Kategoria artykułu: Kultura

Fantazje o getcie. Krzysztof Gil i niesamowita wystawa o obcych

Na wystawie „Nikt was tu nie chce” w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki Krzysztof Gil opowiada o wykluczeniu. Robi to w zupełnie nowej formie niż ta, do której nas przyzwyczaił. I osiąga sukces.

Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta.
Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki. Fot. Łukasz Gazur

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Kim są sfumaryści.
  2. Dlaczego w ostatnich latach w sztuce święci triumfy tematyka romska.
  3. Co ciekawego proponuje w swoim malarstwie Krzysztof Gil.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Krzysztof Gil zaskakuje. Przyzwyczaił nas, że należy do pokolenia, które można nazwać sfumarystami (od sfumato – czyli rozcierania konturów w malarstwie). To grupa współczesnych artystów – jak choćby Łukasz Stokłosa – których charakterystycznym gestem jest „rozcieranie” kolorów i granic. W tych zamglonych, nieco nierzeczywistych, a w wypadku Gila wręcz przeestetyzowanych (i znakomitych!) obrazach sfumaryści opowiadali zarówno wielkie, jak też bardzo osobiste historie. Pokazywali, jak z pamięci wietrzeją wspomnienia, jak zacierają się wyraźne kontury zdarzeń. I nieważne, czy mówimy o wielkich wydarzeniach z dziejów ludzkości, czy osobistych, wręcz intymnych momentach z własnego życia. Gil przyzwyczaił nas do malarstwa, które bada granice przeestetyzowania w życiu.

Tym większe jest zaskoczenie podczas wizyty na wystawie „Nikt was tu nie chce” w Zachęcie – Narodowej Galerii Sztuki. Z tematów, które do tej pory były dla Krzysztofa Gila charakterystyczne, zostało wiele. A może nawet wszystko. Ale opowiada o nich w zupełnie nowym dla siebie języku formy.

Patrz przez kraty i wielkie malarstwo

Już na wstępie jest zaskakująco: patrzymy na wystawę przez kraty. Już wiemy, że w tej wystawie kryje się jakiś niepokój. A potem właściwie trafiamy w sam środek kreskówki. Bajki pełnej strachów z dzieciństwa. Należymy do tego samego pokolenia, pewnie znamy te same animacje. Ale tu kryje się horror bardzo rzeczywisty, niepodpowiedziany przez wyobraźnię. Artysta wraca do wydarzeń z początku lat 90., kiedy nowotarscy Romowie stali się ofiarami przemocy i agresji. Chodzi o napad, którego grupa skinheadów dokonała na romskie osiedle, na którym dorastał Krzysztof Gil. Pamięć nigdy nie jest przezroczysta. Zawsze podlega procesowi przetwarzania, fantazjowania, dopowiadania. Nagle ten niezwykły teatr cieni nasiąka bardzo rzeczywistym niepokojem, a kreskówka staje się koszmarem.

Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta.
Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta. Fot. Łukasz Gazur

Nieprzypadkowo kuratorka wystawy Monika Weychert i sam artysta prowadzą nas przez opowieść o współczesnych gettach – nie tylko fizycznych, ale także istniejących w języku, wyobraźni i społecznych stereotypach. Czyli o miejscach, w których rodzą się klisze dotyczące „innych”. W tym sensie wystawa Krzysztofa Gila nie opowiada wyłącznie o Romach. Opowiada o mechanizmach wykluczenia jako takich. O tym, jak społeczeństwa produkują obcych i jak następnie uzasadniają ich marginalizację.

Co ciekawe, artysta nie rezygnuje przy tym z odwołań do historii sztuki. Wręcz przeciwnie. Sięga m.in. do słynnego płótna Georgesa Seurata „Niedzielne popołudnie na wyspie Grande Jatte”. Francuski postimpresjonista w – wydawałoby się – sielskiej scenie przedstawia społeczne relacje we Francji końca XIX wieku, nie szczędząc aluzji. Gil idzie w tę samą stronę, wprowadzając nowe postaci. To Morinka i Jasza, zapożyczeni ze szkolnej etiudy Władysława Ślesickiego „Jedzie tabor” z 1955 roku. To opowieść o próbach zaadaptowania życia romskiego do standardów PRL-u.

Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta.
Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta. Fot. Łukasz Gazur

To zresztą bardzo charakterystyczne dla jego twórczości. Nigdy nie interesowała go wyłącznie reprezentacja romskiej tożsamości. Znacznie bardziej ciekawiły go sposoby, w jakie Romowie byli przedstawiani przez kulturę większościową. Jak ich egzotyzowano, jak ich kulturę zamieniano w folklorystyczną dekorację. A jednocześnie czyniono ich niewidzialnymi.

Wyjść poza obraz

Od czasu sukcesu Małgorzaty Mirgi-Tas i jej prezentacji w Pawilonie Polskim podczas Biennale w Wenecji w 2022 roku, a także wejścia jej prac do najważniejszych kolekcji sztuki współczesnej, między innymi Kunsthaus Zürich, obecność romskiej tematyki w instytucjach sztuki przestała dziwić. Ale to nie oznacza, że temat został przepracowany. Przeciwnie. Być może dopiero teraz zaczynamy rozumieć, jak wiele opowieści pozostawało dotąd poza głównym nurtem historii sztuki i społecznej pamięci.

