Pożar Puszczy Solskiej odsłonił smutne realia polskich służb mundurowych
Pożar na Lubelszczyźnie pokazał dwie ważne kwestie: gotowość do działań straży pożarnej ma luki. Policyjne lotnictwo – też. I nie ma w tym żadnego przypadku, a raczej sygnał ostrzegawczy. Kolejny.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czy popełniono błędy w akcji gaszenia pożaru lasu na Lubelszczyźnie.
- Jak działania straży pożarnej oceniają w tej akcji sami strażacy.
- Jakie wnioski dla służb mundurowych wyłaniają się z tego kryzysu.
Płoną lasy Roztocza. Pożar, który wybuchł we wtorek na Lubelszczyźnie, objął łącznie ok. 250 ha. W działania gaśnicze zaangażowanych było ponad 300 strażaków, czyli ok. 88 zastępów, zarówno PSP, jak i OSP.
– To, co dzieje się na Lubelszczyźnie, jest pożarem o dużej powierzchni a niesprzyjająca pogoda i struktura drzewostanu sprawiły, że mamy do czynienia z pożarem wierzchołkowym – pożarem całkowitym drzewostanu. Ogień przeszedł ze ścioły na korony drzew, pali się cały przekrój pionowy lasu z występowaniem ogni lotnych, które mogą przerzucać zarzewia pożaru na inne obszary lasu – mówi rzecznik komendanta głównego Państwowej Straży Pożarnej (PSP), starszy kapitan Wojciech Gralec.
Strażacy ruszają swoje odwody
Do działań zadysponowano m.in. moduły GFFF. Jak tłumaczy kapitan Gralec, są to specjalistyczne grupy, stosowane do działań w trudnym terenie, gdzie może być problem z prowadzeniem linii wężowych. To strażacy z tłumicami, narzędziami do mineralizacji gleby przypominającymi przyrząd do rozdrabniania gleby, to zespoły wysoce mobilne, mogące dotrzeć w trudno dostępne rejony.
Ruszyły się kompanie gaśnicze z kraju, a Komenda Główna PSP przekazała, że w razie potrzeby zadysponowani do działań mogą zostać także kadeci szkół pożarniczych. Z pomocą ruszyły jednostki z Warmii, Mazur, Podkarpacia i Małopolski.
Ale sytuacja jest trudna. Pożar rozwinął się bardzo mocno. Do tego stopnia, że w środę zadecydowano o przesunięciu sztabu PSP. Kierujący akcją gaśniczą musieli odsunąć sztab do innej miejscowości ze względu na przesuwające się czoło pożaru.
– Najlepszą pomocą byłby dla nas deszcz – mówi rzecznik Komendanta Głównego PSP.
Strażacy mają wątpliwości. Dlaczego tak późno ruszyły Black Hawki?
Czy wszystko przebiegało w akcji tak, jak powinno? Można mieć wątpliwości. Mają je zresztą sami strażacy. Ci, z którymi rozmawiamy, zastrzegają jednak, że chcą rozmawiać anonimowo.
Pierwsza i najważniejsza z wątpliwości dotyczy wykorzystania do akcji gaśniczej policyjnych śmigłowców.
– Uważam, że już wczoraj powinien polecieć śmigłowiec. Byłbym ostrożny z lataniem nocą, ale Black Hawk powinien już wczoraj działać, zrzucać wodę. Co najmniej do godz. 21, do zachodu słońca, mógłby operować i dokonywać zrzutów. A dziś od rana znów działać. A tak pożar się rozbujał i „uciekł”, i ze ściółkowego stał się wierzchołkowy – mówi wysoki rangą oficer straży pożarnej.
– Dlaczego te śmigłowce nie ruszyły wczoraj, zanim to się rozbujało? Przecież to będzie hekatomba – dodaje doświadczony strażak z regionu.
Kiedy złożono wniosek o użycie śmigłowców
Według ustaleń XYZ wniosek o użycie śmigłowców ze stanowiska kierowania komendanta głównego PSP wpłynął do Komendy Głównej Policji około godz. 21. Kolejny – już po północy. Strażacy mówią nieoficjalnie o wcześniejszych porach: „między godz. 17 a 18”.
Nasz rozmówca z PSP wskazuje, że mogło to wyglądać następująco: najpierw zadzwoniły telefony. Z Krajowego Centrum Koordynacji Ratownictwa (KCKR) do Komendy Głównej Policji. Ponieważ z maszynami policyjnymi, a raczej ich załogami, jest problem, to policja mogła wskazać, by wysłać maila, najlepiej wieczorem.
Wtedy i tak śmigłowce ruszyłyby do akcji dopiero w środę rano. Nie mogą bowiem wykonywać nocnych akcji gaśniczych. I tak do akcji poderwano kupione za setki milionów Black Hawki, dopiero kiedy żywioł zaczął palić coraz większe połacie lasu. O problemach z załogami do policyjnych śmigłowców pisaliśmy na łamach XYZ wielokrotnie.
