Kategorie artykułu: Biznes Sport

Od jednego funta do dziesiątek milionów. Dlaczego piłkarze tyle zarabiają?

Zarobki najlepiej opłacanych piłkarzy wynoszą nawet kilkaset razy więcej niż średnie pensje w krajach, w których grają. Nie jest to nowe zjawisko. Kopiących piłkę obsypywano pieniędzmi już ponad sto lat temu. Co więcej – są ku temu ekonomiczne podstawy.

Pieniądze i piłka nożna
Pieniędzy w piłce przybywa. Z coraz większego tortu, coraz większe kawałki trafiają do piłkarzy. Fot. Hohlfeld/ullstein Bild via Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Ile zarabiali angielscy piłkarze w dziewiętnastym wieku.
  2. Jak zmieniały się pensje zawodników na przestrzeni lat i co powodowało ich wzrost.
  3. Jak dużą część klubowych przychodów pochłaniają pensje.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Średnie zarobki piłkarzy angielskiej Premier League to, według branżowego serwisu Caplogy, około 2,7 mln funtów rocznie. Kilkudziesięciu najlepiej opłacanych zawodników może liczyć na pensje powyżej 10 mln funtów. Kontrakty Casemiro (Manchester United), Virgila van Dijka i Mohameda Salaha (obaj z Liverpoolu) przekraczają 20 mln funtów, a Erling Haaland (Manchester City) co sezon może łącznie z bonusami dostać ponad 45 mln funtów.

Kwoty same w sobie robią wrażenie, nawet jeśli uwzględni się, że są to pensje brutto. Jeszcze większe, gdy zestawić je ze średnimi zarobkami w Wielkiej Brytanii, oscylującymi w granicach 33 tys. funtów rocznie. Kilkuset piłkarzy klubów Premier League zarabia tyle… w tydzień.

O funta za daleko

Gdy 140 lat temu piłkarze Blackburn Rovers zdobywali Puchar Anglii, zarabiali po jednym funcie tygodniowo. Od 1885 r. mogli to robić oficjalnie, bo wcześniej zarządzające angielską piłką Football Association hołdowało zasadzie amatorstwa. W końcu musiało jednak skapitulować, bo tajemnicą poliszynela były wynagrodzenia wypłacane nieoficjalnie coraz większej liczbie piłkarzy, formalnie będących pracownikami fabryk czy kopalń.

Tygodniówka w wysokości jednego funta była w owych czasach równa średniej pensji brytyjskich robotników. Składały się na to przede wszystkim dwa elementy: sportowe ambicje majętnych właścicieli zakładów, przy których powstawały kluby piłkarskie, i zainteresowanie rozgrywkami ze strony kibiców, gotowych płacić za oglądanie meczów.

Zalegalizowane płace szybko zaczęły rosnąć. Na początku XX wieku wynosiły siedem funtów na tydzień i były już dwa-trzy razy wyższe od zarobków nawet niektórych wykwalifikowanych pracowników. Już wówczas pojawiały się opinie o niemoralnie wysokich pensjach „za kopanie piłki”. Mówimy wszak o przemysłowym kraju, w którym tydzień roboczy wynosił ok. 60 godzin, a prawo dopuszczało możliwość zatrudniania 12-letnich dzieci.

Decydenci angielskiej piłki wsłuchali się w krytyczne głosy i wprowadzili limity płacowe – znane dziś w amerykańskich ligach zawodowych jako salary cap. Rozwiązanie nie było idealne, bo niektóre kluby wróciły do praktyk sprzed kilku dekad, czyli płacenia pod stołem. W dodatku salary cap nie obowiązywało w całej angielskiej piłce. Southern League była od niego wolna, czym przyciągała zawodników bardziej zainteresowanych zarobkiem niż prestiżem.

