Polski ksiądz miał zatańczyć w czeskim „Tańcu z gwiazdami”. Zbigniew Czendlik od lat promuje nas w Czechach (WYWIAD)
„Jestem dumny z Polski. Widzę, jak z zazdrością Czesi patrzą na zmiany, które zaszły w Polsce. Dzisiaj Polska jest dużo bardziej nowoczesna niż Czechy” - tłumaczy ks. Zbigniew Czendlik. Polski duchowny ma w Czechach status celebryty.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Skąd polski ksiądz Zbigniew Czendlik wziął się w Czechach i jak od ponad 30 lat promuje Polskę oraz Polaków u naszych południowych sąsiadów.
- Jak Czesi pokochali polskiego duchownego.
- Skąd bierze się jego fenomen.
– Jeśli w Czechach chcesz zapełnić kościół, o wiele prościej jest przebudować go na mniejszy – mówi mi katolicki ksiądz Zbigniew Czendlik.
Polski duchowny, który od 34 lat mieszka i pracuje w Czechach, jest prawdopodobnie najpopularniejszym ambasadorem Polski wśród naszych południowych sąsiadów. Jego najnowszy program telewizyjny „Kamperem po Polsce” („V karavanu po Polsku”) przyczynił się do wzrostu zainteresowania naszym krajem wśród Czechów.
O napisach, które ks. Zbigniew Czendlik ma w swoim mieszkaniu, krążą legendy: „Jak nie masz czego robić, nie rób tego u mnie”, „Obudzić jedynie w przypadku pożaru lub zniesienia celibatu”, „Zakaz narzekania i skarżenia się”.
Spędziłem z nim dzień, by zrozumieć, skąd bierze się czeska moda na Polskę, jak wierzą Czesi, a jak Polacy. Chciałem też dowiedzieć się, co podał na prywatnym obiedzie, podczas którego odwiedził go czeski prezydent Petr Pavel.
Jak czeskie media pokochały polskiego księdza
Łukasz Grzesiczak, XYZ: Autor wywiadów dla czeskich mediów, prowadzący popularne programy telewizyjne, laureat prestiżowej nagrody literackiej Magnesia Litera – to nie jest typowa kariera polskiego katolickiego księdza w Czechach. Niedawno usłyszałem od czeskiej dziennikarki, że jesteś influencerem.
Ks. Zbigniew Czendlik: Jeśli influencerem jest ktoś, kto ma jakiś wpływ, to pewnie mam też jakiś wpływ. Na Facebooku obserwuje mnie 50 tys. osób, więc w środowisku czeskich duchownych jestem bezkonkurencyjny. Mam też Instagram, ale tam tylko 3,5 tys. obserwujących. Kiedyś miałem ich 10 tys., ale ukradziono mi profil. Nie udało się go odzyskać; musiałem założyć nowy, a wtedy już nie jest tak łatwo.
W czym tkwi źródło twojego medialnego sukcesu w Czechach? Po ukończeniu seminarium w Katowicach i krótkim pobycie w parafii w Chorzowie przyjechałeś do Czech w 1992 r. Sam opowiadasz, że czeskiego właściwie wtedy nie znałeś.
Rzeczy doskonałe są nudne, a nuda zabija wszystko. Może dlatego z moim czeskim nie byłem nudny, bo nie nudziłem ludzi. Czasem są takie rzeczy, które człowiek dostaje z góry. Jeśli ludzie nie rozpoznają mnie po twarzy, zawsze poznają mnie po głosie. Słyszę, że mam przyjemny głos. Po pierwszych wizytach w audycjach radiowych mówiono mi, że ludziom bardzo się podobał. Nie chodziło nawet o to, co mówiłem. Ludzie polubili mój głos, bo dobrze im się mnie słuchało.
Podobnie było, kiedy trafiłem do publicznej czeskiej telewizji. Przez 13 lat prowadziłem tam – na zmianę z kolegą, proboszczem ewangelickim, bo Czechy są krajem ekumenicznym – talk-show „Ucho igielne” („Uchem jehly”). To był jedyny program w czeskiej telewizji publicznej, który prowadził ksiądz, a do tego Polak.
Zaczęło się od tego, że do weekendowego wydania popularnego czeskiego dziennika „MF Dnes” zacząłem prowadzić wywiady pod tytułem „Konfesjonał”. Pomysł polegał na rozmowach ze znanymi osobami w Czechach. W rolę dziennikarza miał wcielać się ksiądz, który będzie zadawał pytania nieco inne niż te, które zadaje zawodowy dziennikarz. Ten cykl stał się później inspiracją dla programu telewizyjnego.
