Kategorie artykułu: Kultura Społeczeństwo

Wolin: miasto, które chce znowu być największe (REPORTAŻ)

Kilkaset metrów od pola, na którym tysiące rekonstruktorów odtwarza bitwy sprzed tysiąca lat, archeolodzy odsłaniają drewniane konstrukcje, mogące okazać się najstarszym nabrzeżem Wolina. To nie festiwal, lecz wykopaliska i nowe spojrzenie na rolę miasta jako jednego z najważniejszych portów wczesnośredniowiecznej Europy mogą sprawić, że o Wolinie znów będzie głośno.

Wolin
Festiwal Słowian i Wikingów to jedna z największych imprez rekonstrukcji historycznej w Europie. Fot. Autor

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego Wolin był jednym z najważniejszych portów wczesnośredniowiecznej Europy i które odkrycie archeologiczne może zmienić wiedzę o jego historii.
  2. Co sprawia, że Festiwal Słowian i Wikingów od ponad trzydziestu lat przyciąga rekonstruktorów z całej Europy i dlaczego jest czymś więcej niż widowiskiem.
  3. Dlaczego dr Wojciech Filipowiak uważa, że bez wpisu na listę UNESCO i większego wsparcia państwa Wolin może nie wykorzystać swojego wyjątkowego dziedzictwa.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Żelazne miecze uderzają o okrągłe tarcze. Setki widzów śledzą kolejne starcia wojowników, a z obozowiska dochodzi zapach dymu, pieczonego mięsa i świeżo wypiekanego chleba. Kilkaset metrów dalej, poza zasięgiem festiwalowego gwaru, panuje niemal całkowita cisza. Grupa archeologów, uzbrojona nie w miecze, lecz w kielnie, pędzle i notesy, centymetr po centymetrze odsłania ciemne drewniane konstrukcje ukryte pod ziemią od ponad tysiąca lat.

To właśnie tutaj może rozstrzygać się najciekawsza historia współczesnego Wolina.

– Jeżeli to się potwierdzi, to jest duża szansa, że odkryliśmy najstarsze nabrzeże Wolina – mówi dr Wojciech Filipowiak, kierujący tegorocznymi badaniami archeologicznymi na Srebrnym Wzgórzu.

Jeżeli wyniki badań dendrochronologicznych potwierdzą wiek odkrytych konstrukcji, historia jednego z największych portów wczesnośredniowiecznej Europy będzie musiała zostać uzupełniona o nowy rozdział.

Przyjechałem do Wolina przede wszystkim na Festiwal Słowian i Wikingów. Chciałem zobaczyć jedną z największych imprez rekonstrukcji historycznej w Europie i zrozumieć, dlaczego od ponad trzydziestu lat przyciąga tysiące uczestników z kilkunastu krajów. Szybko jednak zorientowałem się, że prawdziwa historia miasta rozgrywa się nie tylko na polach bitewnych i wśród rekonstruktorów, lecz również w archeologicznych wykopach.

Miasto zbudowane na handlu

Przez wiele lat Wolin przedstawiano głównie jako miasto Wikingów. Tymczasem rozmowa z dr. Wojciechem Filipowiakiem prowadzi do znacznie bardziej złożonego obrazu. Jego zdaniem o potędze miasta nie decydowali wojownicy, lecz kupcy.

– To byli kupcy od pokoleń – mówi archeolog.

To krótkie zdanie powracało w naszej rozmowie wielokrotnie. Archeolog przekonywał, że mieszkańcy Wolina patrzyli na świat przede wszystkim przez pryzmat handlu. Nie opowiadali się pochopnie po żadnej stronie politycznych czy religijnych sporów. Najważniejsze było utrzymanie pozycji miasta jako portu i miejsca wymiany towarów.

Ta kupiecka mentalność widoczna była nawet w okresie chrystianizacji Pomorza. Jak przypomina archeolog, Wolinianie potrafili zachować pragmatyzm i unikać gwałtownych konfliktów, bo od pokoleń żyli z kontaktów z ludźmi różnych kultur i religii.

