Kategoria artykułu: Świat

Cement, wojna, gra wywiadu i wyrok dla prezesa: kulisy afery Lafarge

Były prezes Lafarge został skazany na sześć lat bezwzględnego więzienia z natychmiastowym wykonaniem kary. Proces ujawnił kulisy działalności cementowego koncernu w ogarniętej wojną Syrii, jego kontakty z pośrednikami powiązanymi ze światem terrorystów oraz wątki związane z francuskim wywiadem zewnętrznym.

Argument Bruno Lafonta, że „wszyscy wiedzieli, tylko nie on”, został wyśmiany w sądzie jako próba ucieczki od odpowiedzialności. Fot. Mustafa Yalcin/Anadolu via Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego sąd skazał byłego prezesa giganta cementowego Lafarge.
  2. Jaką linię przyjęła w procesie Lafarge obrona. 
  3. Czy wywiad Francji miał swój udział w sprawie. 
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Sala 16 Sądu Karnego w Paryżu była wypełniona po brzegi. Cisza zapadła dopiero wtedy, gdy przewodnicząca składu sędziowskiego, Isabelle Prévost-Desprez, wypowiedziała zdanie, które przejdzie do historii francuskiego wymiaru sprawiedliwości: „proszę policję o zatrzymanie panów Lafont i Herrault”.

Na ławie oskarżonych siedział człowiek, który jeszcze dekadę wcześniej był symbolem globalnego sukcesu przemysłowego – 69-letni Bruno Lafont, były prezes cementowego giganta Lafarge. Obok niego – jego prawa ręka, Christian Herrault. Kilka chwil później obaj zostali wyprowadzeni z sali w kajdankach.

Fabryka na pustyni

Północna Syria, okolice Dżalabiji. Betonowy kolos wyrasta pośrodku spalonej słońcem ziemi. Fabryka cementu – inwestycja warta setki milionów dolarów – miała być symbolem ekspansji Lafarge na Bliskim Wschodzie.

Gdy w 2011 r. wybucha wojna domowa, większość zagranicznych koncernów pakuje walizki. Ale nie Lafarge. Decyzja zapada wysoko, w paryskich gabinetach. Fabryka ma działać. Za wszelką cenę.

System, który miał nie zostawiać śladów

Z czasem wokół zakładu zaczynają pojawiać się uzbrojone grupy. Najpierw lokalne milicje, później coraz bardziej radykalne formacje islamistyczne. W końcu – państwo islamskie.

Wtedy rodzi się mechanizm, który sąd nazwie później „systemem celowo nieprzejrzystym”. Pieniądze nie płyną wprost. Przechodzą przez ręce pośredników. Najważniejszy z nich to Firas Tlass – człowiek z wpływowej syryjskiej rodziny, łącznik między światem korporacji a światem wojny. Listy płatności trafiają do menedżerów. Jak zeznał jeden z nich, były to zestawienia „do zatwierdzenia globalnego” – bez wnikania, kto dokładnie otrzyma pieniądze.

Płatności przybierają różne formy, jak podaje portal śledczy Mediapart:

  • „opłaty bezpieczeństwa” za przejazd ciężarówek,
  • „podatki” narzucane przez dżihadystów,
  • zakupy surowców od podmiotów kontrolowanych przez bojowników,
  • gotówka przekazywana w kopertach.

W jednym z kluczowych momentów pojawia się dokument, który dziś działa na wyobraźnię śledczych: raport bezpieczeństwa przekazany osobiście, w zamkniętej kopercie, „aby nie zostawiać śladów ze względu na ryzyko karne”.

Wszyscy wiedzieli?

Na sali sądowej anonimowy funkcjonariusz wywiadu zewnętrznego Francji, DGSI złożył zeznania obciążające zarząd Lafarge, choć nie ujawniono jego tożsamości. Jego głos zniekształcono, a twarz ukryto. Opisał procedery, które, zdaniem sądu, nie pozostawia złudzeń.

Już w 2012 r. – tłumaczył funkcjonariusz – organizacje takie jak państwo islamskie czy Front al-Nusra były znane z brutalności: egzekucji, krzyżowań, nagrań propagandowych. W 2014 r. ogłoszenie kalifatu tylko przypieczętowało ich status. „Nie można było nie wiedzieć, co się dzieje dookoła” – powtarzał agent.

