Masłowska znalazła nowe zajęcie, czyli wystawa w Bunkrze Sztuki
Mówienie, że pisarka poszła w świat sztuki jest tyleż prawdą, ile clickbaitowym nadużyciem. Bo oczywiście została kuratorką nowej wystawy w krakowskim Bunkrze Sztuki, ale z gratulacjami na nową drogę życia trzeba się wstrzymać. Na razie to bardziej eksperyment (udany!) niż nowy zawód.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego znana pisarka została kuratorką wystawy.
- Z jakiej rodziny pochodzi Si On.
- Dlaczego na wystawie zrekonstruowano pokój.
„Wyraźnie pamiętam pierwsze swoje zetknięcie z pracami Si On (wtedy jeszcze Hyon Gyon) wiele lat temu i uczucie, które to we mnie wywołało. Zapierająca dech w piersiach profuzja kolorów, elementów, technik, struktur, faktur i ten ogrom, liczebnościowy, jak i objętościowy – oczywiście w odbiorze online kompletnie niedoszacowany – oszołomiły mnie” – pisze Dorota Masłowska w tekście towarzyszącym wystawie artystki Si On w Bunkrze Sztuki. I w gruncie rzeczy dobrze oddaje to, z czym mamy tu do czynienia.
Dorota Masłowska zasłynęła m.in. „Wojną polsko-ruską pod flagą biało-czerwoną” i „Pawiem królowej”. Teraz została kuratorką wystawy w krakowskim Bunkrze Sztuki. Już w tytule – „Czarodziejska kobieta i inne opowieści” – czuć jej wpływ.
Prace Si On, artystki o koreańskich korzeniach, ale już zadomowionej w Polsce (to żona znanego i cenionego artysty średniego pokolenia Jakuba Juliana Ziółkowskiego) robią bowiem wrażenie formatem i natłokiem form. Pierwsze bowiem, co uderza widza, to wielowarstwowość. Nie jako formalny chwyt, lecz jako metoda myślenia o obrazie i – szerzej – o tożsamości. Jest tu wiele składowych, które wzajemnie na siebie nachodzą. Rysunki, farby, kukiełki, metalowe, rytowane blaszki. Do tego włosy z gwoździ i fragmenty kamieni czy ceramiki albo talerzy. Si On maluje tak, jakby każda powierzchnia była tylko przystankiem w procesie twórczym. Pod warstwami farby pulsuje „drugie życie”, niemal archeologiczna odkrywka. W oczodołach postaci znajdujemy jakiś fragment kompozycji, krater, może rana? Z daleka niby wszystko się zgadza, ale z bliska wygląda niepokojąco.

Si On pracuje na styku kultur nie tylko tematycznie (łącząc doświadczenia koreańskie z europejskim kontekstem), ale i formalnie: między gestem malarskim a materią, między obrazem a obiektem. I w tym sensie to malarstwo nie ufa jednowymiarowości. W pewnym momencie farba przestaje wystarczać i Si On świadomie przekracza jej granice. Robi to w duchu zjawiska cenionego niezwykle w historii sztuki polskiej – czyli tzw. malarstwa materii – do obrazów „dokleja” przedmioty: fragmenty codzienności, które tracą swoją funkcję, a zyskują nowy, niemal symboliczny ciężar.
W domowym zaciszu
Jeszcze dalej idą aranżacje przestrzeni krakowskiej galerii miejskiej. Zwykłe, niemal banalne wnętrza – pokój z telewizorem, kanapa, fotel, wzorzysta tapeta – stają się częścią wystawy. Na ekranie oglądamy filmy Si On, które rozszerzają jej malarski język. To ważny gest: przeniesienie sztuki w przestrzeń życia codziennego. Jakby artystka mówiła, że to właśnie tam – w pozornie neutralnych wnętrzach – rozgrywają się najważniejsze historie. I w gruncie rzeczy m.in. z nich właśnie czerpie. Bo przecież centralnym punktem tej opowieści jest kobieta. Portrety – jeśli w ogóle można użyć tego słowa – nie są realistyczne ani psychologiczne w klasycznym sensie. To raczej kondensacje stanów: napięć, doświadczeń, pamięci. Twarze ulegają deformacjom, rozwarstwiają się, jakby nie mogły pomieścić wszystkich znaczeń naraz. Mają w sobie coś z tej tytułowej „czarodziejskości”. I nie bardzo może to dziwić, skoro Si On pochodzi z rodziny szamanów.

