Węgry szykują zmianę systemu
11 sierpnia węgierski parlament wybrał na prezydenta 73-letniego sędziego Andrása Bakę – człowieka, którego kilkanaście lat temu władza Viktora Orbána usunęła ze stanowiska prezesa Sądu Najwyższego. Teraz to właśnie on ma poprowadzić Węgry przez tworzenie nowej konstytucji i rozliczenie z systemem, którego był jedną z pierwszych ofiar.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego wybór Andrása Bakę na prezydenta Węgier ma wymiar symbolicznego rozliczenia z erą Orbána i kto stał za nim wcześniej w kolejce do tej funkcji.
- Jak głęboko spolaryzowana scena polityczna reaguje na zmianę władzy – w tym o kulisach ostrej wymiany zdań między premierem Péterem Magyarem a politykiem Fideszu na forum parlamentu.
- Jakie zadanie faktycznie czeka nowego prezydenta i dlaczego jego kadencję od początku określa się jako „tymczasową”.
Charyzmatyczny premier Péter Magyar po raz kolejny dotrzymał słowa. Obiecał, że do 20 sierpnia, na święto narodowe św. Stefana, Węgry będą miały nowego prezydenta i tak się stanie, bowiem 11 sierpnia węgierski parlament wybrał na to stanowisko 73-letniego sędziego Andrása Bakę, który formalnie obejmie urząd 19 sierpnia.
Nowo desygnowana głowa państwa, w tamtejszym systemie pełniąca przede wszystkim funkcje reprezentacyjne, niby nie ma realnej władzy, ale pod niektórymi względami może ją mieć. Sędzia Baka w pierwszym wystąpieniu publicznym w nowej roli zapewnił, że zgodnie z literą prawa przyjmuje na siebie podstawowe zobowiązania głowy państwa, z definicji mającej być uosobieniem jego majestatu, a zarazem jedności narodowej i zapowiedział, że o tę jedność będzie walczył.
Polaryzacja
Nie będzie miał łatwo, bowiem w głosowaniu 11 sierpnia zyskał poparcie tylko rozporządzającej konstytucyjną większością frakcji partii Tisza (Szacunek i Wolność), natomiast cała grupa parlamentarna Fideszu (52 mandaty) na czas głosowania salę opuściła, za to sześcioro posłów skrajnie prawicowej Naszej Ojczyzny co prawda zostało na sali, ale głosowało przeciw. Ze strony dzisiejszej opozycji już nadano ton, że prezydent Baka to nikt inny, jak „marionetka w rękach rządu” i „pieszczoch Tiszy”.
Odzyskanie narodowej jedności będzie trudne, o czym świadczy znamienna wymiana zdań na tej samej sesji Zgromadzenia Narodowego, na której wybrano nowego prezydenta. W pewnej chwili głos zabrał były długoletni szef Komisji Spraw Zagranicznych Zsolt Németh, będący siłą motoryczną spotkań byłego premiera z Seklerami, czyli węgierskimi góralami zamieszkałymi w enklawie głęboko na terenie Rumunii, na przeciwległym od granicy z Węgrami skraju Siedmiogrodu, w miejscowości Tusnádfürdő – Băile Tușnad (ponad 900 km od Budapesztu) i – „w imię narodowej jedności” – zwrócił się o państwową dotację na organizację przyszłorocznej imprezy, dotychczas w gestii rządu, bo to zawsze był spektakl jednego aktora, Viktora Orbána.
W spontanicznej odpowiedzi, co zaznaczył, premier Péter Magyar przypomniał wypowiedź samego Németha, który na ostatnim spotkaniu w lipcu tego roku wychwalał siedzącego obok za prezydialnym stołem Orbána, zagrzewał go do walki po wielkiej klęsce w wyborach 12 kwietnia tego roku, a rządzący teraz obóz, nazwał „ najazdem pluskiew” (poloska invánzió). Użył więc terminu, jakim półtora roku wcześniej premier Orbán określił samego Magyara, bo ten – co udowodniono – w końcowym okresie kryzysu małżeńskiego, przed rozpadem związku i rozwodem, nagrywał swoją żonę, wtedy minister sprawiedliwości z nadania Fideszu, Judit Vargę (jej późniejsza rezygnacja z kariery politycznej przyczyniła się do eksplozji jego błyskotliwego wejścia na polityczną scenę).
Nic dziwnego, że wzburzony prośbą Németha premier Magyar natychmiast zareagował, poprosił o głos – i zacytował tamte słowa mówcy, które niewątpliwie mocno go zabolały, a media szybko pokazały nagrania, potwierdzające wypowiedź Németha na ostatnim spotkaniu w Tusnádfürdő, a tym samym uzasadniły oburzenie premiera, który na zakończenie krótkiej wypowiedzi stwierdził, że „rządowych pieniędzy na ten cel nie będzie, gdyż jest to impreza partyjna”. Natomiast zaproszenie na to następne spotkanie przedstawicieli partii Tisza uznał za „nieszczere” i „fałszywe”.
