Kategoria artykułu: Sport

Ola Mirosław ostatni raz startuje w Polsce. „Moim marzeniem było skończyć karierę na szczycie”

W ten weekend na zawodach w Krakowie Aleksandra Mirosław ostatni raz wystąpi przed polską publicznością. Po tym sezonie kończy sportową karierę. – Moje życie będzie nie mniej intensywne – zapowiada mistrzyni olimpijska. W XYZ dzieli się planami na życie i opowiada o tym, jak zmieniała się w Polsce popularność jej dyscypliny.

Aleksandra Mirosław

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego Aleksandra Mirosław zdecydowała się zakończyć karierę i jak przygotowuje się do swojego ostatniego sezonu.
  2. Jakie ma plany na życie po sportowej karierze i czy zamierza pozostać w świecie wspinaczki.
  3. Jakie elementy niezbędne do szybkiego pokonywania ścianki wspinaczkowej przydają się także poza sportem.
Obejrzyj lub posłuchaj
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
00:00

Michał Banasiak, XYZ.pl: Zapowiedziała pani, że to ostatni sezon sportowych startów. Trudniejsze było ogłoszenie tej decyzji, czy może trudniejsze będą ostatnie zawody i pierwszy dzień po nich?

Aleksandra Mirosław, mistrzyni olimpijska, mistrzyni świata i Europy we wspinaczce sportowej:
Decyzja o zakończeniu kariery i zrobieniu tego w taki sposób była przemyślana. W  moim zespole rozmawialiśmy o tym wiele miesięcy przed tym, gdy informacja pojawiła się w przestrzeni publicznej. W nagraniu tego oświadczenia, tego filmiku, najtrudniejszy był chyba moment, kiedy usiadłam przed  kamerą i miałam zacząć mówić. Wcześniej bardzo długo się przygotowywałam. Wiedziałam, co chcę powiedzieć. Miałam wszystko wypunktowane, żeby nie zgubić wątku.

Natomiast pamiętam ten moment, jak usiadłam na krześle, tak jak siedzę teraz tutaj. I wtedy chyba najbardziej mnie to uderzyło, że ten etap wkrótce się zakończy. Ale ja podchodzę do tego z dużym optymizmem, entuzjazmem i ekscytacją. Bo kończę karierę na moich zasadach. Kończę karierę tak, jak zawsze chciałam, czyli na absolutnym szczycie.

Wizja zakończenia kariery wpłynęła na pani podejście do startów w tym roku?

Przygotowania do tego sezonu są takie jak do każdego innego. Najpierw czeka mnie Puchar Świata w Krakowie. Będzie moim pierwszym startem w tym sezonie i zarazem ostatnim startem w ogóle w Pucharze Świata. To będą dla mnie naprawdę bardzo ważne zawody przed polską publicznością. Wydaje mi się, że to chyba jest najpiękniejsze, co można zrobić, czyli skończyć karierę w swoim kraju. Oczywiście potem czekają mnie jeszcze mistrzostwa Europy, do których też się przygotowuję.

Ogłaszając koniec kariery, zrobiłam to zgodnie z moimi wartościami. Chciałam być w porządku wobec moich partnerów, sponsorów, osób, które mnie wspierają, a przede wszystkim właśnie wobec kibiców. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której schodzę ze sceny w Krakowie i mówię: to był mój ostatni start w Pucharze Świata, przede mną mistrzostwa Europy i potem kończę. Albo, co gorsze, zrobić to na przykład w grudniu już po całym sezonie. Po prostu powiedzieć, że się wycofuję z rywalizacji. To kompletnie nie byłoby zgodne z tym, w co wierzę.

Pośród morza komentarzy od kibiców wiele wyrażało zaskoczenie, że nie wystartuje pani na igrzyskach w Los Angeles i nie będzie walczyć o drugie olimpijskie złoto. Kibice oczywiście chcieliby jak najdłużej oglądać w akcji sportowców, którzy przyzwyczaili ich do sukcesów. Przekuję te komentarze w pytanie: dlaczego nie zdecydowała się pani rywalizować w Los Angeles? Może tropem będzie to, co słyszeliśmy po igrzyskach w Paryżu, czyli słowa o pustce, którą pojawiła się po zdobyciu złotego medalu? Kiedy dotarło do pani, że zdobyła pani w swojej dyscyplinie wszystko, co było do zdobycia.