W przeszłości marzyłeś o dziennikarstwie?
„Marzyłem” to za duże słowo. Myślałem o tym, bo zawsze interesowały mnie socjologia, psychologia, politologia i media. Ale żebym specjalnie o to zabiegał? Nie. Byłem i jestem na to zbyt leniwy.
Z moją pracą w mediach było podobnie jak z moim przyjściem – jako księdza – do Czech. To kwestia szczęścia. Ważne jest jednak, by być na pewne rzeczy przygotowanym. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że mógłbym prowadzić programy radiowe czy telewizyjne. Te propozycje zawsze przychodziły z zewnątrz. Myślałem wtedy: mogę spróbować – co mam do stracenia? I próbowałem.
Trochę mi szkoda, że kiedy skończyłem – z jednej strony mi się już nie chciało, z drugiej telewizja szukała oszczędności – nie znaleziono nikogo na moje miejsce i program nie jest kontynuowany.
W Czechach są też katolicka telewizja i katolickie radio, mówiące swoim katolickim językiem.
A tam byś nie chciał pracować?
Nie potrafię mówić kościelnym językiem. To jest mi bardzo obce. Tam nie ma mojej grupy docelowej. Dużo lepiej rozumiem się z ateistami niż z katolikami.
Nie potrafię mówić kościelnym językiem. To jest mi bardzo obce. Tam nie ma mojej grupy docelowej. Dużo lepiej rozumiem się z ateistami niż z katolikami.
Jest taki dowcip: „Dlaczego Pan Bóg bardziej kocha ateistów niż katolików? Bo ateiści nie zawracają mu głowy”. Dlatego twierdzę, że Pan Bóg bardziej kocha Czechów niż Polaków. Wyobraź sobie, że Polacy bombardują Pana Boga ciągłymi prośbami. Od tego musi go boleć głowa. A Czesi mu jej nie zawracają, więc ich kocha.
Jesteś otwarty na propozycje, ale zaproszenia do czeskiego „Tańca z gwiazdami” („StarDance …když hvězdy tančí”) nie przyjąłeś.
Ten program ma akcent erotyczny. Pomyślałem sobie: tancerki tańczą latino, prawie nic na sobie nie mają – co by to ze mną, księdzem, zrobiło? Co, gdybym się zakochał? Przecież mówi się, że „miłość i sraczka przychodzą znienacka”. Tak szybko, jak mogłoby przyjść, równie szybko mogłoby odejść, ale ryzykować nie chciałem.
Konsultowałem to z parafianami. W kościele głosowaliśmy, kto jest za, a kto przeciw. Wygłosiłem kazanie na temat „Tańca z gwiazdami”, a potem poprosiłem o radę. Później może zapytałbym biskupa, ale pewnie i tak nie dostałbym zgody. W kościele było 50 na 50, więc zabrakło mi odwagi, by zawracać biskupowi głowę.
To była czwarta edycja, w 2010 r. Ostatecznie wygrał ją aktor Pavel Kříž. Po czesku „kříž” znaczy „krzyż”. Co by było, gdyby Krzyż w finale spotkał się z proboszczem? I tak miałbym przegrane z góry. Przecież nie mogę zwyciężyć nad krzyżem.
Dla mnie satysfakcjonujący był sam fakt, że otrzymałem tę propozycję. Broniłem się i tłumaczyłem, że nie mam postawy tancerza, bo mam okrągłe plecy i skrzywiony kręgosłup. Scenarzysta w telewizji mówił mi: „Księże proboszczu, nam by to nie przeszkadzało, my byśmy księdza naprostowali”. Niestety, jestem pokrzywiony do dziś.
Jak ksiądz Zbigniew Czendlik trafił do Czech? „Raj wyobrażałem sobie inaczej”
W 1989 r. kończysz seminarium w Katowicach, potem przez trzy lata pracujesz w Chorzowie, następnie przyjeżdżasz na rok do Náchodu, a w końcu zostajesz proboszczem w miejscowości Lanškroun. Wyjazd do Czech nie był chyba szczytem twoich marzeń?
Oczywiście, że ta propozycja nie wydawała mi się wtedy ciekawa. Pochodzę ze Śląska Cieszyńskiego, a to dość specyficzna część Polski, gdzie w pamięci wciąż obecne są konflikty między Polską a Czechosłowacją. Po I wojnie światowej toczyła się tam nawet wojna polsko-czechosłowacka.
