Za każdy kamień twój… Ile kosztują pamiątki z powstania warszawskiego?
Powstańcze meldunki, odręcznie uzupełniane spisy rannych, listy do bliskich na przeraźliwie wąskich skrawkach. Zdjęte z ramienia opaski. A wraz z nimi notowania – zwykle w tysiącach, ale i setkach tysięcy złotych. Czy o wartości rynkowej takich obiektów należy mówić jedynie szeptem?
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jakie wartości osiągają na aukcjach autentyczne pamiątki z powstania warszawskiego – fotografie, dokumenty, a nawet powstańcze opaski.
- Skąd wzięły się podpisy i stemple na poszukiwanych banknotach opracowanych w Śródmieściu w sierpniu 1944 r.
- Jaką treść miewały listy doręczane przez pocztę harcerską.
Jak każdego roku, 1 sierpnia o godzinie 17 stolica na chwilę zastygnie, zatrzymana jednostajnym dźwiękiem syren. Mijają właśnie 82 lata od dnia, w którym na warszawskich ulicach pisać zaczęła się jedna z najbardziej przejmujących historii w dziejach Polski. Szacuje się, że powstanie warszawskie kosztowało życie blisko 200 tys. osób, głównie cywilów. To w przybliżeniu obecna liczba mieszkańców Częstochowy, Torunia czy Radomia. Kunsztowna przedwojenna zabudowa lewobrzeżnej części miasta wdzięczy się już jedynie na starych fotografiach. O ile ten rozpaczliwy zryw mieszkańców wciąż wznieca dyskusje nad jego zasadnością, straszliwy dramat Warszawy zdołał poruszyć nawet zobojętniałą już kulturę masową. Świadomość determinacji miasta i piekła buchającego płomieniami z okien kamienic utrwalana jest z ogromną dbałością. Trudno przeprowadzić się do Warszawy i po jakiejś chwili tego nie zauważyć. Do obserwacji, że powstanie ma już niejako swój wymiar popkulturowy, warto jednak coś dodać. Bez najmniejszego uszczerbku dla pamięci o nim, miewa ono także wymiar rynkowy.
Kto, właśnie, kto da więcej?
Oprócz instytucji muzealnych to właśnie prywatni kolekcjonerzy utrwalają ważne dla narodowej tożsamości fakty. Budują zbiory obiektów dokumentujących czasy okupacji z intencją zachowania ich dla następnych pokoleń w nienaruszonym stanie. Martyrologiczne relikwie w kolekcjonerskim obiegu? Warto spojrzeć na to, zdobywając się na odrobinę głębszą dojrzałość. (A może chociaż dozę zaufania?) Licytacje pamiątek z powstania warszawskiego nie muszą przecież dowodzić powierzchownej mody, a już tym bardziej fascynacji bestialstwem nazistów. Jak przyznają eksperci domów aukcyjnych, kolekcjonerzy gromadzący zbiory o takim profilu niejednokrotnie przerastają ich uszczegółowioną wiedzą historyczną. Branża zna w końcu mnóstwo przypadków, w których to właśnie powaga, z jaką podchodzono do budowania kolekcji, zrodziła nowe koncepcje wystawowe, naukowe monografie czy przekrojowe katalogi.
A muzea? Czy licytując na aukcji jednostkowy dokument z powstania warszawskiego, nieuchronnie odbieramy go publicznym kolekcjom? Przed tym zabezpiecza takie jednostki ustawa. Kiedy obiekt trafia na licytację, instytucje wystawiennicze mogą skorzystać z tzw. prawa pierwokupu. Aukcja przebiega wówczas zupełnie normalnie, jednak kiedy ustanowiona zostanie już cena zamykająca licytację, instytucja zobowiązuje się zapłacić tę samą wartość. Wówczas przedmiot nie zostaje sprzedany licytującemu, który zadeklarował najatrakcyjniejszą kwotę, tylko właśnie muzeum. Co takiego można więc znaleźć w aukcyjnych katalogach powstańczych pamiątek? Bardzo wiele – od reportażowej fotografii i wojskowej dokumentacji po rozdzierającą, pełną łez korespondencję mieszkańców.