Niesprawiedliwość
András Baka, sędzia o międzynarodowej renomie, który przez dwie kadencje (1991-2008) zasiadał w Europejskim Trybunale Praw Człowieka działającym pod egidą Rady Europy, w rok po powrocie do kraju szybko został wybrany prezesem Sądu Najwyższego, od 2011 r. zwanego tradycyjnie Kurią. Właśnie podczas tamtej nowelizacji został przedterminowo zdjęty ze stanowiska przez rozporządzający kwalifikowaną większością Fidesz, który w tym celu obniżył wiek aktywności sędziowskiej. Było to w głównej mierze uderzenie właśnie w sędziego Bakę, który w oczach budującego już wtedy swoją tożsamość na antyliberalnej platformie Fideszu był nikim innym, jak ucieleśnieniem „przegniłych” europejskich liberalnych elit. A to im przecież Viktor Orbán wypowiedział wojnę, a w 2014 roku właśnie na spotkaniu w Tusnádfürdő ogłosił, że buduje u siebie „demokrację nieliberalną”, co odbiło się wtedy ogromnym echem na całym świecie.
Naturalnie, zgodnie z logiką obowiązującą na Węgrzech po wyborach 2010 r., Andrása Bakę zastąpiła nominatka Fideszu, Tünde Handó, prywatnie żona niezwykle wpływowego wówczas Józsefa Szájera, jednego z „ojców – założycieli” Fideszu (partia powstała w marcu 1988 r.), też prawnika i zarazem „ojca” Konstytucji Sytemu Orbána, obowiązującej od 1 stycznia 2012 roku. To ten polityk, który narobił wokół siebie ogromnego szumu, gdy podczas pandemii uczestniczył w Brukseli w zamkniętej imprezie gejowskiej. Został złapany przez tamtejszą policję, gdy schodził w dół po rynnie z plecakiem, w którym odkryto narkotyki. Jego wielka kariera legła w gruzach, a próby powrotu do życia politycznego kończyły się fiaskiem, mimo jego bliskich więzi z premierem Orbánem. Tym bardziej nie ma on szans na powrót dzisiaj.
Europejskie trybunały orzekły potem, że sędziego Bakę odsunięto ze stanowiska „niesprawiedliwie”, zasądziły odszkodowanie w wysokości 100 tys. euro, które państwo węgierskie wypłaciło, ale powrotu ani do Sądu Najwyższego, ani tym bardziej do prezesury już nie miał. Od tamtej pory zniknął z życia publicznego, pełnił funkcje doradcze i asesorskie w różnych sądach. Powrócił dopiero teraz.
Ten trzeci
Jak wiadomo, nie był on pierwszym wyborem, lecz dopiero trzecim. Pierwszym wskazaniem rządzącego coraz wyraźniej Tiszą i gabinetem jednoosobowo Pétera Magyara była światowej sławy szachistka Judit Polgár, z którą jednak najwyraźniej przed tym wskazaniem się nie konsultowano. Toteż gdy premier i szef jego gabinetu się u niej pojawili, odmówiła, tłumacząc swoje stanowisko „brakiem politycznego doświadczenia”. Nie bez znaczenia mógł być też fakt, że media opozycyjne natychmiast wskazały, że Polgár obok węgierskiego ma też obywatelstwo izraelskie, a większość jej rodziny żyje w Izraelu.
Nauczony tym przykrym doświadczeniem Magyar, który się spieszył, bo w głosowaniu nad usunięciem poprzedniego prezydenta Tamása Sulyoka, o czym tutaj pisałem 14 lipca, zapowiedział publicznie, że „do dnia święta narodowego 20 sierpnia Węgry będą miały nowego prezydenta”. Od tamtej pory procedurę ukrył – ale nie do końca.
Kolejnym kandydatem, do którego się udał z szefem gabinetu, był 75-letni wybitny historyk o bogatym dorobku (z którego sam wielokrotnie korzystałem) Ignác Romsics. On jednak, po namyśle, zrezygnował ze względu na wiek, ale też obawy, że nie poradzi sobie z głęboką polaryzacją i nie zapewni narodowej jedności (publicznie nie zabierał jednak głosu). Gdy i on odmówił, wskazanie padło na sędziego Bakę.
Nowy system – czy powrót starego?