Wolin był miastem otwartym. Nie dlatego, że było to modne. Dlatego, że było to opłacalne.

Arabskie srebro nad Bałtykiem

Patrząc dziś na spokojną Dziwnę, trudno uwierzyć, że przed tysiącem lat był to jeden z najważniejszych szlaków handlowych północnej Europy. Tędy przypływały łodzie ze Skandynawii, Pomorza i ziem nad Bałtykiem. Dalej towary wędrowały w głąb kontynentu, aż do rodzącego się państwa Piastów. Wolin nie był końcem drogi. Był jej węzłem.

– Jednym z powodów, dla którego Wolin wyrasta, jest to, że jest pośrednikiem między wielkim handlem bałtyckim a polskim interiorem – mówi dr Wojciech Filipowiak.

To zdanie właściwie wyjaśnia fenomen miasta.

Wolin nie wyrósł dzięki armii ani dzięki władcom. Rozwijał się dlatego, że leżał w miejscu, gdzie spotykały się drogi ludzi, statków i towarów. Był portem przeładunkowym, rynkiem wymiany i miejscem spotkań kupców z różnych stron Europy.

Jeszcze do połowy X wieku w obiegu dominowały tutaj arabskie dirhemy – srebrne monety, które przemierzały tysiące kilometrów z kalifatów przez Ruś aż nad Bałtyk. To one napędzały handel, który zmieniał oblicze całego regionu.

Dr Wojciech Filipowiak zwraca uwagę, że wpływ tego srebra wykraczał daleko poza Pomorze.

– Można napisać pracę o arabskich wpływach na powstanie państwa polskiego – uważa archeolog.

To odważna teza, ale oparta na wynikach wieloletnich badań. Napływ srebra do Wielkopolski i jego rola w kształtowaniu władzy pierwszych Piastów są dziś przedmiotem coraz liczniejszych analiz archeologicznych.

Nowe spojrzenie na historię

Nowe odkrycia z Wolina wpisują się w ten sam obraz, pokazują, że Pomorze nie było odległą prowincją średniowiecznej Europy, lecz jednym z jej najaktywniejszych uczestników. Jednocześnie archeolodzy coraz ostrożniej patrzą na utrwalony obraz miasta jako „osady Wikingów”. Wyniki badań sugerują coś znacznie ciekawszego.

– 99,9 proc. pozostałości statków to były konstrukcje miejscowe – mówi archeolog.

To zaskakująca obserwacja. Gdyby większość handlu prowadzili przybysze ze Skandynawii, archeolodzy znajdowaliby znacznie więcej śladów ich jednostek. Tymczasem wszystko wskazuje na to, że mieszkańcy Wolina bardzo wcześnie stali się aktywnymi uczestnikami bałtyckiej wymiany handlowej. Nie byli jedynie odbiorcami towarów. Sami budowali statki, organizowali transport i uczestniczyli w handlu.

To zmienia sposób patrzenia na historię miasta. Nie było ono wyłącznie miejscem, do którego przypływali inni. Było miejscem, z którego również wypływano.

Wolin
Wolin nie wyrósł dzięki armii ani dzięki władcom. Rozwijał się dlatego, że leżał w miejscu, gdzie spotykały się drogi ludzi, statków i towarów. Był portem przeładunkowym, rynkiem wymiany i miejscem spotkań kupców z różnych stron Europy. Fot. Autor

Port wielu kultur

W wyobraźni często przedstawiamy średniowieczne miasta jako społeczności zamknięte i jednorodne. Wolin był ich przeciwieństwem.

– Kiedyś powiedziałem, że był jak Nowy Jork – ze względu na wieloetniczność – mówi dr Wojciech Filipowiak.

To porównanie może zaskakiwać, ale dobrze oddaje charakter miasta. W porcie spotykali się Słowianie, Skandynawowie, kupcy z różnych części Europy, a być może także ludzie ze świata arabskiego. Nie wszyscy zostawili po sobie jednoznaczne ślady, ale ich obecność widać w monetach, przedmiotach codziennego użytku i kontaktach handlowych.