Raj wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Moich kolegów z seminarium wysyłano do USA, Francji czy Niemiec. Po dwóch albo trzech latach w Czechach mój katowicki biskup zaproponował mi parafię w Brooklynie w Stanach Zjednoczonych. Dostałem tydzień na zastanowienie, ale po trzech dniach zadzwonili i powiedzieli, że mają już innego kandydata.
Ja jednak już wtedy byłem zdecydowany, że zostanę tutaj. W Czechach mi się podoba. Nie od początku tak było, ale powoli rodziła się moja miłość do Czech i do wszystkiego, co czeskie: do atmosfery, ludzi, ich sposobu życia. To wszystko bardzo mi odpowiada. Wiem już, że do Polski nie wrócę. Kiedy czasem jadę do rodziny, do Dębowca koło Cieszyna, widzę, że jestem już cudzoziemcem u siebie w domu.
Przyjazd z Polski do Czech był dla mnie szokiem. Jechałem z myślą, że jako misjonarza będą mnie witać z honorami dzieci z kwiatami, a okazało się, że nikt na mnie nie czekał. Miałem poczucie, że nikt mnie tutaj nie potrzebuje.
Z czasem zrozumiałem, że sytuacja Kościoła w Czechach jest zupełnie inna niż w Polsce. Problemem były moje oczekiwania, a nie Czechy.
To Czesi sprawili, że jesteś takim, a nie innym księdzem?
Czeskie środowisko mnie formowało. Ogromny wpływ na to, jakim księdzem jestem, miał też czeski film „Zapomniane światło” („Zapomenuté světlo”) z 1996 r. W rolę księdza wcielił się w nim popularny czeski aktor Bolek Polívka. Później został moim przyjacielem. Razem zagraliśmy w kilku filmach. Kiedyś powiedział mi, że podczas występu w tamtym filmie nie chciał grać dobrego księdza. Po prostu wyobrażał sobie, że gra dobrego człowieka.
Niektórzy moi koledzy z Polski, którzy przyjechali tutaj, nie zostali zaakceptowani przez parafian, bo przyszli z polskim modelem życia religijnego. A Czechom ten model jest obcy. Kiedy przyjechałem do Czech, myślałem, że polski model jest uniwersalny i działa na całym świecie. Okazało się, że nie.
Polski kościół powinien szykować się na scenariusz czeski
Czas na pytanie o różnice w wierze Polaków i Czechów.
Czeski Kościół przeżył komunizm dzięki laikom, czyli wiernym nienależącym do stanu duchownego. Księża byli internowani przez komunistyczne władze, więc to świeccy wzięli na siebie utrzymanie życia religijnego. Ich rola jest o wiele większa niż w Polsce.
W Polsce zostałem wyświęcony i od razu znalazłem się wysoko w hierarchii społecznej, w której ksiądz jest zaraz za wójtem, a czasem nawet przed nim.
W Polsce obserwujemy kryzys powołań, wierni odchodzą od kościoła. Czy polski kościół czeka droga czeska?
Myślę, że tak. Praca w Czechach uświadomiła mi, że najważniejsze są szacunek i docenianie ludzi, których się spotyka. Nie mogę mieć poczucia, że jestem od nich w czymkolwiek lepszy. Najważniejsza jest pokora wobec innych.
Kiedy przyszedłem do diecezji w Hradcu Králové, biskupem był Karel Otčenášek, zmarły w 2011 r. arcybiskup, który bardzo mi wtedy imponował. Menedżer był z niego żaden, ale ciągle powtarzał, że musimy być dobrymi ludźmi.
Miałem tutaj poprzednika, który nazywał się Josef Kacálek. Kiedy wyprowadzał się z parafii, biskup pomocniczy diecezji kralowohradeckiej, Josef Kajnek, przyjechał Škodą z przyczepą. Był w roboczym ubraniu, w tak zwanych monterkach, i pomagał mojemu poprzednikowi w przeprowadzce. Nosił jego skrzynki z książkami.
To była dla mnie niesamowita szkoła. Moje doświadczenia z polskim biskupem były zupełnie inne. To był ktoś niedostępny, ktoś, kto żył w zupełnie innym świecie.