To, co mówiłam po zdobyciu medalu olimpijskiego, było związane z tzw. Post-Olympic Syndrome, czyli bardzo intensywnym okresem pod względem psychologicznym. Dotyka on nie tylko sportowców, ale często również trenerów i członków sztabu szkoleniowego.

Kiedy przez lata całe życie podporządkowuje się jednemu celowi, a później ten cel zostaje osiągnięty, pojawia się naturalne pytanie: co dalej? Trzeba na nowo zbudować swoją motywację, odnaleźć się w nowej rzeczywistości i odpowiedzieć sobie, co ma napędzać do kolejnych sezonów. Ja rzeczywiście mierzyłam się z tym w 2025 roku. To był ważny i momentami trudny proces, ale też bardzo rozwijające doświadczenie.

Natomiast decyzja o zakończeniu kariery w żaden sposób nie była tym podyktowana i nie jest z tym związana. Powiedziałabym, że z mojej strony jest to trochę akt odwagi. Ciężko się kończy karierę właśnie będąc na szczycie i myśląc sobie, co by było, gdyby. Kiedy rzeczywiście to już stało się realne i wiedziało o tym trochę więcej osób, to były różne myśli w głowie i to jest też trochę temat do przepracowania ze wsparciem.

A dlaczego kończę akurat teraz? Bo mogę. I powiedziałabym, że tak naprawdę jestem w momencie w sporcie, kiedy nic nie muszę, a wszystko mogę. Zawsze o tym marzyłam, nawet wtedy, gdy wspinaczka nie była jeszcze sportem olimpijskim ani szczególnie rozpoznawalnym. Już jako nastolatka miałam w głowie myśl, że jeśli kiedyś będę kończyć karierę, to chciałabym zrobić to na szczycie, wygrywając i zdobywając najważniejsze tytuły. A potem spokojnie zacząć ten drugi etap życia.

Aleksandra Mirosław
Podczas ubiegłorocznych zawodów Pucharu Świata w Krakowie Aleksandra Mirosław wywalczyła 3. miejsce. Fot. PAP/Łukasz Gągulski

Decyzja o tym, żeby poinformować o zakończeniu kariery przed sezonem nie była trochę bezpiecznikiem? Gdyby się okazało, że w tym sezonie będzie pani szła od zwycięstwa do zwycięstwa, mogłaby w międzyczasie pojawić się chęć, żeby jednak jeszcze jeden sezon skraść. A po oficjalnej, publicznej deklaracji o końcu, trudniej zmienić zdanie.

Nie, nie powiedziałabym. To było podyktowane przede wszystkim tym, że staram się być w moim życiu szczera. Dla mnie w ogóle bardzo ważne w życiu są właśnie szczerość, uczciwość, autentyczność. Opublikowanie tej decyzji przed rozpoczęciem sezonu było podyktowane właśnie tym.

Chciałam, żeby to było zaproszenie dla wszystkich ludzi, którzy przez tyle lat byli przy mnie, kibiców, partnerów i sponsorów, żeby weszli ze mną w ten, jak się dziś mówi, „last dance”. Żebyśmy razem przeżyli ten ostatni sezon, świadomi tego, do czego wspólnie zmierzamy. Ambicje i cele dla mnie są takie same, więc jestem spokojna w procesie, który wykonuję. W Krakowie jedyne co mi zostanie, to tak jak było i w Seulu [Aleksandra Mirosław zdobyła tam mistrzostwo świata w 2025 roku – przyp. red.], i w Paryżu – po prostu biegać swoje biegi.

Czy jest coś, na co najbardziej czekasz po zakończeniu kariery? Mam na myśli rezygnację czy porzucenie tego, co jest wpisane w życie profesjonalnego sportowca: dieta, reżim treningowy, życie na walizkach.

Myślę, że moje życie nie będzie mniej intensywne, kiedy już zakończę karierę. Będzie równie intensywne, tylko w troszeczkę innych obszarach. Ale czy czekam na coś? Chyba nie. Nauczyłam się w sporcie nie snuć scenariuszy. Staram się zawsze być tu i teraz i żyć chwilą obecną. Myślę, że najtrudniejsze w całym procesie zakończenia kariery, czyli gdy ten ostatni start już się odbędzie, będzie właśnie zbudowanie na nowo swojej tożsamości. Trochę odnalezienie się w tym nowym życiu.

