Kategoria artykułu: Kultura

Migawki powagi i absurdu. Czyli retrospektywa legendarnego fotografa

Elliott Erwitt patrzył na rzeczywistość tak, jakby była jednocześnie poważna i śmieszna, tragiczna i absurdalna. I nigdy nie była jednoznaczna, o czym można przekonać się na jego retrospektywnej wystawie w warszawskim Domu Spotkań z Historią.

Retrospektywna wystawa Elliotta Erwitta w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Fot. Łukasz Gazur

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Kim był Elliott Erwitt.
  2. Dlaczego jego zdjęcia najbardziej znanych polityków czy gwiazd stały się ikoniczne.
  3. Jakie miasto portretował wbrew jego legendzie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Blisko 130 fotografii, ponad 70 lat pracy. Tyle mówią liczby. I choć robią wrażenie to nie mówią tego, co najważniejsze. Zdjęcia Erwitta wracają dziś jako coś więcej niż retrospektywa. To rodzaj lekcji patrzenia. Wystawa w warszawskim Domu Spotkań z Historią nie tyle opowiada bowiem historię fotografii, ile podważa nasze przyzwyczajenia wobec obrazu.

Członek słynnej agencji Magnum wyrastał z tradycji fotografii humanistycznej. Tam, gdzie inni budowali monumentalne narracje o człowieku i wielkiej historii, on wprowadzał drobne przesunięcia: gest o pół sekundy za późno, spojrzenie uciekające z kadru, sytuację, która nie chce się zamknąć w jednoznacznej interpretacji. Nie chodziło o to, by fotografować „wielkie tematy”, ale o to, by pokazać, że wielkość i banalność są nierozdzielnie powiązane. Że historia – nawet ta najbardziej oficjalna – zawsze ma swoją wersję poboczną, podszytą przypadkiem, ironią, absurdem.

– Dla mnie fotografia jest sztuką obserwacji. Chodzi o znalezienie czegoś interesującego w zwyczajnym miejscu – mówił Elliott Erwitt.

Erwitt nie ufał bowiem patosowi, bo wiedział, że patos wprowadza w błąd, upraszcza, odwraca wzrok od tego, co w danej sytuacji najciekawsze. I to właśnie dlatego swój rozpoznawalny styl oparł na wrażliwości, wyczuciu chwili, spostrzegawczości i specyficznym rodzaju humoru w łapanych często na gorąco zabawnych i dziwnych sytuacjach z życia codziennego. Ale wszystko miało w sobie jakąś radość, optymizm, nawet przymrużenie oka, które miały być antidotum na „klęski codzienności”.

Retrospektywna wystawa Elliotta Erwitta w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Fot. Łukasz Gazur

Psy, czyli portret człowieka

Jego życie mogłoby być scenariuszem do filmu o XX wieku. Urodzony w Paryżu, wychowany między Europą a Stanami Zjednoczonymi, doświadczył migracji, wojny, zmiany systemów politycznych, nerwowych punktów w historii minionego stulecia.  W ciągu kilkudziesięciu lat kariery zawodowej dokumentował historię polityczną i społeczną XX wieku. Jako fotoreporter podróżował m.in. po Europie, USA, Kubie, Nikaragui, Meksyku czy Pakistanie. Parał się też reklamą i filmem.

Gdy w 1953 roku na zaproszenie słynnego Roberta Capy dołączył do niemniej słynnej agencji Magnum, jego fotografie były już publikowane w najważniejszych amerykańskich magazynach. I były szeroko komentowane. Nie był jednym z wielu.

Na zlecenie magazynu „Time” fotograf dwukrotnie odwiedził Polskę (w 1959 i 1964 roku), wykonując zdjęcia mi.in. w Warszawie, Krakowie, Częstochowie i Gdańsku. Szkoda, że właśnie tych fotografii na wystawie jest tak mało, choć zrozumiałym jest, że fotoreporter tej rangi i z takim dorobkiem zostawił po sobie tyle ikonicznych kadrów, że trudno streścić wszystko na ścianach galerii.