Wiadomość na 25 słów
We wrześniu ubiegłego roku do wartości ponad 4,3 tys. zł wylicytowany został krótki list dostarczony z ul. Wilczej na ul. Hożą. „Wczoraj paliła się okolica placu Napoleona, Sienkiewicza, Marszałkowska po kilku godzinach bombardowania przez lotników artyleriją ciężką” – można odczytać ze zdjęcia. Na końcu pada „Do zobaczenia”. Podłużna pieczęć tuszem wskazuje na sierpień 1944 r. W innym liście czytamy: „Izo najdroższa, niespokojna tak jestem o Ciebie, jak się miewasz […] i czy macie co jeść”. W następnym: „Droga pani Marysiu, proszę Panią bardzo o wiadomość o mojej Elżuni gdzie ona jest i u kogo […] bo tu gdzie my jesteśmy to są Niemcy i jesteśmy pod obstrzałem wyjść nie można”.
Plik korespondencji roznoszonej przez pocztę harcerską osiągnął przed dwoma laty wartość 528 tys. zł. Wytyczne były mieszkańcom znane: listy musiały być otwarte, napisane wyraźnie i nie przekraczać limitu 25 słów. (Już sam czterozdaniowy wstęp do tego artykułu ma ich 40.) Zasady te były zazwyczaj przestrzegane. Treść ograniczała się jedynie do najpilniejszych próśb, błogosławieństw, tymczasowych adresów zamieszkania. Być może to właśnie dlatego okazuje się dziś tak trudna do przeczytania od początku do końca.

Prawa ręka, powyżej łokcia
„Każdy żołnierz AK występuje w opasce biało-czerwonej, na białej części opaski – litery WP, między literami pośrodku – godło państwowe (orzeł)…” – tak brzmiał rozkaz z 11 sierpnia 1944 r. Nie minęły dwa tygodnie od rozpoczęcia powstania, kiedy walcząca Warszawa musiała się zmierzyć ze smutnym brakiem umundurowania. Na ulicach mijali się żołnierze w barwach przedwojennego wojska, okryciach zdjętych z ciał Niemców, a często i w zwykłych ubraniach. Symbolicznie wyróżniać miała ich więc opaska. Choć notowania pamiątek tego rodzaju nie są regularne, w horyzoncie niespełna dwóch lat na aukcjach sprzedano cztery opaski z okresu powstania oraz kilka kombatanckich. Najwyższe wartości przekraczały 3-4,5 tys. zł. Kiedy formułowane były jednak wytyczne, na którym ramieniu zacisnąć polską flagę, wielu liczyło, że wyzwolenie miasta okaże się kwestią paru dni, może jeszcze tygodnia…


Na pamiątkę zwycięstwa…
W sierpniu w Śródmieściu ostemplowano nawet obiegowe banknoty, żeby walczący zachowali je na pamiątkę. Wówczas powstańcom udawało się zajmować poszczególne punkty strategiczne – gmachy instytucji, niektóre magazyny. Wierzono przecież, że się uda. Dystrybuowane w tym okresie pieniądze z nadrukiem „Pierwszy żołd powstańczy” notowane bywają na numizmatycznych aukcjach właśnie jako dokumenty tych dni walki. Znacząco rzadsze są natomiast egzemplarze z odręcznymi podpisami. W kwietniu ubiegłego roku zapisane różnymi atramentami 50 zł sprzedane zostało w cenie blisko 5,3 tys. zł. Jak wskazują noty katalogowe, banknoty z symbolicznego „pierwszego żołdu” podpisywane bywały już niestety po kapitulacji Warszawy. Niektórzy żołnierze Armii Krajowej pospisywali się na nich pseudonimem, inni nazwiskiem, a niekiedy zapisywany był jedynie numer z jenieckiego obozu.
Spis z Mokotowskiej 55
W miarę trwania walk meldunki sytuacyjne stawały się coraz tragiczniejsze. W maszynopisowym dokumencie z końca września czytamy o słabnącym stanie zdrowia żołnierzy, którym doskwierał już brak pożywienia i cieplejszej odzieży. Nastała przecież jesień. W polu „Zdobycze” wpisano: nie było.