Uwolnić pensje

Płacowe regulacje zniknęły z angielskiej piłki w 1961 r. Zniesiono je pod presją grożących strajkiem piłkarzy, którzy mieli świadomość swojej siły przetargowej. Zawodnicy widzieli rosnącą frekwencję na trybunach i wiedzieli, że ceny biletów rosną szybciej niż ich pensje. Wiedzieli też, że w piłce coraz częściej pojawiają się sponsorzy. Chcieli więc dla siebie większego niż dotychczas kawałka tortu.

Uwolnienie zarobków natychmiast je wywindowało. Tygodniówka ówczesnego kapitana reprezentacji Anglii Johnny'ego Haynesa wskoczyła w 1961 r. na poziom 100 funtów. Siedem lat później północnoirlandzki piłkarz Manchesteru United George Best jako pierwszy podpisał umowę zapewniającą mu 1000 funtów na tydzień.

Na więcej niż godne życie mogli też liczyć piłkarze spoza Wielkiej Brytanii. Po pierwszej wojnie światowej zawodowe ligi powstały m.in. w Hiszpanii, we Włoszech, w Austrii czy w Meksyku. Także tam można było zarobić więcej niż w najlepiej opłacanych zakładach pracy. Bywało, że klub dodatkowo opłacał zawodnikom zakwaterowanie czy – jak w przypadku należącego do właścicieli Fiata Juventusu – podarowywał im auta.

Warto wiedzieć

Ekstraklasa też daje zarobić

Według szacunkowych danych średnie pensje w Ekstraklasie oscylują w granicach 40-45 tys. zł miesięcznie. GUS podaje, że w marcu 2026 r. średnia pensja w Polsce wynosiła 9652 zł. Minimalna to obecnie 4806 zł brutto.

Telewizja podbija stawkę

Pierwsze finały Pucharu Anglii, najstarszych krajowych rozgrywek piłkarskich na świecie, śledziło z trybun po kilka tysięcy kibiców. Jeszcze w XIX wieku było to po kilkadziesiąt tysięcy. W 1901 r. – 110 tys. osób.

Prasa szeroko opisywała mecze, pobudzając wyobraźnię kibiców. A że zobaczyć popisy piłkarzy można było tylko na żywo, zainteresowanie obecnością na stadionie rosło. W 1923 r. na 125-tysięczne wówczas Wembley wdarło się – według ocen brytyjskich dziennikarzy – 200-300 tys. osób. Kibice ciasno zapełnili nie tylko trybuny, ale i płytę boiska. Dopiero interwencja konnej policji umożliwiła rozegranie meczu.

Tak duże zainteresowanie piłką nie mogło ujść uwadze raczkującej telewizji. BBC eksperymentowała z pokazywaniem meczów już w 1937 r. Ale to ITV jako pierwsza zapłaciła za możliwość pokazywania meczów na początku lat 60. Pakiet obejmował 26 spotkań. Jednak już po pierwszej transmisji pojawiły się problemy. Kluby zaczęły się obawiać, że transmisje w telewizji obniżą frekwencję na trybunach i tym samym negatywnie wpłyną na przychody. Zawodnicy domyślali się, że telewizja chce zarobić na ich grze, więc domagali się podwyżek. W dodatku transmisja z jednej kamery nie porwała kibiców. Przełom nastąpił w latach 80. Technologia pozwalała już na właściwe pokazanie i opakowanie meczów. Można też było zarabiać na reklamach.

Wraz z rozwojem telewizji piłka stawała się biznesem. Od lat 70. na klubowych koszulkach zaczęły pojawiać się logotypy sponsorów. Za komercjalizację piłki reprezentacyjnej wzięła się FIFA. W 1978 r. podpisała globalny kontrakt z Coca-Colą.

Drzwi do kolejnego kręgu finansowego raju otworzyły się w latach 90. To wtedy powstała Premier League, jaką znamy dzisiaj: telewizyjny produkt, za który Sky Sports był gotowy płacić 40 mln funtów rocznie. Średnie pensje piłkarzy momentalnie urosły o 20 proc. Teraz najpopularniejszą i najbogatszą ligę świata chcą pokazywać stacje z całego świata. Za trzyletnie prawa płacą w sumie 10 mld funtów.