Si On nie portretuje jednostek – portretuje proces stawania się. W wielu pracach pojawia się niepokój – subtelny, nieoczywisty. Jakby pod powierzchnią obrazów coś nieustannie się przemieszczało, nie dawało się ustabilizować. Nawet farba jest tu kładziona nerwowo, wieloma ruchami, co nadaje tym pracom dziwnej, niepokojącej dynamiki. Ale mają też dzięki tym wszystkim zabiegom jakąś mięsistość i cielesność.
Jednym z najciekawszych momentów jest nagłe pojawienie się w ciągu obrazów – niemal niezauważalnie – kolejnego elementu tej układanki. Lustra. Rozwieszone w przestrzeni wystawy co jakiś czas „łapią” widza w kadr, ale nie oddają go wiernie. Zniekształcają obraz, rozciągają, skręcają, fragmentaryzują. To nie jest niewinny efekt optyczny, lecz kolejna warstwa tej opowieści. Nagle to my stajemy się „nadpisani”, przetworzeni, rozchwiani. I choć widzimy siebie w krzywym zwierciadle, trudno oprzeć się wrażeniu, że właśnie tam kryje się jakaś niewygodna prawda. Może nawet bardziej prawdziwa niż gładkie, codzienne odbicie. Dokładnie tak jak to się dzieje na tych pozornie „powykrzywianych” portretach Si On. To subtelne, ale bardzo konsekwentne przypomnienie: rzeczywistość nie jest jednowarstwowa. A jej obraz – podobnie jak obrazy Si On – zawsze podlega przekształceniom.

Kuratorka kobiecości
Istotnym elementem tej wystawy jest już wspomniany kontekst. W nowej roli debiutuje tu Dorota Masłowska – znana przede wszystkim jako pisarka, która tym razem wchodzi w obszar sztuk wizualnych. Podobno to mąż artystki zwrócił się do niej z propozycją.
Z jej wypowiedzi wynika, że fascynuje ją w twórczości Si On właśnie ta niejednoznaczność: zdolność do opowiadania o doświadczeniu kobiecym bez popadania w oczywistości. Masłowska podkreśla także wymiar międzykulturowy – spotkanie Wschodu i Zachodu nie jako egzotyczny kontrast, lecz jako realne pole napięć i inspiracji. W jej ujęciu sztuka Si On to opowieść o tworzeniu świata na nowo, o kobiecej sprawczości, która nie polega na dominacji, lecz na zdolności przekształcania rzeczywistości. Ale to także ciekawy trend. Dziś do świata sztuk wizualnych i teatru bardzo często „wkradają się” postaci z nimi niekojarzone. Pisarki Maja Wolny czy Karolina Sulej, reżyser Jan Komasa… Ba, reżyser Wes Anderson był już kuratorem w Wiedniu, a niedawno reżyser filmowy Paweł Domalewski debiutował w teatrze. Kilka lat temu swój późny debiut w operze zaliczył aktor i reżyser filmowy Jerzy Stuhr udowadniając, że na nowości w życiu nigdy nie jest za późno. Takie przekroczenia w dzisiejszym świecie to już standard, dzięki któremu zyskujemy wartość dodaną – świeżość spojrzenia, daleką od oczywistych skojarzeń.
To, co zostaje po wyjściu z tej wystawy, to nie konkretne obrazy, lecz raczej sposób patrzenia. Si On proponuje widzowi doświadczenie, które wymaga czasu i uważności. Nic tu nie jest dane od razu. Trzeba „przekopać” się przez warstwy – dosłownie i metaforycznie. I wtedy można zdać sobie sprawę, że w tym, co powykrzywiane, niepokojące i nie do końca uchwytne, kryje się jedna z najuczciwszych prawd o rzeczywistości.
Główne wnioski
- Si On to artystka, która tworzy na styku kultur. Ma koreańskie korzenie, ale od wielu lat mieszka w Polsce. Jej rodzina zajmowała się szamaństwem, do czego sama się przyznaje. I z tego doświadczenia także czerpie w swojej sztuce.
- Na tej wystawie ważne jest pojawienie się zaaranżowanego zwykłego pokoju, wprost wyjętego z typowego mieszkania. To salon z telewizorem, na którym wyświetlane są filmy artystki. To podkreślenie, że źródłem jej sztuki bywa codzienne życie.
- Coraz częściej w kulturze mamy do czynienia z przekraczaniem własnych dyscyplin. Kuratorami zostają pisarze czy reżyserki. Dorota Masłowska jest tu dobrym przykładem.