Jak Sowieci gasili płonący na Ukrainie gaz za pomocą bomby atomowej
W latach 70. zeszłego wieku w samym środku Ukrainy, wśród pól i wsi, rozegrał się jeden z najbardziej osobliwych eksperymentów w historii ludzkości. Sowieccy specjaliści próbowali ugasić pożar gazu ziemnego za pomocą wybuchu jądrowego. Skutki okazały się katastrofalne.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak w Związku Sowieckim doszło do jednego z najbardziej niezwykłych eksperymentów z użyciem ładunku jądrowego.
- Dlaczego operacja „Pochodnia” zakończyła się całkowitym fiaskiem.
- Jakie były konsekwencje detonacji ładunku jądrowego na gęsto zaludnionym terenie Ukrainy.
Powodem ataku Izraela i USA na Iran miały być obawy o to, że Teheran finalizuje prace nad bronią atomową. Sama wizja pojawienia się takiego zagrożenia wystarczyła, by uzasadniać zmasowane działania militarne. Broń jądrowa, będąca symbolem apokaliptycznej destrukcji, silnie oddziałuje na wyobraźnię. Państwa posiadające takie arsenały wykorzystują ją jako straszak. Nie inaczej było na początku rosyjskiej inwazji na Ukrainę w 2022 r., gdy przedstawiciele Kremla sugerowali możliwość użycia broni jądrowej.
Ale ile razy ludzkość detonowała dotychczas tego typu ładunki? Przeciętny Polak, odpowiadając na to pytanie, zapewne znacznie zaniżyłby tę liczbę. W zbiorowej pamięci funkcjonują przede wszystkim Hiroszima i Nagasaki – dwa tragiczne epizody z końca II wojny światowej. Niektórzy przypomnieliby sobie jeszcze testy jądrowe na atolu Bikini czy inne próby z czasów zimnej wojny. W rzeczywistości przeprowadzono jednak dotychczas… ponad dwa tysiące eksplozji jądrowych! Ostatnia odbyła się zaledwie kilka lat temu – chodzi o test północnokoreańskiego ładunku w 2017 r.
Stumetrowy słup ognia
Jednak jak łatwo się domyślić, najwięcej prób przeprowadziły Stany Zjednoczone i Związek Radziecki. W sowieckiej propagandzie nazywano je zresztą „pokojowymi eksplozjami jądrowymi”. Jedna z najbardziej kuriozalnych, a jednocześnie tragicznych w skutkach, miała miejsce prawie 54 lata temu na terenie Ukrainy.
W 1970 r. między Charkowem a Połtawą odkryto ogromne złoże gazu ziemnego. Jego wielkość szacuje się na 300 mld m sześc. To nawet trzy razy więcej, niż mamy go w Polsce.
Szybko więc przeprowadzono odwierty – do 1971 r. było ich tam już 17 – i zaczęto eksploatować podziemne zasoby. Przy wierceniu kolejnego w odległości kilkuset metrów od wsi Pierszotrawniewie doszło do wypadku. Zanim wiertło dotarło na planowaną głębokość, gaz zaczął się ulatniać i wystrzelił na powierzchnię. Ciśnienie kondensatu sięgało 400 atmosfer. Jego słup zniósł i kompletnie zniszczył platformę wiertniczą, a dwóch inżynierów, którzy znajdowali się na niej, wyrzucił na wysokość ponad 30 m. Obaj zginęli.
W obawie o to, że dojdzie do potężnego wybuchu, ekipa postanowiła zapalić gazową fontannę. Płomień miał kilkadziesiąt, a według niektórych relacji nawet ponad 100 metrów wysokości – informowała ukraińska telewizja Kanał 24.
Kury przestały się nieść
„Naszą wioskę nawiedziły białe noce” – wspominali później mieszkańcy Pierszotrawniewia. Zwierzęta domowe straciły swój naturalny rytm dobowy. I – jak dziwnie by to nie brzmiało – kury znosiły mniej jaj, a krowy dawały mniej mleka niż wcześniej.