Zdaniem eksperta
Mariusz Szczygieł: Kiedy wydaliśmy jego książkę, nie udało się zaprosić na jej promocję żadnego polskiego księdza
Ale w Czechach, kiedy ks. Czendlik słyszy: „A co mi ten Bóg da?”, „Czy będę miał od niego na chleb?”, „Po co mi kolejny ktoś, z kim muszę się liczyć? Wystarczy mi urząd skarbowy.” Musi docierać do ludzi inaczej niż w Polsce.
Stał się celebrytą. Celebryctwo – jak widać – może być też służbą Bogu. Ludzie go tam kochają i cenią, nawet niewierzący.
Popatrz na obraz, który masz za plecami. To są „Uczniowie z Emaus”. Ten obraz to dla mnie sygnał: nie siedź w domu, musisz iść tam, gdzie są ludzie. Ja nie mogę czekać na ludzi w parafii, bo wielu z nich nie ma odwagi dotknąć klamki. Muszę stąd wyjść. Pójść tam, gdzie ci ludzie są – do kawiarni, hospody czy restauracji.
Znów odwołam się do filmu. Tym razem do „Zakazanego owocu” („Keeping the Faith”). Wiara to coś więcej niż chodzenie do kościoła. Wyobraź sobie, ile ludzi chodzi do pracy. Ktoś całe życie chodzi do pracy, a przez cały ten czas nic nie zrobi. Są tacy ludzie, którzy całe życie chodzą do kościoła, ale efektów tego nie widać. Wiara nie polega na tym, by nie zrobić nic złego, by nie dopuścić się grzechu. Wiara jest o tym, by zrobić coś dobrego.
Jak Czesi pokochali Polskę
Jak bardzo zmieniło się postrzeganie Polski i Polaków przez te 34 lata, odkąd mieszkasz w Czechach?
Zmiana zaczęła się w 2012 r., kiedy Czesi odkryli Polskę dzięki piłkarskim mistrzostwom Europy w Polsce i Ukrainie. Czescy kibice przyjechali wtedy do Wrocławia i odkryli Polskę. Przy okazji spotkały ich wyrazy sympatii ze strony Polaków. Byli zaskoczeni, bo czeskie media straszyły ich przyjazdem do Polski i agresją ze strony polskich kibiców.
Naprawdę dzwoniłeś wtedy do czeskich komentatorów sportowych, żeby przestali przedstawiać Polskę w złym świetle?
Tak, zadzwoniłem do Jaromíra Bosáka z czeskiej telewizji i powiedziałem: „Wyście naprawdę już zwariowali? Musicie powiedzieć, że Polska wcale tak nie wygląda”. Dziś myślę, że to obrzydzanie naszego kraju paradoksalnie nam pomogło. Czesi nie spodziewali się w Polsce niczego dobrego, a to, co zobaczyli, pozytywnie ich zaskoczyło. Byli pod wrażeniem naszych stadionów, atmosfery, restauracji i piwa. Przekonali się też, że Polacy kochają Czechów.
W mojej ocenie do dziś cierpimy z powodu nieodwzajemnionej miłości do Czechów. Polacy ciągle bardziej kochają Czechów niż Czesi kochają Polaków, ale wierzę, że wkrótce się to wyrówna. Jesteśmy na dobrej drodze.
Ponoć pozytywnie zaskoczyła cię Polska, którą odwiedziłeś podczas nagrywania programu „Kamperem po Polsce” dla czeskiej telewizji publicznej”.
Na szczęście to nie ja musiałem przygotowywać scenariusz, został mi narzucony. W życiu nie wybrałbym się do niektórych z tych miejsc. Dopiero dzięki temu programowi zobaczyłem, jak piękna jest cała Polska.
Tak bardzo się zmieniliśmy?
Podobnie jest z dziećmi: rodzice nie widzą, jak one rosną. Od kiedy jestem w Czechach, nie jeżdżę specjalnie często do Polski, poza odwiedzinami rodziny blisko czeskiej granicy. Pamiętam, jak w latach 90. mój Lanškroun podpisał umowę o współpracy z Serockiem. Tak się wtedy wstydziłem za ten Serock, a dzisiaj Serock jest piękniejszy niż mój Lanškroun.
Podobnie było z drugim partnerskim miastem, Dzierżoniowem. Jestem dumny z Polski. Widzę, z jaką zazdrością Czesi patrzą na zmiany, które zaszły w Polsce. W latach 90. Czechy szybko się zmieniały. Wtedy wszystko nagle stało się nowoczesne, ale przez te 30 lat wiele rzeczy zdążyło się tutaj postarzeć. W tym czasie Polacy stali się nowocześni. Dzisiaj Polska jest dużo bardziej nowoczesna niż Czechy.
