Real Madryt wciąż w rękach Florentino Péreza. Tak urzędujący prezes obronił swoje imperium
Florentino Pérez obronił władzę w Realu Madryt. Mimo sportowego kryzysu „Los Blancos”, burzliwej kampanii i pierwszego od lat kontrkandydata, socios znów postawili na człowieka, który od ćwierć wieku buduje finansową potęgę klubu.
Z tego artykułu dowiesz się…
- O czym świadczy zwycięstwo Florentino Péreza nad Enrique Riquelme w wyborach na prezesa Realu Madryt i jak ocenić jego skalę.
- Jaką przewagę miał dotychczasowy prezes Realu Madryt nad kontrkandydatem i co mogło przesądzić o wyniku.
- Kto za kilka lat może zastąpić Florentino Péreza na stanowisku prezesa Realu Madryt.
79-letni Pérez pokonał 37-letniego Enrique Riquelme, przedsiębiorcę z branży energii odnawialnej. Urzędujący prezes zdobył 65 proc. głosów socios, czyli 21 741 wskazań. To zapewnia mu rządy na Santiago Bernabéu do 2030 r.
Kampania wyborcza stała się areną ostrego sporu o przyszłość najbardziej utytułowanego klubu w historii Ligi Mistrzów. Przez ostatnie dwie dekady Florentino Pérez stworzył system niemal niemożliwy do sforsowania – m.in. dzięki wymogowi 20-letniego stażu członkowskiego oraz osobistym gwarancjom bankowym, wynoszącym obecnie około 190 mln euro. Enrique Riquelme zdołał jednak spełnić wszystkie formalne kryteria. Przy urnach przewaga dotychczasowego lidera okazała się już zdecydowana.
Nowe oblicze kampanii i niespodzianka Riquelme
Już sam start Enrique Riquelme w wyborach był niespodzianką. Rywal Florentino Péreza przegrał, ale uzyskał solidny wynik. Co mogło przekonać do niego tak wielu socios? I czy istotne było wsparcie części mediów madryckich?
– Wybory w Realu Madryt są bardzo podobne do tych, które znamy z polityki. Enrique Riquelme uzyskał około 35 proc. głosów. To i tak jest wynikiem lepszym niż wiele osób w Polsce mogło się spodziewać. Z perspektywy Hiszpanii nie było to jednak zaskoczenie. Mimo wszystko uważano go za poważnego kandydata. Elektoratem w tych wyborach są socios, więc kandydaci kierują ofertę właśnie do nich. Riquelme straszył, że Pérez prędzej czy później odda klub w prywatne ręce. Twierdził, że informacje o 5-10 proc. udziałów, które miałyby trafić do prywatnego inwestora, to tylko preludium. Myślę, że to miało znaczenie – mówi w rozmowie z XYZ Patryk Stec, dziennikarz SportBiznes.info i współautor „Królewskiego Podcastu”..
Jego zdaniem trzeba też podkreślić, że dobrze się stało, iż pojawiła się kontrkandydatura dla Florentino Péreza. Jak wiadomo – nic tak nie rozwija jak rywalizacja. Część propozycji Riquelme, korzystnych z punktu widzenia socios, może jeszcze wrócić do debaty w klubie. Na pewno Pérez także będzie bardziej zwracał uwagę na potrzeby socios.
Kampania rzeczywiście pokazała nowe oblicze Péreza. Prezes, który przez lata uchodził za politycznie teflonowego, tym razem wyraźnie zabiegał o głosy środowisk kibicowskich. Wykonał gest w stronę najbardziej zaangażowanych fanów, zapowiadając m.in. przekazanie wszystkich dokumentów dotyczących sprawy Negreiry, czyli afery sędziowskiej związanej z FC Barceloną. Pojawił się także na meczu kobiecej drużyny Realu Madryt – wydarzeniu, które wcześniej praktycznie omijał.
Wojna na obietnice transferowe
W kampanii pojawiło się wiele obietnic transferowych. Czy jednak propozycje Enrique Riquelme nie okazały się całkowicie niewiarygodne? I czy zapowiadany przez Florentino Péreza wielki transfer za 150 mln euro ma realne szanse powodzenia?