Jestem przyzwyczajona do tego, że mam cel, do którego dążę i on jest bardzo mierzalny. To są zawody, to jest mistrzostwo Europy, to jest mistrzostwo świata itd. Myślę, że dużym wyzwaniem będzie poszukiwanie tych celów, żeby rzeczywiście gdzieś tam dążyć. Chociaż mam przygotowane takie delikatne fundamenty pod to, żeby zostać w tym sporcie, ale w innej roli.

Co jest na najbliższym horyzoncie po zakończeniu kariery? To są głównie projekty, które już pani rozwija, jak chociażby swoją sportową akademię dla dzieciaków czy interaktywne ścianki Reclimb? A może jakieś nowe pomysły, których kibice jeszcze nie znają, ale już są w poczekalni?

W tym momencie mam trzy główne projekty. Jeden to jest właśnie moja Akademia 6.02, która jest obszarem odpowiedzialnym za rozwój sportowy dzieci. Dzięki nawiązaniu współpracy z Hopa Park, firmą, która będzie budować rodzinne centra rozrywki, będziemy mieć możliwość stworzenia filii w minimum 20 największych miastach w Polsce. Jak tylko mam możliwość, biorę udział w treningach otwartych dla dzieci Akademii w Lublinie i widzę, jak trzylatkowie, czterolatkowie, sześciolatkowie cieszą się ruchem. I to jest dla mnie fantastyczne.

Najważniejsze w filozofii całej Akademii nie do końca było to, że szukamy drugiej Oli Mirosław, tylko przede wszystkim pokazanie dzieciom, że wspinanie jest fajnym sportem i że w ogóle ruch może być świetną zabawą. A to, czy one zostaną w wspinaniu, czy pójdą do innego sportu, to dla mnie jest drugorzędna sprawa. Chcę po prostu budować zdrowe nawyki, ale też rozwijać kompetencje, ponieważ stawiamy na współpracę, wzajemny szacunek i wspieranie się w grupie. Ważne jest dla mnie, żeby dzieci uczyły się wiary w siebie, otwartości na innych i dostrzegania wartości nawet w najmniejszych postępach i małych krokach.

Drugi projekt?

6,02 Up!Games, czyli zawody dla dzieci. Staramy się w nich –  po pierwszych edycjach mogę powiedzieć, że udało nam się to całkiem nieźle – pokazywać rywalizację z takiej przyjaznej strony. Cieszyć się z tego, że pomimo stresu, pomimo nerwów dziecko wystartowało, podjęło wyzwanie. I zawsze staramy się to zauważać i gratulować. Miałam okazję rozmawiać z wieloma rodzicami i dziećmi po tych zawodach. Dlatego w tym roku chcemy wrócić z cyklem na większą skalę.

Trzeci projekt to zapewne ścianki Reclimb.

To są ścianki interaktywne, które są świetnym pierwszym krokiem na ściance, gdzie łączymy świat online i offline. Pokazujemy, że to może iść razem. Podczas wspinania gra się w interaktywną grę dla dwójki dzieci. Jedno dziecko przy tablecie uruchamia grę, drugie rywalizuje, a potem mogą się zamieniać. To trochę wyjście naprzeciw potrzebom dzisiejszego świata.

Po zdobyciu złota olimpijskiego, na fali euforii pojawiały się komentarze, że ścianka wspinaczkowa powinna powstać w każdej szkole. Albo przynajmniej w każdej gminie. Za chwilę miną dwa lata od pani złotego biegu. Gdzie dziś jesteśmy, jeśli chodzi o infrastrukturę wspinaczkową w Polsce i popularność tego sportu?

Popularność w sensie śledzenia zmagań reprezentacji Polski czy bycia w świadomości polskiego kibica jest bardzo duża. Wspinanie weszło do mainstreamu i to widać. Natomiast w kontekście  systemowym, szkoleniowym – tutaj powiedziałabym, że niestety mój sukces nie do końca został wykorzystany. Dlatego stworzyłam swoją akademię i chcę ją rozwijać tak, żeby docierać do coraz większej liczby dzieci i pokazywać im, jak różnorodnym sportem jest wspinanie. To nie tylko moja konkurencja, czyli wspinanie na czas, ale też bouldering, wspinanie z liną czy wspinanie w górach. Pod słowem „wspinanie” kryje się naprawdę wiele aktywności i myślę, że wiele osób może znaleźć w tym coś dla siebie.