On sam potwierdził, że niejako z definicji będzie prezydentem „tymczasowym”, bowiem jego głównym zadaniem na tej funkcji będzie nic innego, jak przygotowanie tekstu nowej Konstytucji, do czego akurat ma pełne przygotowanie i teraz plenipotencje. Według rządowych zapowiedzi, które Baka natychmiast potwierdził, ma ona być gotowa do następnych wyborów parlamentarnych w roku 2030, gdy nie wyklucza się nie tylko zmian w ordynacji wyborczej, ale także wyboru prezydenta w wyborach powszechnych, a nie przez parlament, jak było dotąd.
Cala procedura usunięcia poprzedniego prezydenta i wyboru nowego, przez opozycję z Fideszu uznawana za „nielegalną” (tak jak w jego oczach „legalnym prezydentem pozostaje Tamás Sulyok”), potwierdza determinację obecnych władz, by całkowicie rozbić fundamenty i realia poprzednich 16 lat rządów Orbána.
Tamten system „nieliberalnej demokracji” w miarę upływu czasu coraz bardziej zamieniał się w autokrację (nie pełną jednak, bowiem Orbána usunięto kartką wyborczą, a nie zamachem stanu czy przewrotem pałacowym). Wiemy już doskonale, że był to system polegający na centralizacji władzy (w rękach premiera i jego obozu), majątku i pieniądza, na dodatek przeżarty korupcją i podporządkowany związanym z rządem oligarchom.
To te właśnie elementy tamtego Systemu szczególnie mocno eksponowała w ostatniej kampanii Tisza, wzniecając społeczny bunt, do którego dołożyła się jeszcze kontrowersyjna polityka zagraniczna gabinetu Orbána, blisko współpracującego z Wladimirem Putinem i Rosjanami, a Ukraińców i Unię Europejską traktując jako „wrogów” i podżegaczy do wojny, bez stwierdzania oczywistego faktu, iż to Ukraińcy są ofiarami rosyjskiej agresji.
Kardynalne pytania
Wiadomo też, to pewne, że Orbán sromotnie przegrał, bowiem „nie dowiózł”, tzn. nie spełnił obietnic i społecznych oczekiwań, że „będzie lepiej”, bowiem Węgry pod jego rządami „robią to najlepiej”. No cóż, gospodarczo popadli w stagnację, a rekordy notowali tylko w sferze korupcji i oligarchizacji kraju. Aż społeczeństwo się zbuntowało.
Sędzia Baka, teraz już prezydent in spe, w ślad za obecnie rządzącymi, zapowiada, że „zrobi wszystko, by poprzednie realia nie wróciły”. Można mu wierzyć, znając jego ,życiorys, podobnie jak można wierzyć, że chcąc „wyplenić System Orbána z korzeniami”, jak mówi premier Magyar, elity węgierskie będą teraz z determinacją przygotowywały nową Konstytucję. Punktem wyjścia w jej kształtowaniu, jak zapowiada András Baka, ma być przywrócenie systemu równowagi i kontroli władz (checks and balances). Czy to oznacza powrót demokracji liberalnej? Czy po 16 latach nieliberalnych rządów Orbána jest to możliwe? Czy po takich doświadczeniach uda się odwrócić wyroki historii i ponownie wejść do tej samej rzeki? Same kardynalne pytania, a odpowiedzi brak.
Poza jedną, wnikliwą uwagą poczynioną przez obecnego nadburmistrza Budapesztu Gergely’a Karácsonya: poprzednie realia w kraju formalnie definiowano jako System Narodowej Współpracy (Nemzeti Együttmüködési Rendszer – NER), a jedną z jego pierwszych ofiar był András Baka. I to właśnie jemu przypadła rola tego, który system NER zakończy i pogrzebie.
Ale jak to zrobi – jeszcze nie wiadomo.
Główne wnioski
- Od 19 sierpnia Węgry będą miały nowego prezydenta, którego głównym zadaniem będzie przygotowanie nowej Konstytucji.
- Sędzia o międzynarodowej renomie i ogromnym doświadczeniu, András Baka, jest do tej roli konstytucjonalisty znakomicie przygotowany. Jak jednak sobie poradzi w społeczeństwie głęboko podzielonym i spolaryzowanym? Tego chyba nikt nie wie, z nim samym włącznie.
- Nie ma wątpliwości, że na wyniki jego starań i działań, mające w rezultacie przynieść zmianę systemu politycznego w kraju na ponownie liberalny, w ogromnej mierze będzie oddziaływać nie tylko wysoce spolaryzowana polityka, ale w nie mniejszym stopniu niemal leżąca w gruzach gospodarka. A czas składania wniosków o granty i dotacje do Unii Europejskiej mija z końcem sierpnia. Czas goni – praktycznie w każdej dziedzinie.