Właśnie ta różnorodność sprawiła, że Wolin stał się jednym z najważniejszych portów wczesnego średniowiecza. I być może właśnie ona jest dziś jego największym kapitałem.

Historia, którą można dotknąć

Kilkaset metrów od wykopalisk słychać już odgłos młotów uderzających w kowadło. W drewnianych warsztatach rzemieślnicy wykuwają noże, szyją skórzane pasy, lepią gliniane naczynia i przędą wełnę. To właśnie tutaj Festiwal Słowian i Wikingów najbardziej różni się od wielu podobnych imprez historycznych w Europie.

Nie jest tylko widowiskiem. Jest próbą odtworzenia świata, który przez wieki pozostawał ukryty pod ziemią. Największe wrażenie robią na mnie nie bitwy, lecz codzienność.

Wolin
Kilkaset metrów od wykopalisk słychać odgłos młotów uderzających w kowadło. W drewnianych warsztatach rzemieślnicy wykuwają noże, szyją skórzane pasy, lepią gliniane naczynia i przędą wełnę. Fot. Autor

Starsza kobieta siedzi przed drewnianą chatą i cierpliwie przędzie wełnę. Kilkanaście metrów dalej garncarz ustawia na drewnianym stole dziesiątki naczyń wypalonych tradycyjną metodą. Obok młody Skandynaw przez kilka minut ogląda ręcznie wykonany hełm. Sprzedawca nie zachwala towaru. Opowiada o sposobie jego wykonania, o nitach, grubości blachy i średniowiecznych wzorach. Klient słucha uważnie. Dopiero po dłuższej rozmowie decyduje się na zakup.

To nie wygląda jak jarmark. To bardziej przypomina spotkanie ludzi, których łączy wspólna pasja do historii.

Przed tysiącem lat podobne rozmowy mogły toczyć się kilkaset metrów dalej, na nabrzeżu nad Dziwną. Zamiast rekonstruktorów byli tam kupcy, zamiast replik – prawdziwe towary. Ale mechanizm pozostawał ten sam. Handel zaczynał się od rozmowy i zaufania.

Europa przyjeżdża do Wolina

Podczas festiwalu rozmawiam z rekonstruktorami z niemieckiej Nadrenii-Palatynatu. Spotykamy się w przerwie drużynowego turnieju, w którym pięcioosobowe zespoły mierzą się w widowiskowych pojedynkach. Walka przypomina szermierkę sportową – punkt zdobywa się po trafieniu przeciwnika końcem miecza lub topora. Wszystko dzieje się w ułamkach sekund. Czterech sędziów otaczających arenę śledzi każdy cios i natychmiast sygnalizuje zdobyte punkty kolorowymi chorągiewkami. Obecność karetki pogotowia przy arenie przypomina, że choć jest to rekonstrukcja historyczna, starcia są prowadzone z pełnym zaangażowaniem i wymagają dużych umiejętności.

Rycerze z Koblencji przyjeżdżają do Wolina od siedmiu lat. Kilka minut wcześniej odpadli z turnieju drużynowego, ale nie widać po nich rozczarowania.

– To najlepszy festiwal historyczny w Europie – mówią niemal jednocześnie.

Nie opowiadają o wynikach ani o nagrodach. Mówią o atmosferze. O spotkaniach z przyjaciółmi z Czech, Danii, Szwecji i Polski. O wspólnych wieczorach przy ogniskach, które dla wielu uczestników są równie ważne jak same turnieje. Przyznają, że właśnie w Wolinie mogą spotkać ludzi, których przez resztę roku widują jedynie na pojedynczych rekonstrukcjach rozsianych po całej Europie.

Spaceruję później między obozami. Przy jednym z namiotów powiewają obok siebie flagi Szwecji i Norwegii. Na drewnianych ławach leżą zdjęte hełmy i tarcze, dzieci bawią się między namiotami, a z pobliskiego paleniska unosi się zapach dymu. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na kilka dni w roku powstaje tutaj niewielkie, międzynarodowe miasteczko, w którym wspólną pasją jest historia.