Można panią czasem spotkać wspinającą się po jakichś skałkach?

Teraz nie mam na to za bardzo przestrzeni, ponieważ na tym najwyższym poziomie specjalizacja jest już naprawdę bardzo wąska i każdy trening jest ważny. Kalendarz mam rozpisany aż do samych mistrzostw Europy. Ale kiedyś, gdy byłam juniorką, wspinałam się również na skałkach. Zresztą startowałam we wszystkich trzech konkurencjach wspinaczkowych i to jest to, co też zawsze podkreślam: ważne jest, aby dzieci i młodzież, jeśli jest to tylko możliwe, jak najpóźniej wchodziły w specjalizację.

Ten ogólny rozwój jest niezwykle ważny w kontekście budowania zdrowego życia, zdrowych nawyków i przyszłości naszego społeczeństwa. Czasami można spotkać mnie na szlakach górskich, ale takich bardzo turystycznych. Wybieram się tam z mężem i psem w ramach relaksu, odpoczynku, pobycia w naturze. Uwielbiam przebywać w naturze, uwielbiam życie analogowe i jestem jego ogromnym zwolennikiem. W dzisiejszych czasach jest troszeczkę trudno je prowadzić, ale korzystam z każdej przestrzeni, żeby wyjść, pobyć ze swoimi myślami. Być sama ze sobą w naturze i w ciszy.

Ma pani ten komfort, że w swoje, nazwijmy to, „pokarierze” wejdzie pani z dość dużymi zasobami. Mówię o rozpoznawalności, liczbie obserwujących w social mediach – dziś ważnej rzeczy, która liczy się w świecie wirtualnym. To jest pewien kapitał, na który zapracowała pani latami swoich sukcesów. W którym momencie zrozumiała pani skalę swojej popularności?

Ta popularność i rozpoznawalność nadal mnie czasami potrafią zaskoczyć. Myślałam, że trzy miesiące, pół roku, rok po igrzyskach, powoli zacznie zanikać. W każdym razie do tej pory czasami na lotnisku, w samolocie, galerii handlowej, gdzieś na ulicy rzeczywiście ludzie mnie rozpoznają i to zawsze są bardzo miłe spotkania.

Czasami gdzieś w biegu uda się zamienić kilka słów albo po prostu przywitać. Natomiast pierwszym momentem, w którym przekonałam się o tej popularności czy rozpoznawalności, był gościnny udział w Top Model. Szłam w Sopocie z moją przyjaciółką i rzeczywiście ludzie mnie rozpoznawali. To też było dość świeżo po igrzyskach, więc taki pierwszy moment, kiedy rzeczywiście miałam możliwość się z tym zetknąć, odczuć to. A potem trzeba się było nauczyć na nowo funkcjonować w przestrzeni publicznej.

Wywodzę się ze sportu, który dopiero kilka lat temu stał się sportem olimpijskim. Wcześniej w Polsce był kompletnie nieznany i to się rok po roku zmieniało. W bardzo krótkim czasie nastąpił bardzo duży przeskok. Zwłaszcza po złotym medalu w Paryżu każdy wiedział, kim jest Ola Mirosław. Koniec końców, skończyłam na billboardzie koło Pałacu Kultury, czego w ogóle się nie spodziewałam. Jak po raz pierwszy zobaczyłam ten billboard , byłam w wielkim szoku, jakie to jest duże.

Aleksandra Mirosław
Aleksandra Mirosław ze złotym medalem olimpijskim i swoim ówczesnym rekordem świata. Później poprawiła go jeszcze o 0,03 sekund. Fot. Michael Reaves/Getty Images

Jakie aspekty popularności sprawiają, że docenia pani fakt bycia rozpoznawalną i medialną osobą?

To, że realnie mogę inspirować. Mam wpływ na młode pokolenie i mogę przekazywać
wartości, w które wierzę. Tłumaczyć, że sport to nie tylko trening, to, co widzimy w social mediach. To przede wszystkim rozwijanie się, budowanie swojej osobowości, charakteru. Sport nauczył mnie determinacji, cierpliwości i wytrwałości. Nie tylko w sporcie, ale też w życiu na efekty wykonanej pracy musimy czasami poczekać. Musimy być cierpliwi.