Również na początku lat 90. UEFA przemianowała swoje flagowe rozgrywki z Pucharu Europy na Ligę Mistrzów. I też uczyniła z nich pożądany, prestiżowy i dochodowy towar.

Warto wiedzieć

2 tys. pensji na jednego piłkarza

Jak wyliczał hiszpański „ABC”, gdy w 1979 r. Anglik Laurie Cunningham dołączył do Realu Madryt, zarabiał równowartość 48 pensji minimalnych. Trzy i pół dekady później Cristiano Ronaldo inkasował w Madrycie równowartość 1937 pensji minimalnych.

Bosman przynosi pieniądze

I tak dobrą – na tle innych profesji – sytuację piłkarzy poprawiło wprowadzenie prawa Bosmana. Do połowy lat 90. to kluby całkowicie kontrolowały rynek transferowy. Do tego stopnia, że nawet jeśli piłkarzowi kończyła się umowa, nowy zespół musiał za niego zapłacić.

Belg Jean-Marc Bosman odczuł obowiązujące reguły na własnym portfelu. Gdy po wygaśnięciu umowy jego ówczesny klub, Liège, nie pozwalał mu odejść i obciął pensję, Bosman złożył skargę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Trybunał uznał, że przepisy trzeba zmienić. Po końcu kontraktu to piłkarze zaczęli rozporządzać swoją przyszłością. A skoro zniknęło odstępne, można było zaproponować im lepsze warunki finansowe.

Za dużo? A może za mało?

W piłce – podobnie jak w innych sektorach rozrywki – obserwujemy opisany przez ekonomistę Sherwina Rosena tzw. efekt supergwiazdy. Kibice na całym świecie chcą oglądać najlepszych zawodników, więc pojedyncze strumyczki pieniędzy zlewają się w rwącą rzekę gotówki, trafiającą ostatecznie do wąskiego grona piłkarzy. Efekt zachodzi na kilku poziomach, więc zarabiają najlepsi na świecie, najlepsi w kraju i najlepsi w danej lidze.

– Z ekonomicznego punktu widzenia wynagrodzenia piłkarzy są pochodną ich produktywności i efektywności, ale także wpływu, jaki wywierają na przychody ze sprzedaży biletów, praw medialnych czy umów sponsorskich. Na rynku piłkarskim, gdzie występuje ograniczona podaż zawodników przy jednoczesnym wysokim popycie globalnym, wysokie płace są swoistym mechanizmem równowagi rynkowej, a nie anomalią – tak stwierdziliby przedstawiciele ekonomii pozytywnej. Natomiast w ujęciu ekonomii normatywnej rzeczywiście wynagrodzenia zaczynają przekraczać granice zdrowego rozsądku. Trzeba podkreślić, że wynagrodzenia w sporcie profesjonalnym są przykładem renty ekonomicznej – płacimy za rzadkie talenty zawodnika o wybitnych i unikatowych umiejętnościach – tłumaczy XYZ dr Artur Grabowski, ekonomista z Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach.

Patrząc przez pryzmat całościowej wartości współczesnej piłki i generowanych przez nią przepływów, pensje piłkarzy są uzasadnione i odpowiadają temu, jak rośnie cały sektor. A przecież poza wartością praw telewizyjnych coraz droższe są bilety i klubowe pamiątki, rosną też wartości umów podpisywanych przez kluby z ich sponsorami. Na sprzedaż idzie coraz więcej przestrzeni – na strojach, stadionach i w transmisjach.

Należy też wziąć pod uwagę, że ścisła czołówka najlepiej zarabiających piłkarzy nie dostaje pieniędzy tylko za kopanie piłki. Piłkarze to dziś lokomotywy marketingowe dla klubów, które nie są już tylko drużynami piłkarskimi, lecz także wysoce rozwiniętymi przedsiębiorstwami.

