Kategoria artykułu: Polityka

Maciej Berek nie byłby pierwszym politykiem w Trybunale. Jak przez lata upolityczniano TK

Nominacja „prawej ręki” premiera do Trybunału Konstytucyjnego budzi emocje. Nie byłaby jednak pierwszym przypadkiem, gdy do TK trafia osoba z wyraźną przeszłością polityczną. Sprawdzamy, jak często zdarzało się to wcześniej i dlaczego kolejne większości sejmowe sięgały po swoich ludzi.

Na początku września Sejm ma uzupełnić skład Trybunału Konstytucyjnego. Kandydatem Koalicji Obywatelskiej jest Maciej Berek, do niedawna minister w rządzie Donalda Tuska. Nominacja wznowiła dyskusję o upolitycznieniu Trybunału Konstytucyjnego. Fot. Radek Pietruszka/PAP

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Ilu sędziów TK miało za sobą działalność polityczną w momencie wyboru.
  2. Które większości sejmowe powoływały do Trybunału byłych posłów i senatorów.
  3. Dlaczego przepisy wprowadzające karencję dla byłych polityków przed wyborem do TK ostatecznie nie zaczęły obowiązywać.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

W poniedziałek Maciej Berek został oficjalnie zgłoszony jako kandydat do Trybunału Konstytucyjnego. Minister ds. nadzoru nad wdrażaniem polityki rządu został zgłoszony przez posłów Koalicji Obywatelskiej.

Z rządu do TK

Kandydatura od kilku dni wywołuje kontrowersje. Berek, choć formalnie bezpartyjny, jest jednym z najbliższych współpracowników Donalda Tuska i ważną postacią w obecnym obozie władzy. Bywa określany jako „prawa ręka” premiera. W tym świetle powracają pytania o deklarowane przez koalicję rządzącą przywrócenie politycznej niezależności Trybunału.

Głosowanie nad kandydaturą Berka może odbyć się podczas pierwszego posiedzenia Sejmu po wakacjach, zaplanowanego na 2-4 września 2026 r. Do tego czasu można spodziewać się kolejnej fali dyskusji zarówno o samym kandydacie, jak i o politycznych związkach osób wybieranych do TK.

To temat dobrze znany z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy. Do najbardziej kontrowersyjnych nominacji należały wówczas kandydatury czynnych do niedawna posłów PiS – Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. Oboje należeli do najbardziej rozpoznawalnych i wyrazistych polityków obozu rządzącego. W przypadku Piotrowicza dodatkowe emocje budziły jego przeszłość w PZPR oraz praca prokuratora w czasach PRL.

To nie pierwsze upolitycznienie TK

Politycy Prawa i Sprawiedliwości przekonywali wówczas, że wybór Pawłowicz i Piotrowicza nie oznacza upolitycznienia Trybunału. Przy wszystkich różnicach między ich sytuacją a kandydaturą Berka również dziś część obozu rządzącego argumentuje, że wcześniejsze związki kandydata z władzą nie przekreślają jego niezależności jako przyszłego sędziego.

Jeśli jednak spojrzeć dalej niż na ostatnią dekadę, okazuje się, że wybór do TK osób z polityczną przeszłością nie jest w III RP zjawiskiem wyjątkowym.

Niemal co piąty sędzia z doświadczeniem politycznym

Z analizy Konkret24 wynika, że spośród 71 sędziów, którzy orzekali w TK w latach 1986-2019, trzynastu – czyli nieco ponad 18 proc. – miało w momencie wyboru za sobą doświadczenie polityczne. Część rezygnowała z funkcji politycznych dopiero krótko przed objęciem stanowiska w Trybunale.

Już po transformacji ustrojowej do TK trafiali politycy związani z parlamentem. Zdzisław Czeszejko-Sochacki był wcześniej posłem PRL, a Janusz Trzciński – posłem na Sejm kontraktowy.

Więcej osób z parlamentarną przeszłością trafiło do Trybunału w okresie rządów AWS i UW w latach 1997-2001. Powołano wówczas m.in. późniejszego prezesa TK Jerzego Stępnia, wcześniej senatora I i II kadencji, Janusza Niemcewicza, byłego posła II kadencji, oraz Jerzego Ciemniewskiego, który zasiadał w Sejmie przez trzy kadencje.

W kolejnych latach większość związana z SLD wybrała do TK m.in. Marka Mazurkiewicza, byłego posła trzech kadencji, oraz Adama Jamróza, wcześniej senatora V kadencji. Dane Konkret24 pokazują więc, że polityczny życiorys przyszłych sędziów nie był domeną jednej partii ani jednego okresu rządów.