Pojedyncze meldunki z różnych odcinków walk osiągają na bibliofilskich aukcjach wartości od kilkuset złotych do ponad 2 tys. zł. Legitymacje Armii Krajowej – od kilku tysięcy do ponad 20 tys. zł. Cenę blisko 2,9 tys. zł zanotowano w 2021 r. przy sprzedaży spisu rannych. Był to pięćdziesięciostronicowy zeszyt w linię, w którym wpisywano pseudonimy i przydziały osób walczących w południowej części Śródmieścia. W osobnej kolumnie uzupełniano: „r. postrzałowa okolicy potylicznej”, „r. szarpana prawego uda… W ostatnim polu znajdziemy natomiast adnotacje z datą opuszczenia szpitala, przeniesienia lub odejścia. Większość ujętych w spisie rannych transportowano głównie do szpitala polowego przy ul. Mokotowskiej 55. Początkowo zajmował on piętro, jednak w miarę nasilania się ostrzałów pacjentów przenoszono nawet do piwnic. Dziś pod tym adresem działa m.in. klinika medycyny estetycznej.

Kadr straszliwy, kadr piękny
W kontekście pamiątek z okresu powstania trudno nie wspomnieć o cennych reportażowych fotografiach. W 2024 r. na jednej ze stołecznych aukcji pojawiło się słynne zdjęcie przedstawiające wybuch pocisku na gmachu towarzystwa Prudential. Strzelisty budynek wzniesiono aż na 16 pięter, a wiele z nich zapełniały ekskluzywne apartamenty. Miewały osobne wejścia dla służby i po kilka łazienek. 28 sierpnia 1944 r. budynek został trafiony pociskiem o masie 2 ton. Choć stalowa konstrukcja nie pozwoliła mu runąć, wybuch odchylił go od pionu. W chwili ostrzału na dachu innej z kamienic stał z aparatem słynny „Kris”, czyli Sylwester Braun. Był wiernym portrecistą okupowanej Warszawy. Fotografia, którą zrobił gmachowi „Prudential”, osiągnęła wartość 7,7 tys. zł.
Inne ujęcia licytowane bywają do ok. 2 tys. zł, choć zdarzają się wśród nich również egzemplarze opisane jako „vintage print”. Termin ten oznacza odbitkę wykonaną z oryginalnego negatywu w okresie pięciu lat od powstania fotografii. Przyglądając się jednak reporterskim kadrom Brauna, trudno odciągnąć myśli od zdumiewającego spostrzeżenia. Podobnie jak potrzebą poetów było oddanie najkoszmarniejszego żalu poprzez piękno zestawień wyrazów, Braun, jak widać, również poszukiwał dla tych trudnych widoków kompozycyjnych ram. Jasne płomienie wydobywające się z okien równoważył mrok po drugiej stronie. Sylwetki żołnierzy wyłaniały się z cienia, a kościelne wieże wyrastały z białych gruzów na pierwszym planie. Pył wybuchów równomiernie przesłaniał horyzont. Czy wpada jednak, przyglądając się dzisiejszej stolicy zza biurka, pomysleć, że fotografia zapisująca taki widok może być piękna?
Główne wnioski
- Powstańcze pamiątki, szczególnie listy i dokumenty, mogą osiągać na aukcjach znaczące wartości. Rekordowo wylicytowany plik korespondencji poczty harcerskiej osiągnął przed dwoma laty wartość powyżej 500 tys. zł.
- W cenie ok. 3-4,5 tys. zł nabyć można powstańczą opaskę, która – noszona na prawym ramieniu – stanowiła podstawowy wyróżnik żołnierzy na stołecznych ulicach.
- Jedną z regularnie licytowanych kategorii są fotografie Sylwestra Brauna. Oprócz słynnego zdjęcia wybuchu na budynku towarzystwa Prudential w dorobku autora znajdziemy mnóstwo ujęć przedstawiających ogromne zniszczenia i trud walki mieszkańców Warszawy. Fotografie Sylwestra Brauna (pseud. „Kris”) bywają dostępne już od poziomu ok. 2 tys. zł.