Kategoria artykułu: Kultura

Prorocze plamy koloru. Nabiści – to będzie hit tego lata

Obrazy z Musée d'Orsay w Warszawie? Tak – na wystawie następców impresjonistów, którą można zobaczyć w Łazienkach Królewskich. Nie brakuje na niej polskich wątków.

Wystawa Nabiści. Prorocy nowej sztuki
Wystawa „Nabiści. Prorocy nowej sztuki” w Podchorążówce w Łazienkach Królewskich w Warszawie prezentuje obrazy nie tylko francuskich artystów. Fot. Lukasz Gazur

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Skąd się wzięła się nazwa ruchu artystycznego „nabiści”.
  2. Jak ta grupa twórców zniosła granicę między malarstwem, meblarstwem i sztuką użytkową, zmieniając sposób myślenia o codziennym otoczeniu.
  3. Jak ta rewolucja zmieniła polską sztukę.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

W 1888 roku Paul Gauguin zabrał młodego Paula Sérusiera na spacer po bretońskim Pont-Aven. Kazał mu zapomnieć o tym, co widzi, i malować to, co czuje. Tak zaczęła się artystyczna rewolucja. Teraz jej efekty oglądać możemy w Łazienkach Królewskich na wystawie „Nabiści. Prorocy nowej sztuki”. To będzie hit tego lata!

Prosto z Musée d'Orsay

Na wystawie w Podchorążówce w Łazienkach Królewskich w Warszawie jednym z pierwszych dzieł jest obraz, który w paryskim Musée d'Orsay wisi tuż obok najsłynniejszego dla nabistów „Talizmanu” Paula Sérusiera (reprodukcję zobaczymy na wystawie), czyli dzieła, które powstało na tamtym pamiętnym spacerze w 1888 roku. To „Słoneczna plama na tarasie” Maurice'a Denisa. O ile „Talizman” (który wzbudził i sensację, i kontrowersje) był początkiem rewolucji, dzieło Denisa pokazuje, jaką przybrała postać. W kilku płaskich plamach koloru, niemal pozbawionych klasycznej perspektywy, zawiera się cała filozofia nabizmu: świat nie jest czymś, co należy wiernie odtworzyć, lecz czymś, co artysta ma prawo stworzyć na nowo.

Obraz "Słoneczna plama na tarasie"
Obraz „Słoneczna plama na tarasie". Fot. Łukasz Gazur

Nazwa grupy pochodziła od hebrajskiego słowa nabi, czyli prorok. Brzmi to niezwykle podniośle i rzeczywiście część artystów traktowała swoją twórczość niemal jak działalność duchową. Paul Ranson fascynował się ezoteryką, symboliką i mistyką. Sérusier studiował filozofię, religię i średniowieczne traktaty. Maurice Denis próbował pogodzić nowoczesność z katolicyzmem. Ale właśnie ta wystawa przypomina, że nabiści nigdy nie byli jednolitym zakonem artystycznym. Obok tych „uduchowionych” byli doskonali obserwatorzy codzienności, jak Pierre Bonnard czy Édouard Vuillard, którzy zamiast metafizyki wybierali mieszczańskie wnętrza, ogrody, kobiety przy toaletkach i psy biegające po salonach. Félix Vallotton patrzył na świat chłodno i ironicznie. Ker-Xavier Roussel zamieniał czasem antyczne mity i postacie w dekoracyjne pejzaże.

Łatwo byłoby uznać ich za uczniów Gauguina. Tymczasem byli kimś znacznie ciekawszym: grupą artystów, którzy wspólnie odrzucili akademicką iluzję, ale każdy zrobił to na własny sposób. Łączyła ich nie estetyka, lecz przekonanie, że obraz nie jest lustrem rzeczywistości. Choć ta rewolucja trwała – jak na dzieje historii sztuki – chwilę (czyli kilkanaście lat), to zmienili kierunek artystycznych torów.

Kiedy obraz schodzi ze ściany

Największą zaletą warszawskiej ekspozycji jest to, że nie pokazuje nabistów wyłącznie jako malarzy.

Duet kuratorski – dr Ewa Bobrowska oraz Jean-René Saillard – konsekwentnie prowadzi widza przez świat, w którym sztuka przestaje kończyć się na ramie obrazu. Przechodzi na meble, parawany, ceramikę, grafiki, dekoracje wnętrz. To jedna z najważniejszych lekcji tej wystawy, nieco wyłamująca się z oczywistych skojarzeń ze sztuką nabistów. Nie chcieli jedynie zmienić malarstwa, ale całe otoczenie człowieka. Sztuka miała wejść do domu, towarzyszyć codzienności, tworzyć nowy sposób życia. Świetnym przykładem jest prezentowany projekt mebla Pierre'a Bonnarda z motywem ganiających się psów. To drobiazg, który znakomicie pokazuje sposób myślenia artysty. Dekoracja nie jest dodatkiem. Jest integralną częścią przedmiotu. Obraz przestaje być autonomicznym dziełem. Mebel staje się obrazem, a obraz meblem. To właśnie dlatego wystawa nie ogranicza się do malarstwa. I wychodzi jej to na dobre.