Bardzo ciekawą wiadomość opublikował serwis Na Pierwszej Linii, zajmujący się lotnictwem służb mundurowych, podległych resortowi spraw wewnętrznych. Podało, że Komenda Główna Policji zablokowała wysłanie do działań śmigłowców ze zbiornikami gaśniczymi. W pierwszych godzinach walki z pożarem mogło to mieć kluczowe znaczenie.
Dlaczego? Jak wspomniał oficer straży pożarnej, pożar wierzchołkowy jest bardzo trudny do ugaszenia z poziomu ziemi. Inaczej mogłaby wyglądać sytuacja, gdyby użyto śmigłowców. Ale te weszły do działania dopiero w środę.
Jeszcze inna sprawa to umowy na działania gaśnicze z powietrza. Te są w gestii Lasów Państwowych. Wysłaliśmy do instytucji konkretne pytania w tej sprawie, czekamy na odpowiedź.
Dyspozycja sił i środków, kompania GFFF na ćwiczeniach za granicą
Wróćmy jednak do samej akcji gaśniczej. Nasz rozmówca – oficer PSP stawia kilka bardzo konkretnych pytań: kiedy do działania ruszyła grupa operacyjna komendanta głównego? Jakie zadysponowano siły i środki? A także – kiedy?
Warto dodać, że w Lublinie jest wspomniana wyżej, specjalistyczna kompania GFFF. Ale… w tej chwili przebywa na ćwiczeniach za granicą – w czasie bardzo wysokiego zagrożenia pożarowego w kraju, o którym informowała zresztą sama straż pożarna.
„Pali się Puszcza Solska, nie Las Kabacki”
– Pali się puszcza. Nie Las Kabacki, tylko Puszcza Solska. Kiedy pojechała grupa operacyjna? Kiedy na miejsce dotarł komendant główny? Nie przypadkiem po tym, jak spadł Dromader? – mówi wysoki rangą oficer straży pożarnej.
Dromader to nazwa samolotu gaśniczego. Taka właśnie maszyna rozbiła się we wtorkowy wieczór. To stare, wysłużone konstrukcje. Nie są już produkowane, więc problem jest, jak mówi inny nasz rozmówca, z częściami zamiennymi.
– Nie ma dziś innej opcji walki z pożarami, jeśli nie chcemy mieć drugiej Kuźni Raciborskiej. Mamy świetny system ostrzegania, mamy mnóstwo strażaków na ziemi, ale bez odpowiedniej reakcji skończy się drugą Kuźnią Raciborską. Nie mogę niestety dobrze ocenić tego, co się wydarzyło wczoraj – podsumowuje oficer.
Łączność do poprawki
Warto wskazać jeszcze jedną kwestię. Jest problem z łącznością służb. A konkretnie straży pożarnej.
„Biuro Łączności i Informatyki Komendy Głównej Policji zostało poproszone o wsparcie działań gaśniczych prowadzonych na terenie Lubelszczyzny. W odpowiedzi na zgłoszone potrzeby przygotowujemy dwa pojazdy techniczne oraz pięcioosobowy zespół funkcjonariuszy, którzy będą operować w rejonie KWP w Lublinie” – czytamy w komunikacie KGP w serwisie X/Twitter.
Dowodzi to, że łączność straży pożarnej szwankuje. W sytuacji kryzysowej – a z taką mamy do czynienia na Lubelszczyźnie – sprawna łączność jest warunkiem kluczowym do sprawnego prowadzenia działań ratunkowych.
Pododdziały PSP i OSP pochodzą z różnych części kraju. A mniejsze komendy, szczególnie powiatowe, często nie mają na stanie wozów dowodzenia, będących w stanie "spiąć" łączność większych formacji.
Po raz kolejny widać jednak, że koordynacja działań pomiędzy służbami nie jest najlepsza. A system ochrony przeciwpożarowej jest ułomny. Straż pożarna nie dysponuje własnymi samolotami ani śmigłowcami gaśniczymi. Nie ma pilotów i załóg.
To prawdopodobnie pierwszy raz, kiedy do akcji ratunkowej użyto jednocześnie dwóch śmigłowców Black Hawk jednocześnie. Czy do pozostałych trzech, które są „na stanie” formacji, byłyby gotowe załogi? Przed nami lato. Trwająca susza nie poprawia sytuacji.
Główne wnioski
- Pożar na Lubelszczyźnie pokazuje, że koordynacja działań między służbami mundurowymi jest niedoskonała. Duża akcja gaśnicza wciąż jest problematyczna dla służb.
- Łączność w straży pożarnej – będącej podstawą obrony cywilnej – w sytuacji kryzysowej wymaga wsparcia. W tym przypadku – ze strony policji.
- Rozmówcy XYZ wskazują na poważne wątpliwości wokół dowodzenia oddziałami ratunkowymi, mówiąc o spóźnionej reakcji PSP i zbyt późnym użyciu policyjnych śmigłowców.