To z drugiej strony: czy są jakieś elementy popularności, które być może przytłaczają, czasami męczą, sprawiają, że myśli pani, że lepiej byłoby być tą Olą Mirosław sprzed kilku lat? Olą, która miała sukcesy sportowe, swoją grupę fanów, ale jednocześnie nie była rozpoznawana w każdym miejscu w Polsce?

Jestem bardzo daleka od stwierdzenia, że nie chciałabym być popularna czy rozpoznawalna. Ta rozpoznawalność ma w sobie bardzo dużo dobrego. I przede wszystkim na tym się skupiam. Oczywiście, momentami może być to przytłaczające. Z natury jestem introwertykiem. Dla mnie duża ilość bodźców, duże eventy, spotkania są rzeczami, do których muszę się przygotować, których musiałam się też nauczyć i których nadal się uczę. Ale bardziej traktuję to jako wyzwanie i kolejny bodziec do rozwoju niż coś na zasadzie „to ja już nie chcę, schowam się i zapomnijmy o mnie”.

We wspinacze oczywiście szybkość jest niezwykle ważna, ale ważne są także siła, wytrzymałość, powtarzalność i mam wrażenie, że nieomylność. Każdy błąd to od razu koniec. Nie ma możliwości na tak krótkim dystansie, w tak krótkim czasie nadrobienia błędu. Jakie lekcje ze wspinaczki sportowej można wyciągnąć i stosować poza tym sportem?

Przygotowanie mentalne.

Czyli coś, czego nie widać.

Tak, to jest coś, czego nie widać i czego nie da się dotknąć. Trening mentalny potrafi być jednak równie wymagający jak trening fizyczny. Cieszę się, że coraz więcej się o tym mówi. Jeszcze kilka lat temu sama nawet nie myślałam o tym, że będę współpracować z psychologiem.

Wymieniła pani cechy, które daje sam sport. A czy jest coś konkretnego, co można przenieść ze ścianki do życia codziennego? 

Podejmowanie wyzwań. W mojej konkurencji czasami jest tak, że poślizgnie się noga, przegra się o te setne, czasami o tysięczne sekundy, trzeba się z tego szybko podnieść. Czasami jest na to jedynie pięć minut. Miałam tak w zeszłym roku w Krakowie. W półfinale przegrałam z Amerykanką i miałam pięć minut na to, żeby pobiec o brązowy medal. Jest to bardzo mało czasu, ale lata doświadczenia nauczyły mnie zamykać pewne niepotrzebne w danym momencie rzeczy w szufladzie i rozpakowywać dopiero po zakończonej rywalizacji. Czasami po prostu musimy się w sobie zebrać i iść dalej. Natomiast nie chodzi o to, żeby zakopywać i zostawiać negatywne emocje, bo wcześniej czy później do nas wrócą.

W tym roku padła granica dwóch godzin w maratonie. Gdzie według pani jest ta granica we wspinaczce sportowej kobiet? Jedenaście razy poprawiała pani najlepszy wynik na świecie, więc nie ma właściwszej osoby, żeby zadać to pytanie.

Nie mam zielonego pojęcia. Staram się nie stawiać sobie granic i tak naprawdę w mojej
całej karierze nigdy nie chodziło o rekordy świata. Bardzo głęboko w sercu i w głowie
mam słowa Ireny Szewińskiej, że rekordy są po to, żeby je bić, a tytuły zostają do końca
życia” I ja dokładnie tak podchodzę do każdego kolejnego startu.

Skupiam się na tym, żeby biec swoje najlepsze biegi. A ten rekord świata to jest taki trochę skutek uboczny świetnego przygotowania fizycznego, mentalnego i tego momentu, kiedy te dwie rzeczy idealnie ze sobą zagrają w konkretnym biegu. Rzeczywiście pobiłam 11 ostatnich rekordów świata, ale to nie znaczy, że tylko ja mam monopol na bicie rekordów i wygrywanie. Oczywiście uczyłam się budowania tego przez lata. Teraz mogę powiedzieć, że dla mnie najważniejsze na imprezie docelowej jest to, że wychodzę z spokojną głową i wiem, że w okresie przygotowania zrobiłam absolutnie wszystko, co było możliwe. I że mogę wyjść gotowa do startu i po prostu zobaczyć, co się wydarzy.

