Zbudował Booksy, teraz pomaga na wojnie. Konrad Howard i inwestycyjna ofensywa (WYWIAD)
Po 14 latach budowania Booksy mógł wybrać spokojne życie inwestora. Wybrał jednak Ukrainę, defense tech i startupy, które mają realnie wpływać na bezpieczeństwo. Opowiada, dlaczego jeździ na miejsce wojny, czego Polska powinna nauczyć się od Ukraińców i czemu branża musi podjąć konkretne działania.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego współtwórca Booksy, zamiast odpoczywać po sukcesie angażuje się dziś w startupy, defense tech i projekty związane z Ukrainą.
- Jak wojna zmienia podejście do technologii i dlaczego zdaniem rozmówcy Polska powinna szybciej uczyć się od ukraińskiego ekosystemu innowacji.
- Co stoi za zjawiskiem „Booksy mafii” i dlaczego byli ludzie z tej firmy zakładają kolejne projekty o ambicjach globalnych.
Cezary Szczepański: Działa pan jeszcze operacyjnie w Booksy?
Konrad Howard, współtwórca Booksy: Nie. Wspieram swojego wspólnika Stefana Batorego, żeby dojść do momentu, o którym zawsze marzyliśmy: żeby Booksy weszło na giełdę i było rzeczywiście rozwiązaniem numer jeden na świecie. Dzięki temu mam teraz więcej czasu na inne projekty. W zasadzie cały czas podróżuję. Za chwilę jadę na Ukrainę, a później do Stanów pomóc rozwijać kolejny startup.
Szuka pan ciekawych startupów z Ukrainy?
Tak. Współpracuję z funduszami i ludźmi, którzy inwestują w startupy obronne i są aktywni w Ukrainie. Inwestuję też samodzielnie. Teraz jadę spotkać się ze startupami. Uważam, że trzeba na żywo obserwować ten konflikt, aby lepiej zrozumieć, jakie są priorytety, co działa, co nie działa i jak można jeszcze szybciej rozwijać technologię w tym obszarze.
Warto wiedzieć
Konrad Howard
Konrad Howard to przedsiębiorca, anioł biznesu i współtwórca Booksy, jednej z najbardziej rozpoznawalnych polskich firm technologicznych. Wcześniej współtworzył także iTaxi oraz software house SensiSoft. W Booksy odpowiadał m.in. za innowacje i rozwój produktu, a spółka urosła do globalnej platformy rezerwacji usług beauty, działającej na wielu rynkach. W 2026 r. odszedł od bieżącego zarządzania firmą, pozostając jej współzałożycielem i udziałowcem. Dziś inwestuje w startupy z obszaru AI, sportu, edukacji i defense techu.
W co inwestuje Konrad Howard
Czyli chce pan sprawdzić, które technologie mają teraz największy potencjał?
Tak. Obronność zmienia się dziś błyskawicznie. Widzimy po Ukrainie, że technologie zmieniają się naprawdę co sześć tygodni. Jakieś rozwiązanie w ciągu tych kilku tygodni jest kopiowane przez drugą stronę. Bez zrozumienia tego ekosystemu i współpracy na miejscu nie zbudujemy innowacji wartościowej także dla Polski.
A USA?
Wspieram finansowo i angażuję się osobiście w startupy, w które zainwestowałem. Przykładowo, For Active zakończył teraz rundę seed, której liderem był polski fundusz Simpact VC. Robimy też nowe projekty.
Nie lubi pan nudy?
Po 14 latach w Booksy potrzebowałem czegoś, co daje wyzwania i rzeczywiście nie pozwala się nudzić. Na przykład zmiany technologiczne związane z AI, robotyką i względnie nowym sektorem, czyli defense tech, bardzo mnie pociągały. Chciałem jeszcze coś zrobić. Mam już 50 lat i nie chciałem tylko odcinać kuponów albo dalej dokręcać śrubek w Booksy, tylko zrobić jeszcze coś fajnego, przydatnego i rozwijającego mnie osobiście.