Linia obrony: między chaosem a państwem

Oskarżeni przedstawiają zupełnie inną historię. Mówią o chaosie wojny. O zmieniających się sojuszach. O niemożności rozróżnienia, kto jest kim. Twierdzą, że byli ofiarami „racketu” – wymuszeń, którym nie mogli się przeciwstawić bez narażenia pracowników. I wreszcie – najdalej idący argument: działali w interesie Francji.

Według tej wersji fabryka Lafarge była czymś więcej niż zakładem przemysłowym. Miała być punktem obserwacyjnym, źródłem informacji dla służb, np. DGSE. Pojawiają się sugestie o kontaktach, o przekazywaniu danych, o „nieformalnym wsparciu” dla państwa.

Sąd nie daje temu wiary. „Nie pozostaliście w Syrii dla Francji” – uciął sędzia.

Sąd: to upadek Lafarge

W uzasadnieniu wyroku sędzia Isabelle Prévost-Desprez rysuje bezlitosny portret kierownictwa firmy. Jej zdaniem Bruno Lafont nie jest – jak sam twierdził – oderwanym od szczegółów strategiem. Jest „architektem systemu na szczycie hierarchii”.

Jego argument, że „wszyscy wiedzieli, tylko nie on”, został wyśmiany w sądzie jako próba ucieczki od odpowiedzialności.

Z kolei Christian Herrault zostaje nazwany wprost: „pomysłodawcą i decydentem finansowania terroryzmu”. To on miał zatwierdzać kluczowe decyzje – w tym porozumienia z państwem islamskim.

Na niższych szczeblach pojawiają się kolejne postaci: Bruno Pescheux – zarządzający zakładem, Frédéric Jolibois – jego następca, pośrednicy i specjaliści od bezpieczeństwa, którzy znikają z sali sądowej, sądzeni zaocznie. Każdy z nich jest trybem w maszynie, która – jak uznał sąd – napędzała „ekonomię terroru”.

Pieniądze i konsekwencje

Kwoty robią wrażenie: 5,6 mln euro, tyle zarząd firmy przekazał terrorystom. Ale jeszcze większe wrażenie robi ich przeznaczenie. „To wsparcie pozwoliło tym organizacjom funkcjonować, przeprowadzać zamachy, szerzyć ideologię” – podkreślał sąd.

Na sali obecne były ofiary terroru. Jedna z nich, ocalała z zamachu na klub muzyczny Bataclan w Paryżu w 2015 r., wypowiedziała zdanie, które zmroziło wszystkich: „To wtedy decyzje ekonomiczne zamieniają się w kule trafiające w ciała”.

Polowanie na czarownice?

Po wyroku pojawiają się głosy oburzenia. Adwokaci mówią o „kozłach ofiarnych globalizacji”. O ludziach, którzy znaleźli się w sytuacji bez wyjścia. Padają pytania. Czy można prowadzić biznes w strefie wojny bez kontaktu z uzbrojonymi grupami? Czy granica między przetrwaniem a współpracą nie jest czasem płynna? Czy sąd nie ocenił przeszłości przez pryzmat późniejszej wiedzy?

Po ogłoszeniu wyroku głos zabrały obrończynie skazanych, w tym Jacqueline Laffont oraz Solange Doumic, która później oskarżą Francję i wywiad na łamach dziennika „Le Figaro”. Ich wystąpienia to próba osadzenia decyzji menedżerów Lafarge w realiach chaosu wojny, a nie w chłodnej logice kodeksu karnego.

Adwokatki podkreślały, że ich klienci nigdy nie identyfikowali się z żadną organizacją terrorystyczną, nie mieli zamiaru jej wspierać ani czerpać z tego osobistych korzyści. W ich ujęciu była to historia ludzi uwikłanych w sytuację bez dobrego wyjścia – zmuszonych do podejmowania decyzji w warunkach niepewności, presji i sprzecznych sygnałów płynących z otoczenia geopolitycznego.

