie innym miejscu niż w czasach pierwszej kadencji Donalda Trumpa. Z danych NATO za 2025 rok wynika, że wszystkie państwa członkowskie osiągnęły lub przekroczyły dotychczasowy próg 2 proc. PKB wydatków na obronność. Dla porównania: w 2014 roku wymóg ten spełniały zaledwie trzy stolice. Łączne nakłady europejskich sojuszników oraz Kanady wzrosły w tym czasie z 1,43 proc. do 2,02 proc. w 2024 roku.

Podczas ubiegłorocznego szczytu Sojuszu w Hadze wyznaczono pod naciskiem administracji Donalda Trumpa nowy, znacznie wyższy cel: osiągnięcie pułapu 5 proc. PKB do 2035 roku. Z tej puli 3,5 proc. ma zostać przeznaczone na rozbudowę bezpośrednich zdolności militarnych, a pozostałe 1,5 proc. na inwestycje wzmacniające szeroko pojętą infrastrukturę o zastosowaniu wojskowym oraz bezpieczeństwo wewnętrzne. Jedynym krajem, który się z tego wyłamał, była Hiszpania.

Zasadnicze zmiany zachodzą jednak nie tylko w budżetach. W lutym 2026 roku zapadła kluczowa decyzja dotycząca natowskiej struktury dowodzenia. Europejskim sojusznikom powierzono kierowanie wszystkimi trzema Dowództwami Sił Połączonych (JFC) szczebla operacyjnego, podczas gdy Amerykanie zachowali kontrolę nad głównymi dowództwami komponentów bezpośrednio zaangażowanych w działania wojenne.

Powyższe działania dowodzą, że mimo wewnętrznych oporów europejski filar Sojuszu odrabia lekcję i pragmatycznie adaptuje się do nowych realiów – świata, w którym Waszyngton bywa partnerem nieprzewidywalnym i ostrożnie dozującym swoje zaangażowanie. W efekcie Europa, choć nadal w ogromnym stopniu uzależniona od amerykańskiego parasola ochronnego, bierze na swoje barki znacznie większy niż dotychczas ciężar odpowiedzialności, zarówno w wymiarze operacyjnym, jak i czysto finansowym.

Bez Waszyngtonu jeszcze długo się nie obędzie

Dla rosnącej rzeszy europejskich polityków i decydentów planowanie przyszłości NATO bez udziału Stanów Zjednoczonych przestaje być jedynie czarnym scenariuszem, a staje się jednym ze standardowych założeń roboczych.

Jak ostrzegała jednak niedawno w rozmowie z agencją Reuters Julianne Smith, była ambasador USA przy Sojuszu, Stary Kontynent potrzebowałby niemal dekady, by stworzyć własne odpowiedniki kluczowych amerykańskich zasobów wojskowych. Mowa tu przede wszystkim o flotach podniebnych tankowców, lotnictwie transportowym czy zaawansowanych systemach wywiadu, obserwacji i rozpoznania (ISR).

Z szacunków opublikowanych w 2025 roku przez renomowane ośrodki analityczne, w tym brukselski Instytut Bruegla oraz niemiecki Kiel Institute, wyłania się trudny do przełknięcia obraz. O ile Europa ostatecznie zdołałaby samodzielnie zagwarantować sobie bezpieczeństwo, o tyle koszty takiej strategicznej niezależności okazałyby się astronomiczne. Proces ten wymagałby bowiem powiększenia europejskich sił zbrojnych o blisko 300 tys. żołnierzy oraz pompowania w obronność dodatkowych 250 mld euro każdego roku.

Brutalna rzeczywistość jest bowiem taka, że to Waszyngton wciąż dostarcza większość najbardziej newralgicznych i najtrudniejszych do zastąpienia zdolności militarnych: od wywiadu satelitarnego i logistyki paliwowej w powietrzu, przez transport strategiczny, aż po najnowocześniejsze systemy dowodzenia.

To będzie już inne NATO

Najbardziej realistyczna odpowiedź na stawiane dziś pytania o przyszłość Sojuszu w epoce Trumpa brzmi zatem: czy NATO zdoła przetrwać tę prezydenturę. Przynajmniej jeśli przez „przetrwanie” rozumiemy zachowanie formalnych zapisów traktatowych, struktur dowodzenia i fundamentalnej misji zbiorowej obrony. Zdecydowanie trudniej jednak bronić tezy, że Sojusz wyjdzie z obecnego kryzysu w niezmienionym kształcie.

Architektura bezpieczeństwa, misternie budowana po 1949 roku, opierała się przecież na jednym kluczowym założeniu: Stany Zjednoczone to nie tylko najpotężniejsze militarne ogniwo NATO, ale przede wszystkim jego niezawodny polityczny gwarant. Pakt Północnoatlantycki, który ostatecznie wyłoni się z dzisiejszych zawirowań, będzie tej pewności bezpowrotnie pozbawiony. Pewności, do której przez ostatnie dekady zachodni świat zdążył się tak bardzo i nader wygodnie przyzwyczaić.

Główne wnioski

  1. Napięcia wokół NATO z czasów pierwszej kadencji Trumpa były w dużo większym stopniu teatrem politycznym, skupionym na finansach i negocjacjach. Dziś stawką sporów staje się niekiedy wręcz integralność terytorialna samych członków NATO, jak pokazał styczniowy kryzys wokół Grenlandii.
  2. Choć formalne wycofanie USA z NATO jest prawnie trudne, europejscy sojusznicy coraz bardziej adaptują Sojusz do rzeczywistości, w której Waszyngton przestaje być jego przewidywalnym trzonem: podnoszą nakłady na zbrojenia i przejmują większą odpowiedzialność operacyjną.
  3. Mimo postępujących prób adaptacji Europa jeszcze przez co najmniej dekadę będzie musiała polegać na kluczowych amerykańskich zasobach militarnych, takich jak strategiczny transport, tankowce powietrzne czy zaawansowane systemy wywiadowcze.