Jak Howard wspiera „booksy mafia”
Przez wiele lat słyszałem narzekanie, że słabością naszego rynku jest mała liczba founderów, którzy wspierają nowe inicjatywy. Pan zainwestował w For Active czy TridentAI – czyli inicjatywy powołane przez ludzi z Booksy. Rozwija pan tzw. booksy mafia?
To są inne produkty, inne kategorie i inne problemy do rozwiązania, ale rzeczywiście wspólny jest zespół, który wcześniej tworzył Booksy. Wspólne jest też to, że jest to projekt, który zmienia życie wielu ludzi. Nie jest to nudne oprogramowanie do zarządzania ani jakaś gra, tylko coś, co ma pozytywny impact społeczny. Daje nam to ogromną frajdę nie tylko od strony biznesowej, ale też ludzkiej.
Co teraz skłania pana do inwestowania? Zakładam, że pieniądze są ważne, ale nie najważniejsze.
Wszyscy mówią, że pieniądze nie są najważniejsze, a później okazuje się, że wszyscy skupiają się na zarabianiu coraz większych pieniędzy. W przypadku founderów startupowych jest jednak jeszcze jeden czynnik: my naprawdę potrzebujemy adrenaliny, sprawczości i poczucia, że robimy coś na granicy ryzyka.
Founderzy muszą być szaleni…
Startupy są firmami, które tworzą innowacje, działają w skrajnej niepewności biznesowej i pod olbrzymią presją czasu. Często nie mają gotowego, rentownego produktu, zagwarantowanych przychodów, rozeznania rynku i bazy klientów. Tego wszystkiego dopiero poszukują. Ale gdy już znajdą taki zalążek i uda im się stworzyć produkt i model biznesowy, potrafią go skalować wykładniczo. Technologia bardzo szybko się zmienia. Jesteśmy przyzwyczajeni do adrenaliny i zmian, które nas napędzają. To jest równie ważne jak sam biznes. Chcemy robić rzeczy ekscytujące, takie, które zmieniają rzeczywistość. Jeżeli się udaje, pieniądze przychodzą jako efekt tego działania. Nie jest tak, że zakładasz startup wyłącznie z myślą o zarabianiu pieniędzy. Raczej masz pomysł, którym jesteś podekscytowany i który może dużo zmienić. Pieniądze są następstwem dobrego pomysłu, determinacji i szczęścia. Rzadko spotykam w tym środowisku kogoś, kto na początku myśli nie o produkcie i super pomyśle, tylko o perspektywie finansowej.
Tym różni się startup od „zwykłej” firmy. Musi pan wiele zaryzykować, żeby wiele zyskać.
Bez myślenia przede wszystkim o produkcie nie dałoby się osiągnąć sukcesu w świecie startupowym. Ten zawód wymaga tylu poświęceń, że jeśli ktoś nie ma do tego pasji i serca, a myśli tylko portfelem, nie jest w stanie przejść przez wszystkie rafy.
Teraz otworzył się świat chaosu: w geopolityce, w technologii, na świecie. Ten chaos sprzyja przedsiębiorcom i mojej branży. Rzeczywistość zaczyna się zmieniać tak szybko, że powstają nowe szanse i pomysły, które człowiek chce po prostu realizować. Życie jest krótkie, trzeba robić rzeczy ciekawe i ekscytujące.
Mówił pan o adrenalinie związanej z robieniem biznesu. Czy odczuwał pan większą dawkę adrenaliny, kiedy rozwijaliście Booksy, czy teraz kiedy macie kilku albo kilkunastu startupowców, w których inwestujecie? Wykłada pan własne pieniądze, ale to jednak jest ich biznes.
Teraz mam zupełnie inną perspektywę. Mogę im pomóc zrobić pewne rzeczy szybciej i otworzyć więcej drzwi. Widzę to, co robią, z innego poziomu. Kiedy zakładaliśmy Booksy, przedzieraliśmy się z maczetą przez dżunglę. To był taki american dream: pojechać do Stanów i z niczego zrobić coś, nie mając ku temu żadnych podstaw. Bez finansowania, bez skończonego produktu, bez kontaktów na miejscu i mówiąc średnio po angielsku.
Ryzyko w świecie startupów
Ryzykowne!
