Kategorie artykułu: Lifestyle Społeczeństwo

Sądy zaczynają karać piratów drogowych jak zabójców. Prędkość jak narkotyk, auto jak nabita broń

20 lat dla Łukasza Żaka, 15 dla Dawida F. Dwa rekordowe wyroki w jednym miesiącu. To zła wiadomość dla sprawców najbardziej tragicznych wypadków. Odtąd ich kary mogą być liczone nie w latach, lecz w dekadach.

Dlaczego prędkość działa jak narkotyk i bywa groźna niczym odbezpieczona broń. Fot. KPP Cieszyn, KMP Bielsko

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Jaki wyrok Łukasz Żak usłyszałby 15 lat temu, a jaki 10 lat temu.
  2. Dlaczego prędkość działa jak narkotyk i bywa groźna niczym odbezpieczona broń.
  3. Gdzie i kiedy zabójcy drogowi bywają skazywani na dożywocie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Taki miks nie mieści się w głowie: pięć zakazów prowadzenia pojazdów, osiem kieliszków wódki, czterech pasażerów na pokładzie, 280 koni pod maską, komórka w ręku i gaz w podłodze. To musiało skończyć się źle. I skończyło się – śmiercią Rafała P. oraz obrażeniami jego żony i dzieci. „Odj…łem typa” – skwitował to sprawca w rozmowie telefonicznej tuż po tym, jak rozpędzony przez niego do 226 km/h Volkswagen Arteon uderzył w prawidłowo jadącego Forda Focusa. Był 15 września 2024 r.

– Codziennie przemierzam Trasę Łazienkowską i myślę, co trzeba mieć w głowie, by rozpędzić Arteona – mały drogowy czołg – do takiej prędkości. Nikt nie miałby szans na reakcję – dziwił się sędzia Maciej Mitera, ogłaszając 16 lipca wyrok, który przejdzie do historii.

sędzia Maciej Mitera
- Chronię mieszkańców Warszawy i nie tylko przed panem – tak Maciej Mitera uzasadniał wyrok 20 lat pozbawienia wolności dla Łukasza Żaka. Fot. Fakt

Zabójcza pewność siebie

Najpewniej chciał „zamknąć licznik”, czyli osiągnąć 250 km/h. Bo aż do momentu zderzenia nie hamował. Na sali sądowej Łukasz Żak też się nie hamował. Miał wsparcie kompanów tragicznej przejażdżki, którzy spisali się na medal: zamiast „tracić czas” na pomoc ofiarom, ewakuowali sprawcę z miejsca wypadku, a potem z Polski. Jak jeden mąż złożyli policji fałszywe zeznania. Żaden z nich „nie pamiętał”, ile główny oskarżony wypił i jak szybko jechał. Cała szóstka nieźle bawiła się na rozprawach. 28-letni dziś Żak przerywał sędziemu, drwił ze świadków, stroił miny, wychodził z sali, a nawet położył się na ławie oskarżonych. Być może liczył, że sąd potraktuje go jak wielu przed nim.

Dwie ofiary – półtora roku

Na przykład jak Pawła Kozaneckiego, łódzkiego adwokata, który pięć lat wcześniej pod Olsztynem „przez nieuwagę” zjechał na lewą stronę jezdni. Czołowego zderzenia z jego Mercedesem nie przeżyły dwie kobiety z Audi. Nazajutrz Kozanecki zasugerował winę ofiar: „Po naszych drogach jeżdżą trumny na kółkach. I to była konfrontacja bezpiecznego samochodu z taką trumną. Warto uzbierać lub zapożyczyć się na lepszy pojazd” – radził w internecie. Słysząc prawomocny wyrok (marzec 2026 r.), mógł odetchnąć z ulgą: tylko 1,5 roku więzienia i czteroletni zakaz prowadzenia pojazdów. A jednak ukrył się i do dziś jest poszukiwany.

Najpierw kariera, potem kara

Temida była łaskawa także dla Agnieszki Z., studentki stomatologii, która od 2021 r. ma na sumieniu troje motocyklistów: nie przeżyli konfrontacji z jej Jeepem pędzącym 120 km/h na „pięćdziesiątce”. Powód pośpiechu? Stygnące jedzenie, które wiozła narzeczonemu.