– Enrique Riquelme był w gorszej sytuacji niż Pérez. Obecny prezes mógł składać oferty piłkarzom jako osoba faktycznie zarządzająca klubem. Dla kibiców i partnerów biznesowych takie deklaracje wydawały się bardziej wiążące i realne. Hiszpańskie media szybko zweryfikowały jednak zapowiedzi pretendenta, m.in. te dotyczące Ibrahimy Konaté, Denzela Dumfriesa czy José Mourinho. Rywal Péreza postawił wszystko na jedną kartę, a niemal każdy zapowiadany przez niego ruch został publicznie zdementowany – mówi Patryk Stec..
Jak zauważa nasz rozmówca, to jednak nic nowego.
– Gdy Florentino Pérez kandydował w 2000 r. na stanowisko prezesa jego flagowy transfer, Luís Figo, również był wielokrotnie dementowany przez Portugalczyka. W lipcu 2000 r. Pérez ogłosił w trakcie kampanii, że ma już podpisaną umowę z Figo i że jeśli wygra, a piłkarz nie trafi na Santiago Bernabéu, pokryje koszty karnetów wszystkim socios. Ku zaskoczeniu Figo Pérez wygrał, więc musiał wywiązać się z obietnicy pod groźbą wysokiej kary finansowej. Identyczną deklarację w tych wyborach złożył Riquelme w odniesieniu do Erlinga Haalanda i Rodriego – dodaje Patryk Stec.
Florentino Pérez zapowiedział, że we wtorek złoży ofertę za młodego Galáctico, jeśli wygra wybory. Nie zdradził jego nazwiska [choć media domyślają się, że chodzi o Michaela Olise, rewelację sezonu z Bayernu Monachium - przyp.red.]. W ten sposób nie dał otoczeniu piłkarza okazji do zaprzeczenia.
Model korporacyjny i zaufanie socios. Od długów do potęgi finansowej
Gdy Florentino Pérez po raz pierwszy został prezesem Realu Madryt, „Królewscy” byli świeżo po triumfie w Lidze Mistrzów. Mimo to znajdowali się w głębokim kryzysie finansowym. Dziś sytuacja jest odwrotna. Finanse klubu pozostają stabilne, za to wynik sportowy z poprzedniego sezonu – bez żadnego trofeum – trudno uznać za satysfakcjonujący. Czy socios ponownie zaufali Pérezowi dlatego, że widzą w nim gwaranta bezpieczeństwa finansowego?
– Socios mieli do wyboru prezesa, który doprowadził klub do siedmiu pucharów Ligi Mistrzów i zmodernizował Estadio Bernabéu, oraz kandydata, który nie miał jeszcze okazji się wykazać. Riquelme mógłby mieć większe szanse, gdyby konkurował z fatalnym prezesem, ale Pérez jest żywą legendą klubu. Dotychczasowe osiągnięcia dają mu dużą wiarygodność i silny mandat. Florentino przeprowadził klub suchą stopą przez tak trudny okres, jak pandemia koronawirusa. Poza tym kibice i socios widzą przykłady klubów, w których panuje duże zamieszanie organizacyjne i ekonomiczne – m.in. Sevilli, Valencii czy Barcelony. Ten kontrast w zarządzaniu sprawił, że Florentino Pérez jest tak mocno doceniany – uważa Patryk Stec.
W madridismo wciąż widać ogromny sentyment i wdzięczność za to, jak Pérez wyprowadził Real z potężnego kryzysu ćwierć wieku temu. Gdy przejmował stery, klub był zadłużony na astronomiczną wówczas kwotę 300 mln euro. To wtedy prezes podjął strategiczną decyzję o sprzedaży gruntów Ciudad Deportiva za około 500 mln euro, a następnie ich wydzierżawieniu. Operacja błyskawicznie wyzerowała długi i dała paliwo na budowę ery Galácticos.
Doświadczenie biznesowe Péreza, który od lat stoi na czele ACS, jednego z największych koncernów budowlanych na świecie, pozwoliło mu spojrzeć na klub jak na globalne przedsiębiorstwo. Dziś finanse Realu są symbolem stabilności. W sezonie 2024/25 klub wygenerował rekordowe 1,265 mld dolarów przychodów, wyprzedzając pod tym względem nawet Dallas Cowboys z ligi NFL. W najnowszym rankingu „Forbesa” Real Madryt został wyceniony na 9,5 mld dolarów, dystansując pogrążoną w kryzysie finansowym Barcelonę o blisko 2 mld dolarów.