W tej scenie jest coś symbolicznego. Przed tysiącem lat do Wolina przypływali kupcy z różnych stron Bałtyku. Dziś przyjeżdżają tu rekonstruktorzy z całej Europy. Zmienił się cel podróży, ale nie samo miejsce spotkania.

Petr i czeski żywioł

Do areny wracam pod koniec turnieju indywidualnego. W rywalizacji pozostało już tylko czterech zawodników. Każdy pojedynek trwa zaledwie kilka minut, ale tempo walk jest zawrotne. Czterech sędziów otacza walczących, śledząc z niezwykłą uwagą każdy cios. Po każdym trafieniu kolorowe chorągiewki błyskawicznie wędrują w górę. Bez nich nikt z widzów nie byłby w stanie policzyć punktów, gdyż wymiana ciosów trwa ułamki sekund.

Nagle cała arena eksploduje okrzykami.

Z jednej strony wybucha potężny doping. Kilkudziesięcioosobowa grupa Czechów skanduje jedno imię:

– Petr! Petr! Petr!

Czeski rycerz właśnie wywalczył awans do półfinału, a jego rodacy przeżywają każdy pojedynek z emocjami godnymi finału mistrzostw świata.

Po zwycięskiej walce schodzi z areny. Jest rosłym, około trzydziestoletnim mężczyzną. Zdejmuje hełm, odsłaniając rumianą, uśmiechniętą twarz. Do spoconego czoła przyklejają się długie, jasne włosy. Na chwilę zatrzymuje się przed grupą swoich kibiców i unosi miecz wysoko nad głowę. W odpowiedzi rozlega się jeszcze głośniejszy aplauz, gwizdy i okrzyki radości.

Przez chwilę zapominam, że oglądam rekonstrukcję wydarzeń sprzed tysiąca lat. To wygląda jak współczesne zawody sportowe. Różnica polega jedynie na tym, że zamiast plastikowych kasków i nowoczesnych ochraniaczy zawodnicy mają kolczugi, stalowe hełmy i miecze wzorowane na uzbrojeniu z wczesnego średniowiecza.

Droga do UNESCO

Pomysł wpisania Wolina na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO narodził się podczas konferencji z okazji 70-lecia polskich badań archeologicznych prowadzonych w mieście. Dr Wojciech Filipowiak wraz z dr Karoliną Kokorą zorganizowali debatę z udziałem polskich i duńskich archeologów oraz burmistrz Wolina. Właśnie wtedy zrodził się plan działań: najpierw uzyskanie statusu Pomnika Historii, a w dalszej perspektywie wpis na listę UNESCO. To, zdaniem uczestników konferencji, jedyny realny sposób na zapewnienie ponadregionalnego wsparcia finansowego dla ochrony i promocji dziedzictwa miasta. Tym bardziej że Pomorze Zachodnie wciąż nie ma żadnego obiektu wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Dr Wojciech Filipowiak podkreśla jednak, że prawdziwym wyzwaniem nie jest sam wpis, lecz stworzenie systemu, który pozwoli odpowiednio chronić i prezentować odkrycia archeologiczne.

– Trudno oczekiwać, aby tylko samorząd ponosił koszty zarówno ochrony, jak i promocji tego dziedzictwa – uważa archeolog.

To uwaga znacznie szersza niż komentarz do sytuacji jednej gminy. Czy odpowiedzialność za miejsce, które przed tysiącem lat należało do najważniejszych portów Bałtyku, rzeczywiście powinna spoczywać wyłącznie na kilkutysięcznym samorządzie? Zdaniem archeologa Wolin jest częścią dziedzictwa całej Polski, a nawet całej Europy Północnej.

System blokuje sam siebie

Za tą diagnozą kryje się bardzo konkretny problem. Muzeum Regionalne w Wolinie powstało w 1966 roku w zaadaptowanym budynku dawnego baru i mimo kolejnych remontów nie dysponuje przestrzenią pozwalającą na stworzenie ekspozycji odpowiadającej randze odkryć. Sytuację ponadto komplikuje fakt, że od 2017 roku Muzeum Narodowe w Szczecinie nie przyjmuje nowych zabytków do swoich magazynów z powodu braku miejsca. Powstaje paradoks: każda inwestycja w historycznym mieście wymaga wcześniejszych badań archeologicznych, ale prowadzenie takich badań wymaga wskazania instytucji, która przejmie odkryte zabytki. System zaczyna blokować sam siebie.