Projekt mebla z bawiącymi się psami
Projekt mebla z bawiącymi się psami. Fot. Łukasz Gazur

Wątki polskie

Ogromną siłą ekspozycji jest również jej aranżacja. Nierozbuchana, nieprzesadzona, ale za to bardzo zgrabnie opowiadająca tę historię. Nie przypomina magazynu arcydzieł ani tradycyjnego przeglądu nazwisk. Kolejne sale prowadzą widza przez idee: od fascynacji Gauguinem i szkołą z Pont-Aven, przez symbolizm i ezoterykę, po wnętrza mieszczańskich domów, dekoracyjność i sztukę użytkową. Ogląda się tu narodziny nowego sposobu myślenia o sztuce. To szczególnie ważne, bo nabiści należą dziś do artystów, których nazwiska bywają mniej rozpoznawalne od impresjonistów czy fowistów. W Łazienkach widać jednak wyraźnie, że bez nich trudno wyobrazić sobie Matisse'a, kubizm, dekoracyjne eksperymenty secesji, a nawet część abstrakcji XX wieku.

Kuratorzy nie zapominają również o polskich tropach. Jednym z najciekawszych jest historia braci Natansonów, Tadeusza i Aleksandra, synów polskich emigrantów, którzy stworzyli w Paryżu legendarną „La Revue Blanche”. To właśnie wokół tego pisma skupiała się artystyczna i intelektualna elita końca XIX wieku. Publikowali tam najwybitniejsi pisarze, a ilustracje przygotowywali Bonnard, Vuillard czy Vallotton. Bez Natansonów historia nabistów być może wyglądałaby zupełnie inaczej.

W tej samej paryskiej sieci kontaktów pojawia się również Gabriela Zapolska, doskonale odnajdująca się w środowisku francuskiej bohemy. Często zapomina się, że autorka „Moralności pani Dulskiej” była jedną z wytrawnych kolekcjonerek i krytyczek sztuki.

Jeszcze ciekawsze okazują się jednak zestawienia artystyczne. Obok francuskich arcydzieł pojawiają się prace polskich twórców, którzy przefiltrowali nabiowską lekcję przez własną wrażliwość. Najbardziej oczywistym przykładem pozostaje Władysław Ślewiński, jeden z nielicznych Polaków bezpośrednio związanych z Pont-Aven i Gauguinem. Ale równie interesująco wypadają Edward Okuń, Witold Wojtkiewicz, Eugeniusz Zak, Mela Muter, a nawet jeden z niezwykle rzadkich obrazów olejnych Stanisława Wyspiańskiego. Albo – niezwykle ciekawa – tkanina Bolesława Biegasa.

Nie chodzi tu o proste naśladownictwo. Raczej o pokazanie, jak idee rodzące się nad Atlantykiem docierały do Krakowa i Warszawy, zmieniając również polską sztukę.

Główne wnioski

  1. Nabiści nie stworzyli jednego stylu. To właśnie oni przekonali artystów, że malarstwo nie musi być wiernym odbiciem rzeczywistości. Barwa, linia i kompozycja stały się autonomicznymi środkami wyrazu, a obraz przestał być jedynie oknem na świat. Bez tej rewolucji trudno wyobrazić sobie zarówno fowizm, kubizm, jak i znaczną część sztuki XX wieku.
  2. Jedną z największych zalet wystawy jest pokazanie, że nabiści myśleli o sztuce znacznie szerzej niż tylko jako malarstwie. Projektowali meble, parawany, ceramikę i dekoracje wnętrz, zacierając granice między dziełem sztuki a przedmiotem codziennego użytku. Dzięki temu ekspozycja staje się opowieścią o narodzinach nowoczesnego designu i idei sztuki obecnej w każdej sferze życia.
  3. Historia nabistów nie kończy się w Pont-Aven ani w paryskich pracowniach. Łazienki Królewskie przypominają o roli Natansonów i Gabrieli Zapolskiej oraz pokazują, jak idee francuskiej awangardy przenikały do twórczości Władysława Ślewińskiego, Edwarda Okunia czy Stanisława Wyspiańskiego. Dzięki tym zestawieniom wystawa przestaje być wyłącznie historią francuskiego malarstwa, a staje się opowieścią o europejskim obiegu idei i inspiracji.