W sądzie pojawiła się w asyście trzech adwokatów. Podziałało. Mimo wyroku pięciu lat pozbawienia wolności, córka znanych łódzkich lekarzy nie spędziła w więzieniu ani dnia – sąd umożliwił jej odbycie stażu stomatologicznego, a potem odroczył karę o kolejny rok z powodu depresji skazanej. Rodziny ofiar uznały to za dowód na nierówność wobec prawa zależną od grubości portfela i statusu społecznego.

Rekordowe „trzy stówy” na A1

No i sprawa Sebastiana Majtczaka. Łódzki biznesmen już we wrześniu 2023 r. „przebił” Łukasza Żaka: zabił nie jedną, lecz trzy osoby (spłonęły wraz z autem), jechał szybciej (ponad 315 km/h), uciekł dalej (nie do Niemiec, lecz do Dubaju), również został deportowany i nie przyznaje się do winy.

Spragnieni szybkości

Te i podobne przypadki mają kilka cech wspólnych:

  • niski wiek sprawców – większość jest przed trzydziestką,
  • brak empatii – żaden nie wezwał pomocy ani nie próbował udzielić jej poszkodowanym,
  • odmowa składania zeznań i zwalanie winy na ofiary,
  • wykroczenia drogowe na koncie lub zakaz prowadzenia pojazdów,
  • duży odsetek ucieczek z miejsca wypadku i za granicę,
  • słabość do używek,
  • ponadprzeciętnie mocne, szybkie i drogie auta,
  • szaleńcza prędkość. Poza Kozaneckim u wszystkich odnotowano wartość co najmniej dwukrotnie wyższą od dopuszczalnego limitu.

200 km/h? Za wolno!

Ta ostatnia jest głównym powodem tych tragedii. Owszem, większość kierowców przekracza dozwoloną prędkość, ale mało kto robi to tak rażąco.

– Jeździł szybko. Czyli ok. 200 km na godzinę. Między Warszawą a Białymstokiem osiągnął 304 km/h. Spytałem, czy wie, że mam dwójkę dzieci – tak w rozmowie z „Faktem” wspomina Majtczaka jego były pracownik, zabierany przez szefa na wyjazdy służbowe.

O sprawcy wiele mówi jego auto. Fabryczne BMW M850i Gran Coupé rozwija 253 km/h. A z pakietem M Driver (dopłata 12 tys. zł) – 305 km/h. Ale Majtczak jechał szybciej – od 315 do 329 km/h. Biegli wywiedli to z długich, na pół kilometra, śladów hamowania. Uznali, że tak przerobiony pojazd traci homologację, a tym samym prawo do poruszania się po drogach.

BMW M850i Gran Coupé
Po doposażeniu cena 530-konnego BMW M850i Gran Coupé sięgała 800 tys. złotych. Na życzenie Sebastiana Majtczaka polska firma tuningowa „podkręciła” jego nabytek: moc wzrosła do 650 KM, moment – do 850 Nm. A prędkość? Po prawej, na górze, kadr z jazdy testowej Południową Obwodnicą Warszawy – licznik wskazuje 332 km/h. Na dole – auto po staranowaniu Kii ProCeed na autostradzie A1 w okolicach Piotrkowa. Fot. BMW, Mobile Coders, KP PSP w Piotrkowie Trybunalskim

Po co komuś tak szybkie auto?

Kusi, upaja, uzależnia

Prędkość to najsilniejszy drogowy narkotyk. Uwodzi nas i zniewala – najpierw dreszczykiem strachu, potem falą euforii. Oddziela rutynę od przygody – zwykłą jazdę od widowiskowej. Stwarza iluzję panowania nad czasem i przestrzenią. Daje poczucie mocy i sprawstwa. Ma coś z magii. Jest niebezpieczna, ale pociągająca. Inaczej nie byłoby wyścigów F1, prób bicia rekordów prędkości ani scen pościgów w filmach. Turbosprężarek, spojlerów, ceramicznych hamulców. Nie byłoby tak szybkich i dobrze prowadzących się aut.

Ale nie byłoby też tylu tragicznych wypadków.

Arytmetyka ryzyka

Kiedy prześledzi się ich wiele, uderza w oczy pewna prawidłowość: gros wypadków drogowych ma nie jedną, lecz kilka przyczyn. Oznacza to, że pojedynczy błąd rzadko kończy się źle. Zwykle trzeba ich więcej.