Obecnie rekord świata wynosi 6.03 s. Być może w tym ostatnim sezonie jeszcze go pani wyśrubuje. W jakimś biegu treningowym pojawiła się piątka z przodu na zegarze?

Nie, nigdy nie pobiłam rekordu świata na treningu.

Czyli galowe występy zawsze zostawiała pani na najważniejsze imprezy.

Tak. Ale też wydaje mi się, że w takim sporcie, gdzie nie da się ustawić dokładnie tego centymetra – jak chociażby w skoku o tyczce – to jest też trochę losowość. Pobiegłam 6.03, a mogłam pobiec 6.07 albo 5.99. Wyłączasz zegar na górze i dopiero wtedy widzisz, co tam jest. Nie jesteś w stanie tego w żaden sposób wymierzyć. To też jest bardzo ekscytujące, bo kibice też czekają do końca, żeby zobaczyć, co tam było na wyświetlaczu.

To wielkie ukłony, bo przecież jest mnóstwo zawodników, którzy mają ten problem, żeby świetne wyniki z treningów przenieść właśnie na te największe zawody.

To prawda. Niewielu zawodników potrafi przełożyć trening na jeszcze lepsze starty w zawodach, szczególnie pod tak dużą presją. Być może zabrzmi to nieskromnie, ale właśnie tym często charakteryzuje się absolutny top sportu wyczynowego.


Wejście wspinaczki do programu igrzysk dało jej rozgłos i popularność. Poszły za tym finanse?Nie pytam stricte o współprace partnerskie, bo na to zapracowała pani trochę osobno, osiągając sukcesy i budując swoją rozpoznawalność. Chodzi np. o nagrody dla uczestników zawodów.

U nas w sporcie była dość ciekawa sytuacja po igrzyskach w Tokio. Wcześniej nagrody finansowe wynosiły ok. 4 tys. euro za wygranie i nagle po Tokio… zmalały. Za wygranie zawodów Pucharu Świata w 2022 roku było 2,8 tys. euro. I dopiero potem sukcesywnie, powoli nagrody rosły. W tamtym roku pojawiły się dwa progi finansowe. Taki próg wyższy to było za zwycięstwo 7 tys. euro, a próg niższy to było 3,5-3,7 tys. euro. Czyli nie mając kontraktów sponsorskich, nie mając wsparcia partnerów, nie wyżyje się z tego sportu. Nawet wygrywając wszystko po kolei. Nakłady czy inwestycje w siebie, w zespół są tak duże, że z samych nagród finansowych ciężko by było to wszystko finansować.

Igrzyska przyciągnęły do sportu nową falę zawodników?

W Stanach Zjednoczonych czy Chinach jest ogromny potencjał ludzi, zawodników, wiedzy i przede wszystkim potencjał finansowy. W Chinach jest bardzo dużo zawodniczek biegających na poziomie od 6.3 do 6.8 s. Z kolei w Stanach, Korei, we Włoszech czy w Hiszpanii widać bardzo dużą grupę młodych zawodniczek, które dynamicznie się rozwijają i coraz mocniej zaznaczają swoją obecność na arenie międzynarodowej. Te reprezentacje naprawdę idą mocno do przodu.

Zresztą dzięki pani mężowi, który jest trenerem reprezentacji Hiszpanii.

Tak, jest trenerem reprezentacji Hiszpanii od 2025 roku, więc mam trochę taki insajderski wgląd. Natomiast generalnie widać, że jest coraz więcej młodych zawodników w rywalizacji seniorskiej. To jest już pierwsze pokolenie olimpijskie. W tym momencie jestem najstarszą zawodniczką w cyklu Pucharu Świata w mojej konkurencji. Większość pozostałych zawodniczek to młode seniorki w wieku, 18-19 lat, 22-23 czy 25 lat. Ja jako jedyna mam 30 lat.

