Kategoria artykułu: Świat

Naruto kontra Biały Dom. Japonia znowu walczy o prawa autorskie

Wykorzystywanie postaci z anime i japońskich gier wideo w materiałach promocyjnych administracji Donalda Trumpa zmusiła Tokio do interwencji dyplomatycznej. Stawką jest nie tylko prawo autorskie, lecz także rynek wart 25 mld dolarów.

Komiksy z wizerunkiem Naruto
Komiksy z Naruto w gablocie. Japońska minister poinformowała, że kontaktowała się z Waszyngtonem w sprawie naruszeń praw autorskich twórców japońskich mangi i anime. Fot. Paco Freire / SOPA Images/ LightRocket / Getty Images

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jak administracja Trumpa wielokrotnie wykorzystywała wizerunki postaci z anime i japońskich gier wideo bez zgody właścicieli praw autorskich.
  2. W jaki sposób reaguje Tokio, dlaczego Japonia traktuje ochronę praw do anime i mangi jako sprawę strategiczną oraz jakie kwoty wchodzą w grę.
  3. Na czym polega prawna szara strefa, w której operuje Biały Dom, i dlaczego różnice między japońskim a amerykańskim prawem autorskim komplikują ewentualne roszczenia.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Na początku czerwca na platformie Truth Social pojawiło się wideo z kampanijną piosenką amerykańskiego prezydenta „Thank You, President Trump”. Oprócz scen pokazujących Donalda Trumpa jadącego na lwie i spotykającego się z prezydentem Meksyku znalazł się w nim fragment, który wywołał niezadowolenie w Japonii. Amerykański prezydent został w nim przedstawiony jako Naruto Uzumaki – jeden z najbardziej rozpoznawalnych bohaterów japońskiej kultury popularnej. W mediach społecznościowych szybko wybuchła dyskusja. W ciągu kilku dni petycję protestacyjną podpisało prawie 20 tys. osób. Do piątku liczba podpisów przekroczyła 24 tys. i nadal rośnie.

Metoda, a nie wpadka

Incydent z Naruto nie był odosobniony. To raczej kulminacja serii działań administracji Trumpa, w której specjaliści od komunikacji w ostatnich miesiącach wielokrotnie sięgali po japońską własność intelektualną. W marcu oficjalne konta Białego Domu opublikowały na platformie X montaż zatytułowany „Justice: The American Way”. Kontrowersyjne wideo promowało ataki lotnicze Stanów Zjednoczonych na Iran. Sceny nalotów zmontowano z fragmentami kreskówek „Yu-Gi-Oh!” i „Dragon Ball Super”, w tym z ujęciem, w którym jedna z postaci mówi: „No to zaczynamy”.

Kilka dni wcześniej na tych samych kontach pojawiła się grafika inspirowana grą „Pokémon Pokopia”. Opatrzono ją hasłem „Make America Great Again”, zapisanym czcionką łudząco przypominającą stylistykę gry.

W tym samym czasie Departament Bezpieczeństwa Krajowego USA zamieścił na X oraz TikToku materiał nawiązujący do serii, której właścicielem jest Nintendo. Dotyczył walki amerykańskiego rządu z imigracją. W minutowym montażu kadry z uzbrojonymi agentami ICE, wyważającymi drzwi i zakuwającymi ludzi w kajdanki, przeplatano scenami z kreskówek. W tle wykorzystano rozpoznawalny motyw muzyczny z czołówki anime „Pokémon”. Materiałowi towarzyszył podpis „Gotta Catch ’Em All” („Złap je wszystkie”). Podległy Trumpowi resort spraw wewnętrznych opublikował też grafikę z postacią Pikachu. Została opatrzona podpisem sugerującym, że jest on „najnowszym rekrutem Straży Granicznej”.

PR-owcy Trumpa w ostatnich miesiącach wielokrotnie sięgali po japońską własność intelektualną.

Pokémon Company International podkreśliła w oświadczeniu, że jej misją jest jednoczenie świata. Marka nie jest powiązana z żadnym stanowiskiem ani agendą polityczną. Od postów specjalistów od komunikacji amerykańskiego rządu zdystansowały się także Nintendo oraz Shueisha, wydawca mangi o Naruto. Shueisha zaznaczyła przy tym, że prawa autorskie do materiałów animowanych należą do ich producentów.

„Oryginalni twórcy i ekipa anime nie byli w żaden sposób zaangażowani. Na użycie tej własności intelektualnej nie udzielono zgody” – napisano na oficjalnym profilu „Yu-Gi-Oh!” na platformie X.