Ale uwaga: błąd jednego kierowcy zawęża margines błędu drugiego. Jeśli np. widzę, że jadący z przeciwka wyprzedza na trzeciego (błąd), odbijam w prawo. Ale jeśli akurat wtedy zerkam w komórkę (błąd), ryzyko wypadku rośnie. Jeśli któryś z nas w dodatku jedzie za szybko (kolejny błąd) – tragedia wisi w powietrzu. Jeśli obaj – jest niemal pewna. Czyli: jeden błąd – jedziemy dalej, cztery błędy naraz – szpital, kostnica, więzienie.

Tragiczna kumulacja

To w istocie napawa otuchą, bo oznacza, że jeśli nie zrobię nic głupiego, dotrę bezpiecznie. Ale są wyjątki – nieliczne, lecz prawie zawsze tragiczne. Kumulacja błędów po jednej stronie może przesądzić o losie drugiej.

Pijany, rozproszony komórką i kumplami, a przede wszystkim gnający ponad 200 km/h po mieście, Łukasz Żak wyczerpał pulę błędów potrzebnych do tragedii. Ofiarą mógł być każdy, kto znalazł się na jego drodze. Na przykład jadąca wzorowo rodzina. W chwili, gdy rozpędzony, dwutonowy Arteon wbijał się w Focusa…

– Mój mąż siedział z tyłu, między fotelikami. Spał razem z dziećmi – zeznała wdowa po 37-letnim Rafale P.

Jak nabita broń

We wszystkich tych sprawach ofiary w niczym nie zawiniły. Miały pecha, że znalazły się w niewłaściwym miejscu i czasie. Nie mogły uniknąć tragedii. Niektóre zginęły, nieświadome zagrożenia. Nikt nie spodziewa się najechania od tyłu przez auto sunące ponad 200 km/h. Równie dobrze Żak, Majtczak czy im podobni mogliby strzelić na oślep do tłumu. Przesada? Nie.

Jeśli widzisz na swej drodze kierowcę upojonego prędkością, wiedz, że ryzykuje także twoim życiem. Równie dobrze mógłby wymachiwać bronią – nabitą i odbezpieczoną.

Dotąd drogowe tragedie będące skutkiem brawury uznawano za nieumyślne. Teraz samą brawurę zaczyna się postrzegać jako przyzwolenie na tragedię. Jak przeładowanie magazynka i odbezpieczenie broni. Ktoś, kto szaleje na drodze, łamiąc limity i przepisy, musi zakładać, że ktoś inny przypłaci to życiem lub zdrowiem.

Temida zbyt łaskawa

Taka perspektywa zmienia orzecznictwo.

Półtorej dekady temu Żak dostałby góra sześć lat. Nawet w sprawach o jazdę po alkoholu i z wieloma ofiarami śmiertelnymi orzekano wtedy od 2 do 5 lat pozbawienia wolności.
Dekadę temu w teorii groziłoby mu 15 lat (maksymalna kara łączna), a w praktyce sześć–dziesięć lat więzienia – sądy bardzo rzadko orzekały wyższe kary. Nie było sankcji za wyścigi, rażące przekroczenie prędkości ani ucieczkę przed policyjnym pościgiem. Sprawców traktowano łagodnie, życie ofiar wyceniano tanio.

A dziś?

Pierwszy taki wyrok

Tak jak Żak nie hamował się na Trasie Łazienkowskiej, a potem na sali rozpraw, tak cierpliwy sędzia, obserwujący go, poszedł na koniec „po bandzie”. Żaden pirat drogowy w Polsce nie dostał równie wysokiego wyroku: 20 lat pozbawienia wolności, 1,05 mln zł zadośćuczynienia dla czworga poszkodowanych oraz dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów.