Retrospektywna wystawa Elliotta Erwitta w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Fot. Łukasz Gazur

Niemniej warto dodać, że od koniec lat 60. Erwitt przez trzy lata był prezesem Magnum.

Ta biografia naładowana XX wiekiem i obecnością w świecie najbardziej znanych fotografów nie jest jednak tylko tłem. Ona kształtuje jego spojrzenie, nieufne wobec jednego punktu widzenia, otwarte na wieloznaczność. Może dlatego jego fotografie tak często operują napięciem między planami. U niego to, co na pierwszym planie i to, co dzieje się gdzieś obok, to wciąż jedna i ta sama sytuacja.

Ale jednym z najbardziej rozpoznawalnych motywów jego twórczości są… psy. I to właśnie na ich przykładzie najlepiej widać metodę Erwitta. Czworonogi nie są bohaterami zoologicznymi. Są raczej lustrem. Czasem krzywym, czasem złośliwym, ale zawsze trafnym. Fotografując psy, Erwitt tak naprawdę fotografuje ludzi, ich aspiracje, śmieszności, napięcia klasowe, relacje społeczne. Mały jamnik obok nóg eleganckiej kobiety w szpilkach, monumentalny pies patrzący z góry na swojego właściciela, absurdalne zestawienia skali to są mikroopowieści o świecie. Hierarchie są równie umowne co zabawne. I zrobił z nich temat, gdy świat nie mówił o „psieciach” (czyli psach traktowanych niczym dzieci), nie było dyskusji o porozumieniu międzygatunkowym. W tych zdjęciach kryje się coś więcej niż humor. To diagnoza. Delikatna, ale celna. A może nawet jakaś przepowiednia?

Retrospektywna wystawa Elliotta Erwitta w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Fot. Łukasz Gazur

Miłość i wielkie „H”

Drugim wielkim tematem Erwitta jest miłość. Ale nie ta romantyczna, wygładzona, obrazek gotowy do reprodukcji na pocztówkach. Jego zakochani są trochę nieporadni, trochę zagubieni, zawsze zanurzeni w konkretnym miejscu i czasie. Rozumie, że uczucia nie są stanem trwałym, lecz sytuacją. Dlatego jego zdjęcia zakochanych są tak nieoczywiste – zamiast idealizować, pokazują kruchość, chwilę uniesienia, moment radości. Nawet Paryż w jego fotografiach nie jest miastem miłości, choć przecież ma w swoim portfolio wręcz ikoniczne portrety tego miasta. Ale parze zakochanych w deszczu u niego towarzyszy szalony przechodzień, a raczej „przeskoczeń” rodem z deszczowej piosenki.

Stulecie wieży Eiffla, Paryż, Francja, 1989, Fot. Elliott Erwitt, / Magnum Photos. Retrospektywna wystawa Elliotta Erwitta w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Fot. Łukasz Gazur

A potem jest historia. Ta przez wielkie „H”. Erwitt fotografował polityków, przywódców, momenty, które trafiły do podręczników. Ale nie tak megalomańsko, jak się zapisały w pamięci zbiorowej.

Jego słynne zdjęcie ze spotkania duetu Richard Nixon i Nikita Chruszczow podczas tzw. „kitchen debate” jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych obrazów zimnej wojny. Dwóch mężczyzn pochylonych ku sobie, palec wskazujący, napięcie wpisane w ten prosty gest. U Erwitta nawet taki moment nie jest pomnikiem, a zwykłą sytuacją. Można go czytać jako symbol konfliktu ideologicznego, ale można też – i to robi Erwitt – zobaczyć w nim coś absurdalnego.