Tokio zabiera głos

Japońskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych już wiosną, po marcowym incydencie z „Yu-Gi-Oh!”, złożyło oficjalną notę protestacyjną w ambasadzie USA w Tokio. Biały Dom i Departament Stanu nie odpowiedziały na prośby o komentarz w tej sprawie. Sprawa nie zakończyła się jednak na kanałach dyplomatycznych.

Podczas konferencji prasowej 13 czerwca głos zabrała minister Kimi Onoda, odpowiedzialna za strategię promowania japońskiej kultury za granicą.

Nie odnosząc się wprost do konkretnego wideo z Naruto, Onoda przedstawiła stanowisko rządu z rzadko spotykaną bezpośredniością. „Podstawowa zasada uzyskiwania zgody od właścicieli praw autorskich obowiązuje w równym stopniu, gdy użytkownikiem jest instytucja publiczna” – stwierdziła. „Nawet w przypadkach, które mogą nie stanowić wyraźnego naruszenia praw autorskich, istnieje ryzyko, że utwór może zostać wykorzystany w sposób sprzeczny z intencjami właściciela praw, szkodząc wizerunkowi dzieła i wyrządzając krzywdę właścicielowi praw” – powiedziała japońska minister.

Onoda określiła to jako „kwestię wymagającą najwyższej ostrożności". Potwierdziła, że Japonia wielokrotnie przekazywała swoje poglądy w tej sprawie stronie amerykańskiej.

Petycja „Protect Japanese Manga” na platformie Change.org, pierwotnie uruchomiona po marcowym incydencie z „Yu-Gi-Oh!”, a wznowiona po filmie z Naruto, trafiła do japońskiego rządu. Następnie przekazano ją ministerstwu spraw zagranicznych oraz agencji ds. kultury.

Mimo krytyki Biały Dom nie zmienił swojego podejścia. Już dzień po wystąpieniu minister Onody na jego koncie na X pojawiło się kolejne wideo. Wykorzystywało motyw muzyczny z czołówki anime „Cowboy Bebop” oraz fragmenty innych materiałów japońskich twórców. W Japonii odebrano to jako sygnał, że dyplomatyczna krytyka nie powstrzymała administracji przed dalszym sięganiem po cudzą własność intelektualną. Żadna ze stron nie ogłosiła dotąd podjęcia kroków prawnych. Biały Dom i Departament Stanu konsekwentnie nie odpowiadają na prośby mediów o komentarz.

Stawka gospodarcza

Japoński rząd nie reaguje wyłącznie z pobudek sentymentalnych. Według danych Stowarzyszenia Japońskich Animacji (AJA) w 2024 r. wartość rynku anime osiągnęła rekordowy poziom 3,84 bln jenów, czyli około 25,25 mld dolarów. Przychody zagraniczne wzrosły o ponad jedną czwartą r/r do 2,17 bln jenów, czyli około 14,27 mld dolarów. Rynek krajowy urósł w tym samym czasie o 2,8 proc.

Masahiko Hasegawa, redaktor naczelny raportu AJA, podkreślał w ub. roku, że różnica między wielkością rynku zagranicznego a krajowego będzie nadal rosła na korzyść tego pierwszego.

Bank inwestycyjny Jefferies szacuje, że w 2030 r. globalny rynek anime, obejmujący streaming, merchandising, licencje i filmy, może być wart ponad 60 mld dolarów. W 2023 r. szacowano go na niewiele ponad połowę tej kwoty.

W 2024 r. wartość rynku anime osiągnęła rekordowy poziom 3,84 bln jenów, czyli około 25,25 mld dolarów.

Anime przestaje być jedynie elementem kultury popularnej i staje się jednym z filarów japońskiej polityki eksportowej. Rząd w Tokio chce do 2033 r. czterokrotnie zwiększyć wpływy z eksportu gier, mangi i anime – do 20 bln jenów rocznie, czyli ok. 130 mld dolarów. W zmienionej dwa lata temu strategii promocyjnej „Cool Japan” sektor kreatywny postawiono na równi ze stalą i półprzewodnikami.

W tym kontekście bezprawne wykorzystywanie japońskich postaci przez najwyższe władze USA przestaje być wyłącznie naruszeniem cudzych praw. Staje się niebezpiecznym precedensem.

Szara strefa prawa autorskiego

Sprawa ujawniła fundamentalne różnice między systemami prawnymi Japonii i USA. W Stanach Zjednoczonych instytucja tzw. „fair use”, czyli dopuszczalnego użytku chronionych dzieł, obejmuje m.in. komentarz polityczny i satyrę. Teoretycznie mogłoby to stanowić linię obrony Białego Domu. Japonia nie ma jednak równie szerokiej doktryny „fair use”. Tamtejsze prawo autorskie opiera się na wąsko zdefiniowanych wyjątkach, takich jak „cytowanie” w uzasadnionych przypadkach i dla konkretnych celów.