To była wielka przygoda, która z zewnątrz mogła wydawać się pozbawiona logicznych podstaw biznesowych. Ludzie startujący dziś z nowymi startupami mają taką samą energię jak my 14 lat temu, tylko zmieniły się okoliczności. Oni też nie wiedzą, że wielu rzeczy „nie da się” zrobić. Normalnie w Excelu by się to nie spięło, ale są uparci, mają marzenia i obcowanie z takimi ludźmi też mnie napędza.
Po kilkunastu latach prowadzenia startupu razem z moim wspólnikiem Stefanem widzimy, że cały czas potrzebujemy nowych wyzwań. Dlatego pomoc innym jest trochę takim ponownym spełnieniem się.
To trochę jak bycie rodzicem. Czasami bardziej stresujące jest to, co zrobi twoje dziecko, niż to, co ty robiłeś w tym samym wieku.
Tak. Booksy jest już trochę takim dużym dzieckiem. Właściwie to już nie dziecko, tylko ktoś, kto idzie na studia i zaraz wyjdzie za mąż. My zaczynamy dostrzegać, że mamy trochę więcej czasu i możliwości. Fajnie byłoby zrobić w życiu jeszcze coś ciekawego. To właśnie taki etap.
Jak inwestuje Konrad Howard
To proszę powiedzieć, które z tych młodszych dzieci najbardziej pan kocha?
Teraz najwięcej dzieje się w ForActive. Pomysł jest mi bliski nie tylko ze względu na sport, ale też na wpływ społeczny. Lubię projekty, które mają sens. Lubię, kiedy ludzie dostrzegają wartość i mówią, że to jest coś ważnego. For Active ma taki sens i dlatego angażuję się w niego finansowo i operacyjnie.
Inny startup, w który zainwestowałem, to Trident AI. To sztuczna inteligencja w obszarze defense techu, która zwiększa autonomię m.in. dronów różnego typu i służy do ochrony infrastruktury krytycznej. Czuję, że mogę dołożyć cegiełkę do czegoś, na czym być może trochę się znam, i sprawić, że świat nie potoczy się w tak złym kierunku, w jakim ostatnio się toczy.
Wsparł pan projekt, bo wierzy pan w misję?
Trochę z patriotyzmu, trochę z chęci pomocy w Ukrainie. Udało się zebrać naprawdę wyjątkowych ludzi, którzy robili projekty dla największych firm na świecie i wykładali na Oxfordzie sieci neuronowe oraz sztuczną inteligencję jeszcze zanim był to modny temat. Zmiany związane ze sztuczną inteligencją stworzyły zupełnie nowy strumień możliwości – zarówno w samej AI, jak i w innych obszarach, które AI napędza, na przykład w robotyce.
Wojna w Ukrainie trochę to pokazuje.
Czyli „Booksy mafia” cały czas trzyma się razem.
Tak. To bardzo fajne, że ludzie, którzy trochę wychowali się przez Booksy, odnoszą sukcesy na innych polach. Do tej pory z Booksy wyszło ponad 47 różnych startupów. To pokazuje, jak ważne jest wspieranie takich firm i pokazywanie ich sukcesów, bo one później rodzą dziesiątki innych firm, które kontrybuują do ekosystemu.
Odejścia z Booksy? Szansa na biznes
Kiedy był pan jeszcze mocno zaangażowany operacyjnie w Booksy, nie czuł pan złej energii, kiedy przychodził do pana ktoś kluczowy i mówił: „Mam pomysł na biznes, składam papiery i dziękuję”?
Nie, nigdy nie mieliśmy takich uczuć. Współpracowaliśmy z naprawdę świetnymi ludźmi. Oczywiście chcielibyśmy kontynuować z nimi współpracę. Przykładem jest Tomek Nowiński, nasz COO, wcześniej twórca Travelista. Świetnie nam się współpracowało, ale w pewnym momencie stwierdził, że jego największym marzeniem jest skończenie studiów na Stanfordzie. To zawsze był jego cel życiowy. I udało mu się tam dostać. Złamało nam to serca, ale wiedzieliśmy, że to jego marzenie, więc cieszyliśmy się razem z nim. Później odwiedzaliśmy go na uniwersytecie.