Zdaniem eksperta
Pavel Trojan: Czendlik w Czechach jest fenomenem, a w Polsce raczej by nim nie był
Oprócz tego, że mówi świetnie po czesku, jest też rozpoznawalny jako osoba miła, skromna, bardzo dowcipna i mówiąca o wszystkim bez tabu. Podczas jego mszy kościół bywa pełny, a ludzie potrafią się zaśmiać. Często pojawia się w roli mówcy lub moderatora różnych imprez i spotkań. Jako Polak świetnie prezentuje też uroki Polski w Czechach.
Co Czesi jeszcze znajdują w Polsce?
Kocham jeść. Polska gastronomia zrobiła niezwykły krok. Kiedyś czytałem wyniki ankiety na najlepszą zupę – żurek skończył na drugim miejscu. Powtarzałem wtedy: „Wiecie, dlaczego polski żurek zajął dopiero drugie miejsce? Bo nie gotowałem go ja”.
Niedawno odwiedził mnie na obiedzie prezydent Czech Petr Pavel. To było dla mnie ogromne wyróżnienie. Prezydent w ramach nieoficjalnej wizyty spędził na plebanii godzinę i 45 minut. Spotkał się z moimi najbliższymi. Na przystawkę podałem chleb z polskim smalcem. Zupa? Oczywiście żurek z Polski. Później była już vepřová panenka, czyli polędwica wieprzowa z ziemniakami.
To ty jesteś dziś bardziej Czechem czy Polakiem?
Jestem narodowym schizofrenikiem. Czesi pytają mnie, czy jestem bardziej Czechem czy Polakiem. Kim jestem? Poznaję przy piłce nożnej. Kiedy grają Czesi z Polakami – ostatni mecz niestety przegraliśmy 1:3 – wtedy uświadamiam sobie, że jestem Polakiem. Mocniej zaczyna bić moje polskie serce, choć więcej życia spędziłem już w Czechach niż w Polsce.
Rozmawiał w Lanškrounie Łukasz Grzesiczak
Główne wnioski
- Reporter Mariusz Szczygieł tłumaczy, że w Polsce Zbigniew Czendlik trafiłby do kategorii: za dużo lansu, za mało Boga. – Zresztą, kiedy w Wydawnictwie Dowody wydaliśmy jego książkę „Bóg nie jest automatem do kawy”, nie udało się zaprosić na jej promocję żadnego polskiego księdza. Nawet spośród tych bardzo postępowych – mówi Mariusz Szczygieł. Dyrektor Zagranicznego Ośrodka Polskiej Organizacji Turystycznej w Pradze, Pavel Trojan, opowiada, że ks. Zbigniew Czendlik jest księciem w małym mieście niedaleko polskiej granicy, ale także telewizyjnym celebrytą znanym w całym kraju. – Oprócz tego, że mówi świetnie po czesku, jest rozpoznawalny jako osoba miła, skromna, bardzo dowcipna i mówiąca o wszystkim bez tabu – mówi Pavel Trojan.
- Zbigniew Czendlik nie ukrywa, że nie był zachwycony, kiedy w 1992 r. przeprowadził się do Czech. – Raj wyobrażałem sobie zupełnie inaczej. Moich kolegów z seminarium posyłano do USA, Francji czy Niemiec – przyznaje. Opowiada, że po dwóch czy trzech latach w Czechach jego katowicki biskup zaproponował mu parafię w Brooklynie w Stanach Zjednoczonych. – Dostałem tydzień na zastanowienie, ale po trzech dniach zadzwonili do mnie i powiedzieli, że mają już innego kandydata. Ale ja już wtedy byłem zdecydowany, że zostanę tutaj. W Czechach mi się podoba. Nie od początku tak było, ale powoli rodziła się ta miłość do Czech i do wszystkiego, co czeskie – mówi.
- Ksiądz Zbigniew Czendlik uważa, że do dziś Polacy cierpią z powodu nieodwzajemnionej miłości do Czechów. – Polacy ciągle bardziej kochają Czechów niż Czesi kochają Polaków, ale wierzę, że wkrótce się to wyrówna. Jesteśmy na dobrej drodze – mówi polski duchowny mieszkający w Czechach.