Zresztą piłkarze sami wiedzą, jak zadbać o swoje biznesy. Pierwsi – jak George Best czy mistrz świata z 1966 r. Jimmy Greaves – już w latach 60. występowali w reklamach. Dzisiaj najbardziej wzięci zawodnicy są w stanie zarobić na kontraktach reklamowych drugie tyle, ile otrzymują w klubach.

Budżetu trzeba pilnować

Wysokie zarobki piłkarzy nie są czystym efektem dużego zainteresowania oglądaniem ich gry. Pieniądze do rosnącej i dzielonej później puli dosypują prywatni inwestorzy i podmioty publiczne. Jednym to się opłaca, inni kończą jako bankruci.

UEFA rekomenduje, by pensje piłkarzy i innych pracowników nie przekraczały 70 proc. klubowych przychodów. Przygotowany przez Grant Thornton raport „Finansowa Ekstraklasa” wskazuje, że w sezonie 2024/2025 większość polskich klubów była poniżej tego progu. Choć były takie – Zagłębie Lubin, Radomiak Radom – w których ta wartość wynosiła prawie 100 proc. W Puszczy Niepołomice wynagrodzenia sięgały 125 proc.

– Model, w którym wynagrodzenia zawodników pochłaniają 80-90 proc. budżetu, jest skrajnie ryzykowny i w długim okresie mało stabilny. Oznacza bowiem wysoką podatność na fluktuacje przychodów – np. brak awansu do europejskich pucharów czy niższą frekwencję. Taki klub może funkcjonować krótkookresowo, ale zwykle kosztem wzrostu ryzyka zadłużenia, utraty płynności i ograniczenia inwestycji – wyjaśnia dr Artur Grabowski.

Rosnące koszty przy niepewnych zyskach, z których część zależy od wyników sportowych, sprawiają, że klubowi księgowi coraz częściej mają ból głowy. W ubiegłym sezonie płace klubów Premier League wzrosły o 9 proc. Coraz więcej tamtejszych klubów ma problemy finansowe, o czym pisał Mikołaj Śmiłowski.

Niektórzy wieszczą, że rynek piłkarski jest już tak napompowany, że lada chwila runie. Wskazują przykłady klubów ratujących się sprzedażą stadionów czy regularnymi pożyczkami.

– Teza o „bańce” ma częściowe uzasadnienie, ale wymaga doprecyzowania. Jeżeli wzrost płac jest trwale szybszy niż wzrost przychodów sektora, wówczas rzeczywiście pojawia się możliwość wystąpienia bańki i ryzyko korekty. Nie musi to jednak oznaczać gwałtownego załamania całego rynku, lecz raczej selektywne zmiany: najsłabsze finansowo kluby mogą spaść do niższych lig, podczas gdy najsilniejsze dostosują się poprzez redukcję kosztów i będą ratować swoją sytuację, korzystając z wypracowanego wcześniej kapitału własnego. Piłka nożna polega na przekraczaniu ciągle nowych granic. Pozostawmy to „regulowanie” wolnemu rynkowi – mówi dr Artur Grabowski.

Na razie piłka w najlepszym wydaniu wciąż rośnie. Rok temu Real Madryt wygenerował rekordowe 1,2 mld euro przychodów. FIFA szacuje, że tegoroczny mundial przyniesie jej blisko 11 mld dolarów.

Główne wnioski

  1. Pensje najlepiej opłacanych piłkarzy mogą ponad stukrotnie przewyższać średnie zarobki w poszczególnych państwach.
  2. Tak wysokie zarobki zawodników wynikają z dużego popytu na oglądanie ich gry – wartości praw telewizyjnych czy umów sponsorskich w najlepszych ligach cały czas rosną.
  3. Piłkarze zarabiają nie tylko na grze w piłkę. Najbogatsi podpisują umowy reklamowe o wartości równej ich pensjom klubowym lub je przewyższającej.