Bracia Karwatkowie też często o tym mówią. Kiedy ktoś do nich przychodził i prosił o wsparcie albo mówił, że chce iść na swoje, oni nie tylko nie przeszkadzali, ale wręcz sami się angażowali.
Dobra firma przyciąga dobrych ludzi. Super się razem współpracuje, ale wszyscy jesteśmy zastępowalni. To smutna prawda. Czasami trudno się rozstać, jednak to stwarza możliwość, żeby do zespołu dołączyła kolejna fantastyczna osoba i pchnęła firmę na nowe tory. Nigdy nie wiesz, czy finalnie było to lepsze, czy gorsze.
Dual-use to przyszłość
Co skłoniło pana do mocniejszego wejścia w dual-use, a przede wszystkim w część wojskową, bo przecież to jest główna oś działalności?
Nie chciałem być obojętny. Nie jestem człowiekiem, który stoi z boku, krytykuje, mądrzy się i poucza innych. Raczej jestem w typie ludzi, którzy po pierwsze starają się dowiedzieć, jak naprawdę jest, a po drugie starają się dać z siebie wszystko, żeby zmienić rzeczywistość, zamiast stać obok, mądrzyć się i krytykować.
Uważa pan, że inwestorzy albo ludzie, którzy mają horyzonty i większe nastawienie na sektor technologiczny, powinni się bardziej angażować po tej stronie?
Tak. Jeżeli będzie wojna, nie ma znaczenia, jakie pieniądze tu zarobimy. To jest odpowiedzialność nas wszystkich i wykorzystanie potencjału, o którym wiemy, że może pomóc.
Musimy być bardziej aktywni?
To, co dzieje się w Ukrainie, zupełnie zmienia naszą rzeczywistość i okoliczności. Nie czujemy się już tak komfortowo jak przed wojną. Zagrożenie jest realne. Mówi o tym premier, mówią generałowie, mówią ludzie, którzy naprawdę głęboko w tym siedzą. Kiedy pojedziesz do Ukrainy, widzisz, że to nie jest jakaś odległa wojna, którą możemy się nie przejmować. Ona jest bardzo blisko nas i sprawia, że wszystko się zmienia, bo zmieniają się również nasze priorytety.
Jeśli priorytetem jest bezpieczeństwo, trudno robić business as usual i ignorować to, co dzieje się wokół. To trochę jak w filmie „Nie patrz w górę”. Leci meteor w twoją stronę i możesz udawać, że go nie ma, ale jeśli uderzy, może być ciężko. Są tysiące osób, które działają. Oczywiście, nie wszyscy, ale nie ma sensu oglądać się na tych, którzy nic nie robią. Ważne jest to, co my jesteśmy w stanie z siebie dać.
Żyjemy trochę jak dżemik w pączku
Zwłaszcza świat technologii. Dziś wojna w Ukrainie to tak naprawdę wyścig technologiczny.
Tak, to jest wyścig na innowacje, szybkość przetwarzania informacji, świadomość sytuacyjną i dostarczanie innowacji bezpośrednio na pole walki. Często bezpośrednio na linii frontu walczą tam jednostki złożone z m.in. inżynierów.
Dlatego Polacy mogą wnosić wkład w bezpieczeństwo, zarówno w regionie, jak i nasze. Dobrze byłoby, gdyby Polska spojrzała na to, jak robi się to obok nas, i trochę zmieniła podejście. Cały czas żyjemy trochę jak dżemik w pączku. Mamy duże środki i wydajemy ogromne pieniądze, ale jest wiele wątpliwości również wśród ekspertów, czy robimy to słusznie i czy wydajemy je w sposób, który da nam odporność oraz przewagę w zakresie innowacji.
Co pana zdaniem można zrobić?