Inżynierowie kilkukrotnie próbowali ugasić płomień stosowaną wtedy metodą – zrzucając na odwiert wielotonowe betonowe płyty. Nic to jednak nie dało. Wszystkie te bloki rozpadały się na drobne kawałki rozrzucane na setki metrów.
Wreszcie ktoś sobie przypomniał, że kilka lat wcześniej w podobnym przypadku do ugaszenia ognia użyto… ładunku atomowego. Było to w 1963 r. Jądrowy wybuch pozwolił ugasić zlokalizowane na pustyni, setki kilometrów od siedzib ludzkich, uzbeckie złoże Urta-Bułak. Chociaż na Ukrainie chodziło o gęsto zaludniony teren (poza wioskami w pobliżu odwiertu znajdowało się liczące ponad 50 tys. mieszkańców miasto Krasnograd), postanowiono zastosować tę samą metodę.
Operację, której nadano kryptonim „Pochodnia” (ros. „Факел”), osobiście zatwierdzili sekretarz generalny partii komunistycznej ZSRR Leonid Breżniew oraz premier Aleksiej Kosygin. Zadanie powierzono władzom centralnym: Ministerstwu Średniego Przemysłu Maszynowego, MSW oraz – oczywiście – KGB. Ukraińcy zostali nie tylko odsunięci, ale nie byli nawet informowani o istocie projektu. Mimo to wszyscy obecni musieli podpisać zobowiązanie do zachowania tajemnicy przez kolejne 15 lat.
Prawie cztery kilotony trotylu
Ładunek o mocy prawie 4 kiloton trotylu (około jednej czwartej Little Boya, bomby zrzuconej na Hiroszimę) miał być zdetonowany głęboko pod ziemią, w sąsiedztwie złoża. Zakładano, że stopione w wyniku eksplozji skały zaleją odwiert i w efekcie ugaszą pożar. Prowadzone w najgłębszej tajemnicy przygotowania do operacji trwały cztery miesiące. W połowie 1972 r. wszystko było wreszcie gotowe.
W niedzielę 9 lipca rano zamknięto wszystkie lokalne sieci energetyczne i wodociągi. Na godzinę przed planowaną akcją ewakuowano też mieszkańców Pierszotrawniewia oraz znajdującej się około dwóch kilometrów od płonącego odwiertu większej wsi Kriestiszcze. Jednak ruchu na znajdującej się kilka kilometrów dalej szosie łączącej Moskwę z Symferopolem na Krymie nie wstrzymano.
Członkom ekipy, która miała przeprowadzić eksplozję, wydano kombinezony, które miały ich chronić przed promieniowaniem i kazano… stanąć na palcach. Taka pozycja miała zapobiec złamaniu kręgosłupa, do którego mógł doprowadzić wstrząs ziemi. Wokół epicentrum przyszłej eksplozji utworzono pierścień o promieniu 400 metrów. Tę specjalną strefę przykryto 20-centymetrową warstwą piasku.
Wielki wybuch i wielka cisza
Wybuch nastąpił punktualnie o godzinie 10:00. Towarzyszył mu wielki wstrząs, aż ludziom wokół ugięły się kolana. Z krateru na wysokość ponad kilometra wystrzelił słup ognia, a chwilę później w niebo wzbił się szarobrązowy grzyb atomowy. Potem zapadła nienaturalna cisza, a wszyscy obecni byli tak przekonani o sukcesie, że zaczęli bić brawo.
Ówcześni sowieccy specjaliści szacowali szanse powodzenia operacji „Pochodnia” na 99 proc. Stało się jednak to, co było znacznie mniej prawdopodobne. Kilkadziesiąt sekund po wybuchu ładunku atomowego ziemia ponownie zadrżała i z krateru wokół odwiertu wystrzelił kilometrowy strumień gazu zmieszanego ze skałami. Ta eksplozja okazała się potężniejsza niż wybuch atomowy. W wielu domach w Pierszotrawniewie powypadały szyby, zawaliły się piece i kominy, a ściany popękały.