Pierwszym Polakiem, który miał usłyszeć „20 lat więzienia”, był Marcin L. – 42-letni wówczas przedsiębiorca z Gdyni, jeden z trzech sprawców głośnego wypadku na Słowacji w 2018 r. (jego Porsche Cayenne uderzyło czołowo w Škodę Fabię, zabijając kierowcę na miejscu). Takiego wyroku domagał się słowacki prokurator. Ale jesienią 2023 r. Marcin L. popełnił samobójstwo. Fot. Polícia Slovenskej Republiky

Solidarność piątki jego kompanów też została wysoko „wyceniona” – od dwóch do pięciu lat pozbawienia wolności. Tyle kiedyś dostawali sprawcy śmiertelnych wypadków. Sędzia Mitera użył kombinacji przepisów, które wcześniej nie istniały lub były łagodniejsze. Zaostrzono je na przełomie 2023 i 2024 r.

Podsumujmy: w 2010 r. - sześć lat, w 2015 r. – osiem, a dziś – 20 lat pozbawienia wolności. Doszły nowe paragrafy, wyższe limity i ostrzejsze orzecznictwo. Jako recydywista z grubą kartoteką obejmującą oszustwa, groźby karalne, niszczenie mienia i przestępstwa narkotykowe, Żak może przesiedzieć dwie dekady. Mecenas Izabela Ławińska zapowiedziała apelację, twierdząc, że kara jest zbyt surowa. Ale są kraje, gdzie byłaby wyższa.

Wyścig zakończony dożywociem

Spotkali się przypadkiem, czekając na zielone. Gdy się zapaliło, wystrzelili w stronę kolejnego skrzyżowania. Potem stwierdzili, że pójdą na całość. Krótko po północy 1 lutego 2016 r. rozpoczęli wyścig. Hamdi H. kontra Marvin N. Mercedes kontra Audi. Przez pół Berlina. Bez zasad.
Przebieg utrwaliły uliczne kamery. Spośród ponad 20 skrzyżowań 11 przecięli na czerwonym świetle. Na końcu bulwaru Ku’damm mknęli 160 km/h („na pięćdziesiątce”). Potem lekki łuk, skrzyżowanie… czerwone? Trudno. Sekundę później Audi A6 Hamdiego H. taranuje Jeepa Wranglera. Emerytowany prawnik Michael Warszycki (ruszył wolno, miał zielone) ginie na miejscu.

Obaj dwudziestokilkulatkowie byli już karani za wykroczenia drogowe. Tym razem niemiecka Temida powiedziała „dość”. Uznała, że dopuścili możliwość zabicia kogoś (dolus eventualis – zamiar ewentualny). I po raz pierwszy w historii Niemiec zasądziła dożywocie za wypadek drogowy – Hamdi H. został potraktowany jak morderca. Marvin N. dostał 13 lat za usiłowanie zabójstwa.

Syndrom Ku’damm

Te prawomocne już wyroki sprzed czterech lat stają się punktem odniesienia. W kwietniu tego roku identycznie, dożywociem i 13 latami więzienia, ukarani zostali dwaj bracia nagrywający film na TikToka – pędząc Mercedesem 130 km/h przez centrum Ludwigsburga, uderzyli w auto wyjeżdżające ze stacji benzynowej. Uśmiercili dwie młode kobiety.

Ewolucja prawna, jaką przeszły Niemcy, jest ogromna: od grzywny, zawieszenia prawa jazdy i paru lat więzienia do dożywocia. Wszystko w ciągu dekady.

Sceny jak z horroru

Pierwsze były jednak Stany. Już w 1979 r. Kalifornijczyk Robert Watson dostał dożywocie za „podwójne morderstwo drogowe”. Połączył alkohol z brawurą w sposób, który wykluczał „nieumyślne spowodowanie śmierci” – formułkę mającą uzasadniać kary do 10 lat więzienia.

Ćwierć wieku później całym krajem wstrząsnął makabryczny wypadek w pobliżu Nowego Jorku. 24-letni Martin Heidegen upił się, wsiadł do pikapa i z prędkością 100 km/h jechał pod prąd. Uderzył w przedłużaną limuzynę pełną gości weselnych i dzieci. Dwie osoby zmiażdżył, pozostałe ciężko ranił. Sąd potraktował go jak mordercę. Uznał, że Heidegen wykazał się „deprawującą obojętnością” – zlekceważył skutki śmiertelnego zagrożenia, które świadomie stwarzał.

Obecnie dożywocie grozi w USA każdemu kierowcy, który już raz odpowiadał za jazdę pod wpływem, a więc został formalnie ostrzeżony o ryzyku, a potem – nietrzeźwy lub naćpany – doprowadził do śmiertelnego wypadku.