Instytut Archeologii i Etnologii PAN prowadzący badania w Wolinie działa dziś w bardzo skromnym składzie – na co dzień jest to praktycznie jeden etat badawczy, czasowo wspierany przez drugą osobę w ramach grantów. Promocję miasta w dużym stopniu przejęło więc Centrum Słowian i Wikingów. Sam Wojciech Filipowiak przyznaje, że wykonuje ono znakomitą pracę, bo Wolin jest dziś znany przede wszystkim dzięki Festiwalowi Słowian i Wikingów, a dopiero w drugiej kolejności dzięki własnej historii i odkryciom archeologicznym.

Historia jako inwestycja w przyszłość

Rozmawiając z mieszkańcami i obserwując tłumy odwiedzające festiwal, trudno oprzeć się wrażeniu, że Wolin stoi dziś przed szansą podobną do tej sprzed tysiąca lat.

Wtedy jego siłą było położenie na przecięciu szlaków handlowych. Dziś może nią być położenie na przecięciu historii, nauki i turystyki kulturowej. To nie jest wizja oderwana od rzeczywistości. Visby na Gotlandii. York w Anglii. Birka w Szwecji. Haithabu w Niemczech.

Każde z tych miejsc potrafiło zamienić swoje dziedzictwo w trwały element rozwoju gospodarczego. Nie przez budowę parków rozrywki. Lecz przez konsekwentne inwestowanie w badania, muzea, edukację i wysoką jakość opowieści o własnej historii.

Wolin dysponuje podobnym potencjałem. Ma wyjątkowe stanowiska archeologiczne. Największy festiwal rekonstrukcji historycznej w tej części Europy. Międzynarodową współpracę naukową. I coraz więcej odkryć, które przyciągają uwagę badaczy z zagranicy. Brakuje jedynie jednego elementu. Długofalowej strategii.

Powrót na mapę Europy

Na zakończenie naszej rozmowy pytam dr. Wojciecha Filipowiaka, dlaczego historia Wolina wciąż pozostaje tak mało znana poza środowiskiem archeologów.

Mówi bez goryczy, raczej z cierpliwością człowieka, który od kilkudziesięciu lat obserwuje, jak zmienia się sposób opowiadania o przeszłości.

– Historia Słowian bardzo powoli wchodzi do europejskiej narracji – mówi archeolog.

Po chwili opowiada historię, która mówi więcej niż długie analizy.

Kilka lat temu uczestniczył w konferencji naukowej w duńskim Roskilde. Organizatorzy zaprosili go do panelu poświęconego... „dalekim krajom”. Obok referatu o Wolinie znalazło się wystąpienie poświęcone Grenlandii. Dla wielu zachodnioeuropejskich badaczy świat Słowian wciąż pozostawał równie odległy i egzotyczny jak północny Atlantyk.

Paradoks polegał na tym, że konferencja odbywała się przy ulicy Vindeboder, nazwie wywodzącej się od średniowiecznych „Słowiańskich Domów”. To właśnie w tej części Roskilde mieszkali niegdyś słowiańscy kupcy i rzemieślnicy, a miejscowe umocnienia budowano między innymi z myślą o zagrożeniu ze strony słowiańskich flot. Jak zauważa Wojciech Filipowiak, ślady tej obecności od wieków były zapisane w samym krajobrazie miasta.

Ta historia dobrze pokazuje, jak wiele pozostaje jeszcze do odkrycia, nie tylko pod ziemią, ale również w naszej zbiorowej pamięci. Może właśnie dlatego Wolin jest dziś tak fascynującym miejscem.

Nie dlatego, że wszystko już o nim wiemy. Przeciwnie. Dlatego, że najciekawsze pytania wciąż pozostają otwarte. Kiedy opuszczam Srebrne Wzgórze, archeolodzy nadal pracują w wykopie.