Kluczowy jest nie tylko sprzęt, ale też sposób tworzenia, wprowadzania i skalowania innowacji, bo wszystkie środki kiedyś się skończą. Ukrainę wyróżnia framework, w którym pracują: duża autonomia, demokratyzacja rynku zbrojeniowego, szybkie testy i realna umiejętność skalowania. Są tam firmy, które trzy lata temu były firmami logistycznymi rozwożącymi pączki, a dziś produkują ponad 40 tys. bardzo zaawansowanych technologicznie dronów.
Ta prędkość jest często wynikiem pracy ludzi z naszego środowiska startupowego. To nie są ogromne pieniądze, wielkie korporacje ani wielcy menedżerowie. To ludzie z dobrą wiedzą techniczną, którzy bardzo szybko się uczą i umieją później skalować rozwiązania. To robi różnicę. Czy będzie to potrzebne w Polsce? Uważam, że nawet jeśli nie jest potrzebne teraz, powinniśmy nad tym pracować. Zamiast kupować drogi sprzęt na miarę wojen, których już nie będzie, trzeba bardzo szybko się uczyć. Dobrze byłoby, gdybyśmy byli na Ukrainie cały czas, uczyli się jak najwięcej i współpracowali z ludźmi, którzy mają doświadczenie w prawdziwej pełnoskalowej wojnie. A potem wdrażali to u nas, zamiast obstawać przy własnych teoriach.
Jak świat startupów wspiera Ukrainę
Słyszałem o paru Polakach czy inwestorach z Europy Środkowej, którzy mocniej działają w Ukrainie. Ale zachodni inwestorzy i founderzy też tam są?
Podam przykład. Kiedy byłem w Ukrainie, w miejscu, o którym nie mogę mówić, spotkałem dwóch ludzi. Jeden był co-founderem Deliveroo, unicorna ze Stanów, drugi co-founderem Bolta. Trzech ludzi z branży startupowej spotyka się gdzieś w okopie, w hełmach, ucząc się, co realnie jest potrzebne na miejscu, i starając się tam realnie pomóc.
Fajnie byłoby, gdyby byli tam też ludzie uczący się w innych dziedzinach, w tym w większej liczbie z armii.
Tego pana zdaniem najbardziej brakuje?
Nie mamy problemu z robieniem dobrej technologii. WB Electronics od początku dostarczało drony na Ukrainę i to jest naprawdę topowa technologia. Problemem jest podejście do rzeczywistości: ile tego potrzebujemy, jak tworzymy nowe rozwiązania i jak szybko potrafimy je skalować. Jeżeli przez trzy lata wojny mieliśmy 1200 dronów, a teraz skalujemy się do 3 tys., podczas gdy Rosja chce produkować w tym roku 6 mln dronów, to pytanie brzmi, jaki będziemy mieli potencjał dostarczania takich środków wojsku w przypadku konfliktu. Lubimy Apacze, lubimy F-35…
Innowacje? Musimy mieć własne
Które ostatnio dołączyły do naszego wojska…
F-35 to akurat kawał dobrej technologii, ale jest elementem całego systemu. Ten system trzeba mieć i musi on znakomicie ze sobą współpracować. Pytanie brzmi, czy ktoś nie będzie nam zakręcał kurka do pewnych technologii, tak jak zdarzało się Ukrainie, i mówił, co możemy robić, a czego nie. Jestem za kupowaniem najnowszych technologii, ale też za tym, żeby dawać szansę polskim firmom, jeśli jesteśmy w stanie coś zrobić samodzielnie. Trzeba pozwolić im urosnąć i zaakceptować, że będą się uczyć i kupować ich innowacje. Inaczej nigdy nic sami nie zbudujemy.
Normalny biznes polega na minimalizacji ryzyka: starasz się zrobić jak najlepszy budżet, podejmować rozsądne decyzje, ograniczać ryzyko błędów. Złe decyzje często stają się piętnem dla ludzi, którzy je podejmują. Na Ukrainie i w startupach jest odwrotnie. Przypomnijmy sobie, kiedy SpaceX wystrzelił jedną z pierwszych rakiet SN8 i ona się rozbiła. Wszyscy mówili: „Jaka tragedia, wydali tyle pieniędzy”. A zespół Elona Muska mówił: „Udało nam się, nauczyliśmy się czegoś”. Teraz wystrzeliwują takie rakiety co kilka dni i uczą się szybko za każdym razem. To jest klucz do szybkiego rozwoju.