15 lat dla 25-latka

W Polsce właśnie widzimy zmianę w podejściu sądów do zabójców drogowych. W zeszłym roku za pozbawienie życia lub zdrowia skazano 1105 sprawców wypadków, ale tylko 13 z nich – na więcej niż osiem lat. Teraz mamy dwie kary więzienia na ponad dekadę.

Cztery dni po wyroku dla Żaka 15 lat dostał Dawid F. Rok temu, łamiąc sądowy zakaz, wsiadł do auta i, jadąc pod prąd, z prędkością 108 km/h uderzył czołowo w motocykl, którym jechali ojciec z synem. Obaj zginęli. Sprawca uciekł. Nazajutrz miał 0,4 promila. Prokurator żądał 19 lat więzienia, ale – jak pisze portal BRD24.pl – sąd uznał, że do tragedii przyczynił się kierujący motocyklem, który miał osiem sekund, by zjechać na bok.

Nawet jeśli wyroki w obu sprawach zostaną złagodzone, kara pozbawienia wolności dla zabójców drogowych będzie liczona raczej w dekadach niż w latach.

Zamiast więzienia – prace społeczne

Ale kara to jedno, a egzekucja to drugie. W Polsce sądowy zakaz prowadzenia pojazdów dotyczy już 200 tys. osób – tyle mieszkańców liczy Rzeszów. W tym 75 tys. (Chorzów) ma zakaz dożywotni. Ponad 40 tys. (Sopot) ma więcej niż jeden zakaz. W 2025 r. na jego złamaniu przyłapano prawie 17 tys. (Strzelce Opolskie) kierujących. Grozi za to od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. A w praktyce?

Żak miał pięć zakazów. Gdyby je zsumować, nie powinien był prowadzić przez 27 lat. Tyle że zakazy nakładały się na siebie. Ale nawet wtedy nie miał prawa siadać za kółkiem przez 11 lat, czyli do 2031 r. Gdyby za złamanie zakazów trafiał do więzienia, nie byłoby tragedii. Ale odsiedział tylko kilka miesięcy, a resztę odpracował społecznie.

Dawid F. też miał zakaz prowadzenia pojazdów – za jazdę po alkoholu – do połowy 2027 r. Mimo to już rok temu postanowił… kupić sobie samochód. A do tego czasu pożyczać go od znajomych.

To, że obaj jeździli, łamiąc prawo i przepisy, obnaża słabość systemu sprawiedliwości, który wymierzył karę, lecz zaniedbał jej wykonania. Można odnieść wrażenie, że dwa ostatnie wyroki zawierają te lata pozbawienia wolności, które się skazanym upiekły – ich egzekwowanie zapobiegłoby tragedii.

Główne wnioski

  1. W Polsce piratom drogowym aż do teraz groziło co najwyżej kilka lat więzienia. Jeśli wypadek kończył się śmiercią, uznawano ją za nieumyślną. Nawet gdy sprawca był pod wpływem, popisywał się brawurą i łamał wszelkie przepisy. Wyroki w sprawie Łukasza Żaka i Dawida F. są bezprecedensowe i nawet dwu-, trzykrotnie wyższe od tych zasądzanych 10-15 lat temu.
  2. Wspólnym mianownikiem większości tragedii drogowych jest nadmierna prędkość. Szybka jazda działa jak narkotyk – wciąga i uzależnia. Zwłaszcza młodych kierowców. Jeśli ci kierowcy są pod wpływem używek, dochodzi do brawury. Ta zaczyna być postrzegana przez sądy jako przyzwolenie na tragedię. Stąd wyroki jak za zabójstwo. W Niemczech i USA – sięgające dożywocia.
  3. Za karami nie nadąża egzekucja. W Polsce sądowy zakaz prowadzenia pojazdów dotyczy już 200 tys. osób. Ponad 40 tys. z nich ma więcej niż jeden zakaz. Łukasz Żak miał ich pięć. Za ich notoryczne łamanie mógł trafić na lata za kratki. Sąd jednak uznał, że wystarczą prace społeczne. Także Dawid F. nie miał prawa siadać za kółkiem. Gdyby sąd wyegzekwował te zakazy, nie doszłoby do tragedii, o których dziś mówi cała Polska.