– To normalne zjawisko. Skutek fali uderzeniowej, choć eksplozja wydarzyła się głęboko pod ziemią. Specjaliści to wszystko przewidzieli – mówił Leonid Czernohor, fizyk z Charkowskiego Uniwersytetu Narodowego.
Był świadkiem tych wydarzeń, bo jego rodzinny dom znajdował się zaledwie 12 km od feralnego odwiertu. Na to, by opowiedzieć dziennikarzom o operacji „Pochodnia”, zdecydował się dopiero 30 lat po niej.
Miliony martwych pszczół
Planowany wybuch wykorzystano również w celach eksperymentalnych. Wokół jego epicentrum wyznaczono trzy strefy o promieniu odpowiednio trzech, pięciu i ośmiu kilometrów. W pierwszej umieszczono kury, w drugiej – kozy, a w trzeciej – ule z pszczołami. Żadne zwierzę nie przeżyło. Szczególnie przykry był widok leżących na ziemi milionów owadów.
Pomysłodawcy całej akcji zakładali, że promieniowanie radioaktywne nie wydostanie się na powierzchnię ziemi. Dlatego już pięć godzin po eksplozji wszyscy mieszkańcy wrócili do swych domów (lub tego, co z nich zostało) i spokojnie jedli obiad. Pili wodę z przydomowych studni i jedli warzywa z ogródków. O tym, co faktycznie zaszło, dowiedzieli się wiele, wiele lat później, dopiero po upadku Związku Sowieckiego.
Na skutki nie trzeba było długo czekać. Część okolicznych mieszkańców niemal natychmiast zaczęła się skarżyć na silne bóle głowy, nóg i pleców. O powodach bali się mówić nawet lekarzom i członkom rodziny – operacja objęta była przecież klauzulą „ściśle tajne”. Jak wyliczyła Natalia Taran, która była lokalną ratowniczką medyczną, w ciągu kilkunastu lat po wybuchu na raka zmarła jedna czwarta z prawie 500 mieszkańców Pierszotrawniewia. W oficjalnych przekazach powodem chorób była katastrofa w Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej, do której doszło w kwietniu 1986 r.
Zdaniem Leonida Czernohora ślad radioaktywności rozciągał się aż po obwody czernihowski i kijowski.
– Partyjni sekretarze w Kijowie dowiedzieli się o tym i żywność dla swoich rodzin sprowadzali aż spod Moskwy – powiedział naukowiec.
Ostatecznie pożar udało się ugasić innymi metodami i to dopiero w lipcu 1973 r., czyli prawie rok po fiasku operacji „Pochodnia”.
Główne wnioski
- Energia jądrowa w Związku Sowieckim. Propaganda głosiła, że energia atomowa w tym państwie wykorzystywana jest przede wszystkim do celów cywilnych. Prawda była jednak zupełnie inna. W latach 60. i 70. XX wieku ładunki jądrowe wykorzystywano tam czasami w bardzo nietypowy sposób.
- Operacja „Pochodnia” w centrum Ukrainy. Gdy w 1971 r. zapłonęły wielkie złoża gazu ziemnego w obwodzie charkowskim, zwykłe metody walki z żywiołem okazały się nieskuteczne. W Moskwie, na najwyższym szczeblu, zapadła więc decyzja, by pożar ugasić przy pomocy 4-kilotonowego ładunku jądrowego.
- Długofalowe skutki atomowej eksplozji. Inżynierowie zakładali, że podziemny wybuch nie spowoduje skażenia radioaktywnego na powierzchni. Tak się jednak nie stało. Wymierały zwierzęta gospodarskie, a liczni mieszkańcy okolicznych wsi zapadali na nowotwory.