Symbol nowoczesności
Najbardziej widocznym symbolem tej stabilności stała się przebudowa Estadio Santiago Bernabéu na kwotę ok. 1,5 mld euro.
– Myślę, że to był jeden z najważniejszych projektów dla Florentino Péreza w całej jego karierze. Trochę pomnik, trochę dziedzictwo, które chce po sobie zostawić. Współczesny klub piłkarski musi robić wszystko, aby jak najmocniej uniezależnić swoje przychody od wyników sportowych. Nuevo Bernabéu pozwoli Realowi w kolejnych latach zarabiać jeszcze więcej, także wtedy, gdy Péreza nie będzie już w klubie. Modernizacja stadionu, utrzymanie poziomu sportowego i trzymanie finansów w ryzach – zwłaszcza że remont przypadł na czas pandemii – to duży sukces – mówi Patryk Stec.
Inwestycja już przynosi wymierne efekty. Po modernizacji znacząco wzrosły wpływy z dnia meczowego, a stadion stał się jednym z najważniejszych aktywów komercyjnych Realu Madryt.
Bilans projektów Péreza
W polityce Péreza zdarzały się jednak także potknięcia. Najważniejszym pozostaje projekt Superligi. Choć upadł pod naciskiem opinii publicznej, długofalowo nie zaszkodził poważnie wizerunkowi prezesa Realu Madryt wśród kibiców klubu.
– Wśród kibiców innych klubów wizerunek Péreza pewnie trochę się pogorszył, ale wśród kibiców Realu – długofalowo nie. Wydaje się, że Pérez naprawdę wierzył w ten projekt i w jego korzystny wpływ na finanse europejskich gigantów. Chodziło mu o zapewnienie klubom większego dopływu pieniędzy i walkę z klubami-państwami, takimi jak Manchester City czy PSG, zasilanymi kapitałem z Bliskiego Wschodu. Superliga nie powstała, ale Real wywarł nacisk na UEFA, która musiała wprowadzić zmiany w Lidze Mistrzów. To musiało się wydarzyć, aby Florentino Pérez mógł łagodnie pozwolić publice zapomnieć o fiasku Superligi – analizuje Patryk Stec.
Filozof wkrótce za sterami?
Mimo odnowionego mandatu pytanie o sukcesję staje się coraz bardziej aktualne. Kto za kilka lat może przejąć stery po Pérezie?
– Czy Pérez szykuje następcę? Oficjalnie nic o tym nie wiadomo, ale naturalnym kandydatem mógłby być José Ángel Sánchez. To obecny dyrektor generalny i członek zarządu, z wykształcenia filozof. To bliski współpracownik obecnego prezesa, uważany za osobę bardzo inteligentną, choć mocno ceniącą prywatność. Został sprowadzony do klubu w 2000 r. przez Florentino Péreza i przetrwał na stanowisku nawet trzyletnią przerwę, gdy prezesem był Ramón Calderón. Prawie nie ma krytyków. To dużo o nim mówi – mówi Patryk Stec.
Sezon chaosu
Tegoroczny sukces wyborczy Péreza rodził się w wyjątkowo trudnych okolicznościach sportowych. Real nie zdobył żadnego trofeum, a problemy taktyczne mieszały się z napięciami wewnątrz drużyny. Trudnej atmosfery w szatni nie zdołali opanować ani Xabi Alonso, ani jego następca Álvaro Arbeloa, któremu zarzucano brak charyzmy i zbytnią uległość wobec gwiazd. Sytuację zaogniały gwizdy publiczności pod adresem Kyliana Mbappé oraz bulwersujący incydent sprzed kilku tygodni, gdy Fede Valverde został pobity przez Auréliena Tchouaméniego.
Kulminacją napięcia była głośna konferencja prasowa Péreza. Zwykle opanowany prezes publicznie stracił cierpliwość. Oskarżył Barcelonę o korupcję i stwierdził, że Realowi „ukradziono” siedem mistrzostw kraju. Co więcej, jednej z dziennikarek zasugerował, że jako kobieta ma mgliste pojęcie o futbolu.