Kiedy kończyłam studia, wspinaczka była jeszcze sportem nieolimpijskim. Trzeba było podjąć decyzję, co dalej, zająć się tak zwanym życiem dorosłym. Razem z moim mężem, który do dziś jest moim trenerem, przeszliśmy cały ten etap i doszliśmy do momentu, w którym wspinaczka sportowa stała się sportem olimpijskim. Byłam więc w samym środku tej transformacji. Natomiast zawodniczki, z którymi dziś rywalizuję, to już pierwsze pokolenie trenowane i wychowywane właśnie z myślą o igrzyskach olimpijskich.

Z igrzysk w Paryżu pamiętam, jak chwilę po zwycięskim finale mieszały się u pani radość i wzruszenie. Gdy minęło parę miesięcy i to wszystko okrzepło, co było dla pani taką największą radością? Satysfakcja stricte sportowa, związana ze zdobyciem sportowego Złotego Graala, kwestia pieniędzy, które się pojawiły czy może popularność, o której rozmawialiśmy?

Trudno tak jednoznacznie odpowiedzieć. Podobnie jak po samym starcie, tak do tej pory, gdy patrzę na ten medal, towarzyszy mi miks emocji. Przede wszystkim to jest ogromna duma, że to zrobiliśmy. Mówię „zrobiliśmy”, bo to był cały zespół i ja wiem, ile to mój zespół kosztowało. Ile to kosztowało mojego trenera, menedżera, dietetyka, psychologa, fizjoterapeutę. Sama bym tego nie zrobiła i sama bym nie doszła do tego poziomu.

Jestem ogromnie wdzięczna za ludzi, których mam wokół siebie, którzy mnie wspierają. Zawsze też staram się podkreślać, że choć jest to sport indywidualny, to jednak gra się w drużynie i ma się za sobą sztab ludzi, który dba o wiele aspektów mojego życia. Na pewno nigdy nie były dla mnie wyznacznikiem pieniądze. W Paryżu czy nawet po Paryżu, gdy pojawiały się doniesienia i wyliczenia, ile zarobiłam na tym medalu, nie do końca mnie to interesowało. Kiedyś się nad tym zastanawiałam. Ciężko jest nawet wyliczyć moment, kiedy już wychodzisz na zero albo masz górkę, bo przez te wszystkie lata to jest niekończąca się inwestycja.

W sprzęt? Dietę? W ludzi?

Dla mnie wszelkiego rodzaju pieniądze, które pozyskiwałam od partnerów, sponsorów, stypendia sportowe, to była forma inwestycji w mój rozwój sportowy. Zawsze starałam się inwestować w zespół, sprzęt, suplementację. Na pewno nie myślałam o tym w kategoriach finansowych ani o tym, że nagle pojawią się wielkie kontrakty. Oczywiście wsparcie i stabilizacja są ważne, szczególnie na dalszym etapie kariery, kiedy trzeba jeszcze bardziej dbać o regenerację, szukać nowych metod treningowych i pracować nad każdym, nawet najmniejszym procentem poprawy. Wszystko po to, żeby organizm nadal się rozwijał i pozwalał rywalizować na najwyższym poziomie. Ale kiedy myślę o medalu z Paryża, przede wszystkim czuję ogromną satysfakcję i dumę.

Czyli przez te prawie dwa lata tytuł mistrzyni olimpijskiej pani nie spowszedniał.

Ostatnio na jednym ze spotkań, dotarło do mnie, że – kurczę – ja jestem jedyną aktualną mistrzynią olimpijską w kraju. To jest ogromna duma, że zrobiłam coś takiego, co robi ułamek procenta ludzi na Ziemi. To coś niesamowitego i czasami myślę, że chciałabym wrócić do Paryża, na podium i poczuć jeszcze raz te wszystkie emocje. To jest oczywiście niemożliwe, ale lubię wracać do tego startu. Nie jako benchmark, że teraz wszystko ma tak wyglądać. Bardziej jako bardzo cenne doświadczenie i emocje, które zostaną ze mną na pewno do końca życia.

Po tych paryskich igrzyskach w Polsce pojawiło się hasło, że sport jest kobietą. Poza tym, że jedyny medal złoty przywiozła kobieta, to generalnie większość medali zdobyły kobiety. Medal dla siatkarzy liczymy jako jeden oczywiście, bo gdybyśmy rozbili na liczbę zawodników, to trochę by nam się zmultiplikowały. Ma pani poczucie, że rzeczywiście w naszym sportowym świecie kobiety zaczęły dominować?