Według obrony płatności były efektem przymusu i wymuszeń, a nie dobrowolnej współpracy, sytuacja na miejscu była nieczytelna nawet dla ekspertów, a identyfikacja poszczególnych grup – często niemożliwa. Decyzje podejmowano w przekonaniu, że utrzymanie działalności chroni miejsca pracy lokalnych pracowników, zaś kontakty z przedstawicielami państwa i służb tworzyły wrażenie, że obecność Lafarge w Syrii jest co najmniej tolerowana, jeśli nie pożądana.

W najmocniejszym fragmencie swojej argumentacji Solange Doumic mówiła o „procesie, w którym wyrok został napisany wcześniej przez emocje epoki”, a oskarżeni stali się „symbolami do ukarania”. W jej ocenie sąd dokonał retrospektywnej oceny decyzji, nie uwzględniając chaosu informacyjnego lat 2012-2014.

Z kolei Jacqueline Laffont zwracała uwagę na brak proporcjonalności kary: natychmiastowe osadzenie w więzieniu osób bez przeszłości kryminalnej, które stawiały się na każde wezwanie, określiła jako „środek o charakterze demonstracyjnym”. Jej zdaniem wyrok wysyła niepokojący sygnał do całego świata biznesu: „jeśli działacie w strefach ryzyka, możecie zostać pociągnięci do odpowiedzialności karnej niezależnie od intencji”.

Wyrok jako punkt graniczny

Mimo tej ostrej krytyki sąd pozostał niewzruszony. W uzasadnieniu Isabelle Prévost-Desprez podkreśliła, że prawo jest w tej kwestii jednoznaczne: do przypisania winy nie jest konieczna identyfikacja ideologiczna z terroryzmem, lecz świadomość charakteru podmiotów, którym przekazuje się środki.

To właśnie ta świadomość – zdaniem sądu – została w toku procesu wykazana „w sposób solidny i przytłaczający”.

Wyrok, obejmujący wieloletnie kary więzienia, wysokie grzywny i konfiskaty majątku, ma zatem wymiar nie tylko represyjny, ale i symboliczny. Wyznacza granicę, której – jak pokazała sprawa Lafarge – nie można przekroczyć, nawet w warunkach wojny.

Spór między sądem a obroną pozostaje jednak otwarty i przeniesie się do sądu apelacyjnego. Tam rozstrzygnie się nie tylko los skazanych, ale również to, jak daleko sięga odpowiedzialność korporacji w świecie, gdzie biznes coraz częściej styka się z konfliktami zbrojnymi.

Cień służb: między rzeczywistością a domysłem

Jednym z najbardziej elektryzujących wątków procesu była kwestia rzekomej roli francuskich służb specjalnych, w szczególności DGSE. Obrona sugerowała, że obecność Lafarge w Syrii nie była wyłącznie decyzją biznesową, lecz wpisywała się – choćby nieformalnie – w szerszy kontekst interesów państwa. Fabryka w Dżalabiji, położona na styku stref wpływów różnych ugrupowań, mogła stanowić cenne źródło informacji o ruchach bojowników, szlakach logistycznych czy lokalnych układach sił. W tym sensie pojawiały się sugestie, że przedsiębiorstwo funkcjonowało jako swoisty „czujnik terenowy”, z którego dane mogły trafiać do struktur takich jak DGSI czy właśnie DGSE.

Sąd jednak nie uznał argumentu współpracy – formalnej lub na polecenie ze strony państwa francuskiego. Kontakty, o ile miały miejsce, miały charakter incydentalny i osobisty – jak w przypadku byłego dyrektora ds. bezpieczeństwa, który przyznał, że przekazywał pewne informacje „z własnej inicjatywy”, a nie w imieniu firmy. Tym samym narracja o „misji wywiadowczej” została uznana za konstrukcję obrony.

Sama DGSE to instytucja o długiej i niejednoznacznej historii. Odpowiada za działania wywiadowcze poza granicami Francji – od klasycznego pozyskiwania informacji po operacje specjalne. W przeszłości bywała łączona z operacjami kontrowersyjnymi, które na trwałe wpisały się w debatę o granicach działania państwa. 

Najczęściej przywoływanym przykładem jest zatopienie statku Rainbow Warrior – sabotaż jednostki organizacji Greenpeace w Nowej Zelandii w 1985 r., który zakończył się śmiercią jednego z członków załogi i międzynarodowym skandalem. Francuscy agenci zostali skazani, a premier Francji przeprosił Nową Zelandię za tę akcję.