Trzeba akceptować ryzyko?
Tak, ale u nas nie daje się szans. Jest kilka firm, które są priorytetyzowane, ale nie ma demokratyzacji rynku. W ten sposób nie tworzy się miejsca, które jest w stanie dostarczać szybko i w dużej skali prawdziwe innowacje, bo firmy nie mają szansy uczyć się nawet na własnych błędach. Kupuje się drogie technologie z Zachodu, na które nie mamy wpływu i które bywają abstrakcyjne wobec realiów nowej wojny.
Inny przykład: wojna w Ukrainie bazuje obecnie na wskaźniku Cost per kill. Jeżeli możesz strącić albo zniszczyć coś, co kosztuje mnóstwo pieniędzy, środkiem za kilkaset albo kilka tysięcy dolarów, to po co kupować wyłącznie te drogie rzeczy? My wciąż je kupujemy, często bez sensu. A przecież są polskie firmy technologiczne i dronowe, które eksportują technologię i od dawna mają drony latające na odległości powyżej 1 tys. km, udźwigiem powyżej 70kg i świetnym IP. Mamy je od kilku lat. Tylko nie wykorzystujemy własnego potencjału, bo boimy się potknięć i złych decyzji, a przede wszystkim działamy w dramatycznie małej skali.
Po co jechać do Ukrainy?
Dlaczego w ogóle tak to pana rusza i tak mocno się w to pan angażuje? Odniósł pan życiowy sukces, mógłby spokojnie siedzieć w Stanach, na Florydzie, palić cygara i popijać whisky. Dlaczego jeździ pan do Ukrainy, a w Polsce szuka pan firm, które mogą pomóc?
Kiedy dwadzieścia kilka dronów przelatuje przez Polskę, strącamy cztery dzięki pożyczonym samolotom F-35, a rząd pyta społeczeństwo, gdzie spadła reszta i czy ktoś coś widział na polach, to jest moment, w którym zaczynasz się zastanawiać, czy nie trzeba pomóc.
Zaczynasz też myśleć, czy twoi przyjaciele, rodzina i całe serce, które masz do miejsca, które cię wychowało i stworzyło, są nadal bezpieczne, a mogą nim nie być.
Ale teraz nie inwestuje pan wyłącznie w firmy wojskowe i dual-use?
Nie. Przykładowo, zainwestowałem niedawno w projekt, który nazywa się Teleport. Firma„teleportuje” founderów z naszego regionu bezpośrednio do Stanów Zjednoczonych, do Doliny Krzemowej. Pomaga im na miejscu: dostarcza biuro, obsługę prawną i księgową, network z największymi founderami, pomaga w zebraniu rundy inwestycyjnej i sama też inwestuje.
Chodzi o zdjęcie bariery, która pojawia się na samym początku, kiedy ktoś chce dać sobie szansę i spróbować w USA. Ludzie boją się papierologii, dodatkowych kosztów i braku networku. Teleport to ułatwia.
Nie tylko dual-use. Pomysł na Teleport
To polski pomysł?
Tworzy go m.in. Aga Mroczkowska, która wcześniej tworzyła Smartschool. Jest tam też kilku innych wspólników, m.in. ludzie, którzy mają za sobą trzy duże exity, są bardzo znani w Dolinie Krzemowej i tworzą bardzo mocny zespół. I rynek. Kiedy zaczynałem ze Stefanem Batorym z Booksy, to przedzieraliśmy się do Stanów z plecakami, spaliśmy w jakimś podłym hotelu, gryzieni przez karaluchy, razem na jednym łóżku z psem. Teraz chcemy z Teleportem zrobić coś, dzięki czemu kolejni ludzie nie będą mieli takich barier i będą mogli skupić się na biznesie oraz robieniu dobrych rzeczy. Jeśli możemy im pomagać i inwestować w nich, to czemu tego nie robić?
To projekt komercyjny?
Tak, jestem tam inwestorem.
A co ze Smartschool?