A jeśli dr. Wojciech Filipowiak ma rację, to ich praca oznacza coś więcej niż kolejne znaleziska. To powolny powrót historii Słowian do europejskiej opowieści i zarazem powrót Wolina na mapę Europy.

Wolin
Wolin ma wyjątkowe stanowiska archeologiczne, największy festiwal rekonstrukcji historycznej w tej części Europy, międzynarodową współpracę naukową. I coraz więcej odkryć, które przyciągają uwagę badaczy z zagranicy. Fot. Autor

Zapomniane dziedzictwo Pomorza

Dr Wojciech Filipowiak patrzy na problem szerzej niż tylko z perspektywy Wolina. Jego zdaniem wyzwaniem jest nie tylko ochrona jednego stanowiska archeologicznego, lecz sposób, w jaki myślimy o całym dziedzictwie Pomorza Zachodniego.

Z goryczą zauważa, że podczas gdy autentyczne zabytki: XIX-wieczne kamienice, dawne budynki portowe czy historyczne układy urbanistyczne często popadają w ruinę, w innych miejscach powstają współczesne rekonstrukcje, które z historią mają niewiele wspólnego.

– Budujemy „coś na wzór”, choć obok wciąż istnieją miejsca, które naprawdę pamiętają przeszłość – mówi archeolog.

Przywołuje przy tym słowa pisarza i reportera Ziemowita Szczerka, który przed laty nazwał ujście Odry „jedyną polską kolonią”. Chodziło o prowokacyjną diagnozę: wielu Polaków przyjeżdża nad Bałtyk na weekend, spaceruje po plaży, zjada smażoną rybę i wraca do domu, nie próbując poznać historii regionu.

Wojciech Filipowiak zwraca uwagę, że województwo zachodniopomorskie dysponuje jedną z najsłabszych sieci muzeów w Polsce. Tym bardziej potrzebne są inwestycje w miejsca, które opowiadają autentyczną historię regionu. Ta refleksja prowadzi go do jeszcze jednego problemu. Zdaniem archeologa media zbyt często traktują jego dyscyplinę jako sezonową ciekawostkę.

Jednocześnie oczekuje się od archeologów, że będą zarówno nieustannie popularyzować swoją pracę, jak i dostarczać kolejnych sensacji. Najbardziej wymowny przykład przyniósł tegoroczny festiwal. Na Błoniach przez kilka dni bawiły się tysiące ludzi.

Tymczasem Muzeum Regionalne w Wolinie odwiedziła – jak mówi Wojciech Filipowiak – zaledwie garstka osób. Paradoks jest oczywisty. Festiwal przyciąga tłumy. Historia nadal czeka na odkrycie.

Historia nie kończy się w Wolinie na rekonstrukcji bitwy. Ona dopiero zaczyna się tam, gdzie archeolog delikatnie odgarnia kolejną warstwę ziemi. Być może właśnie spod tej ziemi wyłania się opowieść o czasach, gdy Bałtyk nazywano Morzem Słowian.

Główne wnioski

  1. Wolin może jeszcze zmienić historię wczesnośredniowiecznej Europy. Tegoroczne badania archeologiczne na Srebrnym Wzgórzu mogą potwierdzić istnienie najstarszego nabrzeża portowego, otwierając nowy rozdział w badaniach nad jednym z najważniejszych ośrodków handlowych nad Bałtykiem.
  2. Największym skarbem Wolina nie jest festiwal, lecz autentyczne dziedzictwo archeologiczne. Festiwal rozsławił miasto w Europie, ale to odkrycia archeologiczne, nowoczesne muzeum i skuteczna ochrona zabytków mogą zdecydować o jego przyszłości i szansach na wpis na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
  3. Historia Słowian dopiero wraca do europejskiej pamięci. Odkrycia z Wolina pokazują, że mieszkańcy miasta byli aktywnymi uczestnikami bałtyckiego handlu, a ich rola w rozwoju średniowiecznej Europy była znacznie większa, niż przez wiele lat sądzono.