Takie epizody budują obraz służby zdolnej do działań „poza protokołem”, co sprzyja powstawaniu spekulacji w sprawach takich jak Lafarge. Jednak w tym konkretnym procesie sąd był jednoznaczny: nawet jeśli wywiad operuje w szarej strefie, nie oznacza to, że przedsiębiorstwo może powoływać się na jego domniemane działania jako usprawiedliwienie własnych decyzji.

Lekcja, której nie można zignorować

Sprawa Lafarge to nie tylko historia jednego koncernu. To ostrzeżenie. W świecie globalnego biznesu lokalne realia przestają być usprawiedliwieniem. Każdy kontrahent, każdy pośrednik, każdy przelew mogą mieć konsekwencje – prawne, polityczne i moralne. Bo jak pokazuje ta sprawa, między cementem a krwią czasem biegnie bardzo cienka granica.

Warto wiedzieć

Lafarge – globalny gigant cementu z długą historią

Lafarge to jedna z najstarszych i najbardziej rozpoznawalnych firm w światowym przemyśle materiałów budowlanych. Jej korzenie sięgają 1833 r., kiedy to w południowej Francji rozpoczęto produkcję wapna wykorzystywanego m.in. przy budowie Kanału Sueskiego. Z czasem przedsiębiorstwo przekształciło się w globalnego lidera cementu, betonu i kruszyw, obecnego w dziesiątkach krajów na wszystkich kontynentach.

Na początku XXI w. Lafarge był symbolem francuskiego kapitalizmu przemysłowego i częścią indeksu CAC 40. Firma realizowała wielkie projekty infrastrukturalne – od autostrad po megamiasta – inwestowała agresywnie na rynkach wschodzących, w tym na Bliskim Wschodzie i w Afryce.

Kluczowym momentem w historii koncernu była fuzja ze szwajcarskim Holcim w 2015 r., kiedy powstała grupa LafargeHolcim (obecnie działająca pod marką Holcim). Transakcja ta była jedną z największych konsolidacji w branży budowlanej i miała wzmocnić globalną pozycję firmy.

Paradoksalnie to właśnie strategia ekspansji na rynki wysokiego ryzyka – wcześniej uznawana za dowód odwagi i wizji – stała się źródłem największego kryzysu w historii firmy. Sprawa działalności w Syrii ujawniła napięcie między logiką globalnego biznesu a odpowiedzialnością prawną i etyczną, z którym mierzą się dziś wszystkie międzynarodowe korporacje.

XYZ

Główne wnioski

  1. W uzasadnieniu wyroku sąd skazał byłego prezesa Lafarge Bruno Lafont na sześć lat więzienia, a jego współpracowników na nieco niższe kary za finansowanie terroryzmu w Syrii.  Wyrok, obejmujący też wysokie grzywny i konfiskaty majątku, ma zatem wymiar nie tylko represyjny, ale i symboliczny. Wyznacza granicę, której nie można przekroczyć, nawet w warunkach wojny.
  2. Obrona podkreślała, że ich klienci nigdy nie identyfikowali się z żadną organizacją terrorystyczną, nie mieli zamiaru jej wspierać ani czerpać z tego osobistych korzyści. W ich ujęciu była to historia ludzi uwikłanych w sytuację bez dobrego wyjścia – zmuszonych do podejmowania decyzji w warunkach niepewności, presji i sprzecznych sygnałów płynących z otoczenia geopolitycznego. Według obrony płatności były efektem przymusu i wymuszeń, a nie dobrowolnej współpracy, sytuacja na miejscu była nieczytelna nawet dla ekspertów.
  3. Obecność Lafarge w Syrii nie była wyłącznie decyzją biznesową, lecz wpisywała się w szerszy kontekst interesów państwa. Fabryka w Dżalabiji, położona na styku stref wpływów różnych ugrupowań, mogła stanowić cenne źródło informacji o ruchach bojowników, szlakach logistycznych czy lokalnych układach sił. W tym sensie pojawiały się sugestie, że przedsiębiorstwo funkcjonowało jako swoisty „czujnik terenowy”, z którego dane mogły trafiać do struktur wywiadu DGSE.