Dlatego tak ważne wydaje się to, że Gil nie zatrzymuje się na płótnie. Artysta nie rezygnuje tu z tego, z czego go dobrze znamy. Wciąż są tematy malarskie, sięgające obecności (bądź nieobecności) Romów w przestrzeni publicznej i historii. Lecz zdecydowanie jego malarstwo nie mieści się już na płótnie, domaga się więcej przestrzeni. Stąd szkicowo dorysowane postaci na ścianie jako uzupełnienie obrazu, czyli sceny przy stole. To opowieść o obecności i nieobecności jednocześnie. Albo o tych, którzy kiedyś tam siedzieli, lecz już ich nie ma.

Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta.
Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta. Fot. Łukasz Gazur

Sztuka Gila wybiega w stronę instalacji artystycznej. Nowością są rzeźbiarskie i przestrzenne realizacje, które pojawiają się między obrazami. To kolejny krok w rozwoju artysty, który przez lata kojarzony był przede wszystkim z malarstwem. Tymczasem tutaj tworzy całe „środowisko doświadczenia”. Nie oglądamy obrazów. Wchodzimy do środka opowieści.

Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta.
Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta. Fot. Łukasz Gazur

Szczególnie mocno działają plastikowe krzesła – ten symbol dorastania w latach 90. – wszechobecne. Niby zachęcają do siadania i kontemplacji, a jednocześnie są jakimś estetycznym wyrzutem sumienia. To wspomnienie świata prowizorki, biedy, społecznego odrzucenia, społeczeństwa na permanentnym dorobku. Świata, który wiele osób chciałoby wymazać z pamięci.

Choreografia patrzenia

Nieoczywiste jest na tej wystawie także rozmieszczenie prac. Jak wielkie malowane oczy, patrzące z góry. Wciąż obserwujemy i czujemy się obserwowani. Bo przecież „Nikt was tu nie chce”. Przez chwilę czujemy ten wzrok, który wielu Romów odczuwa w polskim społeczeństwie. Zbiorowy Wielki Brat. To bardzo ciekawy zabieg. Wystawa działa nie tylko poprzez obrazy, ale także poprzez zaprojektowaną „choreografię patrzenia”. Zmusza nas do zajęcia pozycji obserwowanego. Na moment odwraca relacje władzy wpisane w akt oglądania. Warto zaznaczyć, że Krzysztof Gil sam zresztą kilka lat temu brał udział w akcji billboardowej zwracającej uwagę na problem stereotypowego postrzegania społeczności romskiej. Tutaj ten temat wraca, ale już nie jako kampania społeczna. Wraca jako doświadczenie wpisane w przestrzeń galerii.

Najbardziej imponuje jednak coś jeszcze: odwaga. Artysta mógłby przecież zastygnąć w malarskiej manierze, która została doceniona przez publiczność, krytykę i rynek. Wolał jednak poszukiwać nowego sposobu opowieści. W czasach, gdy wielu twórców staje się zakładnikami własnego sukcesu, Gil postanowił zaryzykować. Nie porzuca swoich tematów, nie odcina się od własnej biografii. Ale szuka nowego języka. Takiego, który pozwoli opowiadać o traumie, wykluczeniu i pamięci nie tylko poprzez obraz, ale także poprzez przestrzeń, ruch widza i doświadczenie ciała. Wyszło znakomicie.

Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta.
Krzysztof Gil, wystawa „Nikt was tu nie chce”. Zachęta. Fot. Łukasz Gazur

„Nikt was tu nie chce” jest wystawą o Romach. Ale tylko pozornie. Tak naprawdę to wystawa o nas wszystkich. O społeczeństwie, które nieustannie produkuje własnych obcych, o spojrzeniu, które wyklucza i o stereotypach, które budują mury skuteczniej niż jakiekolwiek kraty.

Główne wnioski

  1. Od czasu sukcesu Małgorzata Mirgi-Tas i jej prezentacji w Pawilonie Polskim podczas Biennale w Wenecji w 2022 roku, a także wejścia jej prac do najważniejszych kolekcji sztuki współczesnej, między innymi Kunsthaus Zürich, obecność romskiej tematyki w instytucjach sztuki przestała dziwić. Ale to nie oznacza, że temat został przepracowany. Przeciwnie. Być może dopiero teraz zaczynamy rozumieć, jak wiele opowieści pozostawało dotychczas poza głównym nurtem historii sztuki i społecznej pamięci.
  2. Najważniejszym tematem wystawy okazuje się nie tylko społeczne wykluczenie Romów, lecz również mechanizmy stereotypizacji i produkowania „innego” we współczesnym społeczeństwie.
  3. „Nikt was tu nie chce” pokazuje jednego z najciekawszych artystów swojego pokolenia, który nie chce powielać sprawdzonej formuły sukcesu. Ryzykuje formalnie i wychodzi z tej próby zwycięsko.