Rozwija się swoim rytmem. Chłopaki bardzo prężnie działają. Widzę ogromny potencjał w tym, żeby dzięki sztucznej inteligencji dostęp do wiedzy był łatwiejszy, żeby dzieci mogły się uczyć bez wydawania pieniędzy na korepetytorów i żeby wszyscy mieli dostęp do najlepszych nauczycieli, najlepiej za darmo.
Jeżeli jesteśmy w stanie wybitnego naukowca albo najlepszego nauczyciela powielić kilkadziesiąt tysięcy razy i dać dzieciom do niego dostęp, to dlaczego tego nie robić?
Siedem inwestycji na koncie
W ile firm już pan zainwestował?
Łącznie w siedem.
Ma pan konkretny cel liczbowy?
Nie chodzi o liczby. Chciałbym robić projekty, które rozszerzają moje horyzonty i w których mogę wnieść coś oprócz pieniędzy. Tak było w przypadku For Active, gdzie jestem zaangażowany dużo bardziej niż finansowo. Podobnie jest w Trident AI, Smartschool, Teleporcie i innych projektach defense techowych, których nie mogę zdradzić. To projekty, które mają dla mnie znaczenie. Uważam, że nie służą tylko zarabianiu pieniędzy.
Rozumiem, że to nie koniec inwestycji?
Tak, ale nie chcę tylko inwestować pieniędzy, więc nie będę budował portfolio kilkudziesięciu startupów jak fundusz VC. Inwestuję w startupy, których misje rozumiem i wierzę w ich twórców. Plus, którym mogę pomóc.
Kiedy Booksy wejdzie na giełdę
To kiedy IPO Booksy?
Tak jak mówiłem wcześniej, operacyjnie idziemy w tym kierunku. To już nie są odległe marzenia i cele. Na rynku jest duża konsolidacja. Chcemy ten rynek wygrać. Nie mamy jeszcze terminu, o którym moglibyśmy powiedzieć, że to będzie za rok albo za pół roku, ale operacyjnie robimy wszystko, żeby być na to gotowi.
Rozumiem, że scenariusz IPO na Nasdaqu jest najbardziej prawdopodobny?
Tak, to było zawsze moje i Stefana marzenie. Podobno trzymanie za rogi byka na Wall Street pomaga. Może pojadę tam za miesiąc, pogłaszczę i trochę przyspieszę temat.
Główne wnioski
- Konrad Howard nie działa już operacyjnie w Booksy, ale nadal wspiera spółkę w drodze do wejścia na giełdę. Jego aktywność przesunęła się w stronę inwestowania i osobistego zaangażowania w nowe projekty technologiczne. Szczególnie interesują go startupy z obszaru AI, robotyki, defense techu oraz projekty tworzone przez osoby związane wcześniej z Booksy. Konrad Howard wyraża przekonanie, że po latach budowania jednej dużej firmy naturalnym etapem jest wspieranie kolejnych założycieli i wykorzystywanie zdobytego doświadczenia do otwierania im drzwi.
- Twórca Booksy przedstawia wojnę jako przyspieszony test nowych technologii, w którym przewaga zależy od szybkości wdrażania innowacji, skali produkcji i gotowości do uczenia się na błędach. Zwraca uwagę, że Polska powinna uważniej obserwować ukraiński model działania, szczególnie w zakresie dronów, autonomii, testowania rozwiązań i demokratyzacji rynku zbrojeniowego. W jego ocenie samo kupowanie drogich technologii z Zachodu nie wystarczy, jeśli kraj nie rozwinie własnego potencjału produkcyjnego i technologicznego.
- Konradowi Howardowi w inwestowaniu nie chodzi wyłącznie o zwrot finansowy, ale o projekty z misją, społecznym znaczeniem i potencjałem realnej zmiany. Tak opisuje For Active, Trident AI, Smartschool, Teleport oraz inne inicjatywy, w tym nieujawnione projekty defense techowe. Mówi także o adrenalinie, sprawczości i potrzebie mierzenia się z trudnymi wyzwaniami. Startup jest przez niego przedstawiany nie jako zwykła firma, ale jako forma działania w warunkach niepewności, presji czasu i ryzyka.