Powiedziałabym, że jesteśmy w bardzo ciekawym momencie rozwoju sportu kobiecego, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Widać, że kobiety rozwijają się sportowo niezwykle dynamicznie. Jednocześnie pojawia się coraz więcej badań dotyczących treningu, regeneracji czy żywienia właśnie w kontekście kobiet. Znam to też trochę od kuchni, ponieważ mój mąż specjalizuje się w treningu kobiet. Przez wiele lat większość protokołów treningowych czy regeneracyjnych powstawała głównie na podstawie badań prowadzonych na mężczyznach.

Dziś coraz lepiej rozumiemy, że organizm kobiety funkcjonuje inaczej i wymaga indywidualnego podejścia, chociażby w kontekście regeneracji czy leczenia kontuzji. Myślę, że właśnie dlatego w wielu dyscyplinach widać tak szybki rozwój sportu kobiecego i coraz szybsze przesuwanie granic. Składa się na to wiele czynników. Ogromne znaczenie ma jednak większa wiedza, lepsze przygotowanie treningowe i bardziej świadome podejście do pracy z zawodniczkami. Dzięki temu kobiety mogą rozwijać się skuteczniej i po prostu trenować zdrowiej.

Aleksandra Mirosław i Mateusz Mirosław
Aleksandra Mirosław z mężem Mateuszem przed Galą Mistrzów Sportu. Fot. FOTON/PAP

W pani sporcie zawody mężczyzn i kobiet odbywają się w zasadzie jednocześnie. Wszyscy startują w tym samym miejscu, na tym samym torze, naprzemiennie. W porównaniu do wielu innych dyscyplin organizatorzy imprez wspinaczkowych równo traktują zawodniczki i zawodników.

Faktem jest, że kobiety i mężczyźni różnią się biologicznie i nigdy nie będziemy identyczni pod względem fizycznym. Natomiast bardzo zmienia się samo postrzeganie kobiet w sporcie. Kiedy mężczyzna pokazuje emocje, często mówi się, że jest wrażliwy albo że bardzo mu zależy. Kiedy podobnie zachowuje się kobieta, przez lata częściej określano ją jako zbyt emocjonalną. Dziś na szczęście coraz bardziej się to zmienia.

Jeśli chodzi o samo wspinanie, to jest to stosunkowo młody sport, który rozwijał się już w czasach, gdy rola kobiet w społeczeństwie była zupełnie inna niż choćby na początku historii lekkoatletyki. Dzięki temu we wspinaniu od początku panowała duża równość. Nigdy nie było różnic w nagrodach finansowych dla kobiet i mężczyzn, startujemy razem i nigdy nie było sytuacji, w której mężczyźni byli traktowani priorytetowo, na przykład pod względem godzin startów. Kobiecy i męski sport postrzegam jako dwie różne dziedziny, ale uważam, że sport kobiet jest równie atrakcyjny i emocjonujący jak sport mężczyzn.

Gdzie za rok będzie Ola Mirosław, jeśli chodzi o budowanie – jak powiedziała pani na początku naszej rozmowy – swojej nowej tożsamości? Chociaż ja się upieram, że ona nie do końca będzie nowa. Wchodzi pani w nowy etap już z pewnymi zasobami i wspinaczki też nie porzuca. Są sportowcy, którzy mają dość, kończą karierę i nie chcą mieć nic wspólnego ze swoją dyscypliną, bo po prostu tak dała im w kość, jeśli chodzi o treningi czy podróże. Mają przesyt i próbują budować się zupełnie na nowo. W pani przypadku już wiemy, że nie będzie to całkowicie nowa Ola Mirosław.

Mam narzędzia i wspaniały zespół wokół siebie. To jest ogromny przywilej i właśnie to pozwala mi równolegle mieć ten ostatni sezon na najwyższym poziomie. Mogę się skupić na sporcie. A z drugiej strony idzie równolegle ta druga oś, czym będę się zajmowała po życiu sportowym. Gdzie widzę siebie za rok? Nie wiem. Zawsze miałam takie jedno życzenie w swoim życiu: być po prostu szczęśliwą.

Artykuł powstał na zlecenie Totalizatora Sportowego, właściciela marki LOTTO.