– Tamta konferencja prasowa była efektem kilku elementów, które łącznie sprowokowały Florentino: od bardzo słabego sezonu po samowolkę części zawodników w szatni. Według mnie błędem Péreza był brak wyraźnego poparcia dla Xabiego Alonso po słynnej już zmianie, gdy Vinícius był niezadowolony. Wtedy szatnia zobaczyła, że może pozwolić sobie na więcej – mówi Patryk Stec.
Nowy-stary trener
Odpowiedzią na kryzys tożsamości ma być zapowiadany powrót José Mourinho, który prowadził Real Madryt w latach 2010-2013 i przerwał dominację Barcelony Pepa Guardioli.
– To szansa na nadanie drużynie nowej dynamiki. Każda kolejna konferencja prasowa będzie bardzo ciekawa. Wielu kibiców liczy też na rządy twardej ręki i autorytet, które pozwolą okiełznać piłkarzy. Kibice cieszą się z powrotu José Mourinho i widzą w tym ruchu szansę na naprawę szatni – podkreśla Patryk Stec.
Jeśli Portugalczyk rzeczywiście wróci na Santiago Bernabéu, będzie to symboliczne domknięcie kampanii, w której Florentino Pérez postawił na sprawdzone i zdecydowane rozwiązania. Po ćwierć wieku rządów potężny prezes ponownie przekonał socios, że w momentach największych sztormów to jego doświadczenie i biznesowy zmysł dają klubowi poczucie bezpieczeństwa. Droga do zwycięstwa nie była łatwa, ale ostateczny werdykt nie pozostawia złudzeń: Real Madryt wciąż pozostaje w rękach Florentino Péreza.
Główne wnioski
- Ostateczne 65 proc. poparcia dla Florentino Péreza pokazuje, że w momentach sportowego kryzysu – braku trofeów i napięć w szatni – socios wolą postawić na sprawdzonego architekta finansowej potęgi klubu, niż na biznesowy skok w nieznane. Osiągnięcia Péreza, w tym modernizacja Nuevo Bernabéu czy przeprowadzenie klubu przez pandemię bez poważnych turbulencji, dały mu polityczny parasol ochronny. Nie przebiły go populistyczne i szybko dementowane obietnice transferowe Riquelme, m.in. te dotyczące Haalanda czy Rodriego.
- Przewaga Florentino Péreza opierała się na połączeniu zmysłu biznesowego z traktowaniem Realu Madryt jak globalnego przedsiębiorstwa, a nie wyłącznie jako instytucji sportowej. Jej fundamentem był kredyt zaufania u socios, wypracowany już ćwierć wieku temu, gdy Pérez pomógł wyprowadzić klub z zadłużenia sięgającego 300 mln euro, sprzedając grunty Ciudad Deportiva za 500 mln euro. Dzięki doświadczeniu zdobytemu na czele budowlanego giganta ACS wprowadził do futbolu nowoczesny model korporacyjny, który uczynił z „Królewskich” klub odporny na wstrząsy rynkowe. Efektem tej strategii jest dzisiejsza dominacja Realu na arenie finansowej. Podczas gdy najwięksi rywale, z FC Barceloną na czele, zmagają się z kryzysami ekonomicznymi, Real Madryt zanotował rekordowe 1,265 mld dolarów przychodu w sezonie 2024/25, a „Forbes” wycenił klub na 9,5 mld dolarów. Dla głosujących socios Pérez pozostaje synonimem bezpieczeństwa i gwarantem, że klub nie straci płynności finansowej.
- Choć Florentino Pérez oficjalnie nie wskazał jeszcze swojego następcy, naturalnym kandydatem do przejęcia sterów w Realu Madryt za kilka lat jest José Ángel Sánchez. Obecny dyrektor generalny i członek zarządu łączy cechy potrzebne do kierowania tak dużą instytucją: zna klub od środka, rozumie jego strukturę biznesową i od lat odpowiada za codzienne funkcjonowanie organizacji. Z wykształcenia filozof, został sprowadzony do Realu przez Péreza w 2000 r. i od tamtej pory pozostaje jednym z jego najbliższych współpracowników. O sile jego pozycji świadczy również to, że utrzymał stanowisko nawet wtedy, gdy Pérez na trzy lata opuścił fotel prezesa, a klubem kierował jego polityczny oponent Ramón Calderón. W świecie madridismo Sánchez uchodzi za postać wyjątkowo trudną do zaatakowania, co w klubie o tak silnych napięciach politycznych jest rzadkością.