To właśnie ten dysonans prawny komplikuje ewentualne roszczenia. Materiały powstają na terytorium USA, przygotowują je podmioty podlegające prawu amerykańskiemu, a dodatkową warstwą niepewności jest użycie generatywnej sztucznej inteligencji.

Zarówno poszkodowane firmy, jak i japoński rząd wyraźnie sygnalizują jednak, że nawet jeśli działania administracji Trumpa nie są bezpośrednio niezgodne z prawem, mogą naruszać intencje twórców i szkodzić wartościom marek. W branży licencyjnej to argument o wymiarze komercyjnym, a nie tylko etycznym. Sprawa pozostaje jednak niezwykle delikatna, bo dotyczy relacji Tokio z najważniejszym sojusznikiem.

AI podgrzewa spór

Fakt, że „trumpowskie” wideo z Naruto zostało wygenerowane przy użyciu sztucznej inteligencji, budzi szczególny niepokój japońskiej branży.

Minoru Kiuchi, minister ds. własności intelektualnej i strategii AI, określił wówczas mangę i anime jako „niezastąpione skarby Japonii”.

Już w październiku rząd w Tokio zwrócił się do OpenAI o powstrzymanie naruszeń praw autorskich w generatorze wideo Sora 2. Zaledwie kilka godzin po premierze narzędzia w mediach społecznościowych pojawiły się klipy odtwarzające postaci z popularnych serii anime i gier, takich jak „One Piece”, „Demon Slayer”, „Pokémon” i „Mario”. Minoru Kiuchi, minister ds. własności intelektualnej i strategii AI, określił wówczas mangę i anime jako „niezastąpione skarby Japonii”.

Coraz tańsze i łatwiej dostępne narzędzia AI pozwalają na błyskawiczne, masowe generowanie treści naruszających prawa autorskie. Dla japońskich wydawców i studiów to już nie problem wizerunkowy, lecz realne ryzyko biznesowe.

Wypaczenie wizerunku postaci?

Oburzenie fanów wykracza poza granice prawa autorskiego. Naruto, stworzony przez znanego twórcę mangi Masashiego Kishimoto, to jedna z najbardziej rozpoznawalnych postaci w japońskiej popkulturze. W komiksach i animacjach nastoletni ninja walczy o ochronę rodzinnej wioski i całej ludzkości przed wojną oraz zniewoleniem. Bohater jest powszechnie kojarzony z wytrwałością, empatią i przebaczeniem. Użycie tej postaci w materiałach usprawiedliwiających agresywną politykę administracji Trumpa fani odebrali jako całkowite wypaczenie sensu dzieła.

Sam Kishimoto nie skomentował sprawy. Prawa do materiałów animowanych wykorzystanych w spornym wideo należą do producentów serii, a nie do samego twórcy. To może tłumaczyć powściągliwość mangaki.

Nana Suzuki, 34-letnia fanka anime z Kanagawy i współautorka petycji, wyjaśniła w czerwcu w rozmowie z BBC, dlaczego wykorzystanie fragmentów „Yu-Gi-Oh!” do promowania nalotów na Iran było dla niej szczególnie bolesne: „Kazuki Takahashi, twórca „Yu-Gi-Oh!”, zginął, próbując uratować kogoś w oceanie. Głęboko mnie zasmuciło, że jego szlachetny duch i przesłanie jego dzieła zostały użyte w kontekście militarnym – i że Takahashi już nie żyje, więc nie może zabrać głosu” – powiedziała.

Główne wnioski

  1. Wykorzystywanie przez specjalistów od komunikacji Białego Domu materiałów z japońskiej mangi, anime i gier komputerowych nie jest jednorazowym wybrykiem, lecz częścią powtarzającego się wzorca. Od marca administracja Trumpa co najmniej czterokrotnie wykorzystała japońską własność intelektualną bez zgody właścicieli praw, mimo narastającej krytyki, także dyplomatycznej.
  2. Reakcja Tokio na razie pozostaje głównie symboliczna. Mimo formalnych not protestacyjnych i publicznych wystąpień wysokich rangą urzędników Waszyngton nie odpowiedział na zarzuty i kontynuował publikowanie materiałów wykorzystujących estetykę oraz motywy anime. Presja dyplomatyczna bez realnych instrumentów prawnych może mieć ograniczoną skuteczność.
  3. Tłem sporu jest rynek wart ponad 25 mld dolarów, który władze Japonii chcą powiększyć czterokrotnie do 2033 r. Różnice między amerykańskim i japońskim prawem autorskim oznaczają, że działania Białego Domu mogą być trudne do zakwestionowania na drodze prawnej. Jednocześnie szkodzą reputacji marek, na których Japonia opiera strategię swojej soft power.