Podobnie fotografuje gwiazdy. Marilyn Monroe w jego obiektywie nie jest ikoną, lecz człowiekiem w chwili nieuwagi. John F. Kennedy nie jest pomnikiem, lecz postacią w ruchu. Erwitt nie odbiera im znaczenia. Odbiera im pomnikowość i nienaruszalność. To subtelna, ale ważna różnica. Dziś to oczywistość, wtedy był to nowy sposób patrzenia.

Humor u Erwitta nie jest dodatkiem, ale sposobem radzenia sobie z rzeczywistością, która często wymyka się racjonalnemu opisowi. Humor rozśmiesza, by po chwili dać poczucie lekkiego dyskomfortu. To śmiech podszyty refleksją. W tym sensie Erwitt jest bliski tradycji europejskiej ironii, która nie tyle bawi, co demaskuje.

Kadrowanie jako filozofia

Warto zatrzymać się przy samej formie jego zdjęć. Erwitt był mistrzem kadru. Wszystko niby jest przypadkowe, ale nosi znamiona formalnej perfekcji. Jego kadry są często „nieidealne”, coś jest ucięte, coś wchodzi w obraz, coś go zaburza. Ale to nie przypadek. To świadoma decyzja. Kadrowanie u Erwitta jest filozofią: pokazuje, że rzeczywistość zawsze jest fragmentem. Że nie da się jej objąć w całości. Dlatego jego zdjęcia nawet po latach są tak „żywe”. Nie są zamkniętą opowieścią, ale zostawiają przestrzeń dla widza.

Dziś tak opowiada się w codziennych gazetach, ale i np. w luksusowych magazynach o modzie. Nieoczywiste kadry mają wzięcie. Wtedy był to zupełnie nowatorski sposób fotoopowieści. To ważne, bo pozwala zobaczyć Erwitta nie tylko jako klasyka (którym oczywiście jest!), ale jako kogoś wciąż aktualnego. Jego zdjęcia nie starzeją się, bo nie są przywiązane do jednej epoki. Operują mechanizmami, które dziś są uniwersalne przez relację między widzeniem a rozumieniem. Wystawa przypomina, że fotografia – mimo technologicznych zmian – wciąż opiera się na tym samym, czyli na decyzji, kiedy nacisnąć spust migawki.

Retrospektywna wystawa Elliotta Erwitta w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Fot. Łukasz Gazur

W epoce nadmiaru

Dziś, gdy każdy z nas produkuje setki obrazów dziennie, fotografia wydaje się tracić swoją wagę. Zdjęcia są szybkie, powierzchowne, natychmiast zapominane. Fotografie Erwitta są efektem cierpliwości. Uważności. Umiejętności czekania. To może największa lekcja tej wystawy: że fotografia nie polega na robieniu zdjęć. Polega na patrzeniu. U Erwitta wszystko jest negocjacją między powagą a żartem, dokumentem a metaforą, historią a codziennością. I może dlatego jego zdjęcia – choć przecież tak lekkie i jakby od niechcenia – mają w sobie ten ponadczasowy kaliber. Niosą w sobie doświadczenie wieku, który próbował być poważny, a okazał się absurdalny. Erwitt wyczuł to wcześniej. A jednocześnie jego fotografia bazuje na uważności wobec świata. Nie upraszcza, nie narzuca interpretacji, nie wykorzystuje swoich bohaterów. Zostawia ich w stanie niedookreślenia. A to w czasach, które wszystko chcą nazwać i zamknąć, jest gestem niemal radykalnym, i może przez to właśnie tak pociągającym?

Główne wnioski

  1. Elliott Erwitt to legendarny fotograf agencji Magnum, jednej z najważniejszych fotoagencji świata.
  2. W swoim portfolio ma zarówno ma zarówno ikoniczne kadry związane z wielką historią, jak i zdjęcia gwiazd czy portrety Paryża.
  3. Erwitt pokazuje, że nawet najbardziej „historyczne” momenty są zbudowane z drobnych gestów, napięć i przypadków. Odbiera wydarzeniom ich pomnikowość, ale nie odbiera im znaczenia, a raczej przywraca im ludzki wymiar.