Byli wicemarszałkowie i senatorowie w TK

Także w okresie rządów koalicji PiS, Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony do Trybunału trafiały osoby o wyraźnej przeszłości politycznej. W 2007 r. sędzią TK został m.in. Marek Kotlinowski, były prezes LPR i wicemarszałek Sejmu w latach 2005-2006. W skład Trybunału weszła również Teresa Liszcz – współzałożycielka Porozumienia Centrum, wcześniej posłanka i senatorka.

Przez kolejne osiem lat rządziła koalicja Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego. Osób z doświadczeniem parlamentarnym powołano wówczas mniej, ale również w tym okresie nie uniknięto takich nominacji. W 2012 r. sędzią TK został Leon Kieres. Pierwszy prezes IPN miał wcześniej za sobą karierę samorządową, a następnie dwie kadencje w Senacie – w tym jako senator Platformy Obywatelskiej.

PiS stawia na kandydatów z polityczną przeszłością

Po zmianie władzy w 2015 r. do TK zaczęło trafiać więcej osób bezpośrednio związanych wcześniej z polityką PiS. Jeszcze w tym samym roku sędzią został Piotr Pszczółkowski, świeżo wybrany poseł z listy PiS, a także Henryk Cioch, który wcześniej zasiadał w Senacie po wyborze z listy tej partii. W 2018 r. do Trybunału wybrano Jarosława Wyrembaka, który wcześniej był członkiem PiS.

Rok 2019 przyniósł najbardziej rozpoznawalne nominacje – Krystyny Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza. W chwili wyboru nie byli już parlamentarzystami: Pawłowicz nie wystartowała w wyborach, a Piotrowicz nie uzyskał mandatu. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej oboje należeli jednak do najbardziej aktywnych postaci klubu parlamentarnego PiS.

W kolejnych latach do TK trafili m.in. Bartłomiej Sochański, który w 2018 r. kandydował z ramienia PiS na prezydenta Szczecina, oraz Bogdan Święczkowski – wcześniej m.in. wiceminister sprawiedliwości i prokurator krajowy, przez lata blisko związany ze Zbigniewem Ziobrą. Święczkowski miał też epizod wyborczy: w 2011 r. uzyskał mandat posła z listy PiS, którego ostatecznie nie objął.

Miało być lepiej

Próbę podniesienia standardów podjęto w 2024 r. Sejm uchwalił wówczas nową ustawę o Trybunale Konstytucyjnym, która przewidywała m.in. czteroletnią karencję dla osób, które wcześniej sprawowały niektóre najważniejsze funkcje publiczne, przed możliwością kandydowania na sędziego TK.

Ustawa jednak nie weszła w życie. Prezydent Andrzej Duda skierował ją wraz z ustawą wprowadzającą do Trybunału Konstytucyjnego w trybie kontroli prewencyjnej. 29 lipca 2025 r. TK uznał część zakwestionowanych przepisów za niezgodną z Konstytucją, a ponieważ niektóre z nich uznał za nierozerwalnie związane z całością regulacji, w praktyce zablokował wejście obu ustaw w życie.

Kandydatura Macieja Berka ponownie stawia więc pytanie, czy obecna większość zamierza stosować wobec siebie standardy, które wcześniej sama chciała wpisać w ustawę.

Choć reforma nie zaczęła obowiązywać, sama propozycja czteroletniej karencji stała się ważnym punktem odniesienia w debacie o standardach politycznej niezależności TK. Kandydatura Macieja Berka ponownie stawia więc pytanie, czy obecna większość zamierza stosować wobec siebie standardy, które wcześniej sama chciała wpisać w ustawę.

Ekspert: decydują nie tylko przepisy, ale również obyczaje

W ocenie politologa z Uniwersytetu SWPS, dr. Mateusza Zaremby, problem wyboru Macieja Berka i innych osób z polityczną przeszłością do TK jest zakorzeniony przede wszystkim w polskiej kulturze politycznej.

– To nie jest kwestia sztywnych przepisów, lecz raczej prawa zwyczajowego, pewnego obyczaju ustrojowego oraz standardów etycznych. Musimy pamiętać, że prawo zwyczajowe stanowi najwyższą formę prawa, ponieważ ma wręcz charakter formujący. Niestety, stanowisko sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest prestiżowe i lukratywne, co sprawia, że niektórzy politycy chętnie po nie sięgają – mówi dr Zaremba.

Naukowiec nie uważa jednak, że problem odpolitycznienia TK da się rozwiązać wyłącznie poprzez szczegółowe regulacje.

– Jednym z kluczowych wymogów stawianych sędziom jest posiadanie nieskazitelnego charakteru oraz nieposzlakowanej opinii. Choć kryterium to bywa różnie definiowane w odniesieniu do poszczególnych szczebli sądownictwa, jego istotą jest to, aby każdy kandydat we własnym sumieniu potrafił odpowiedzieć sobie na pytanie, czy w danych okolicznościach powinien ubiegać się o ten urząd. Próba zbyt szczegółowej kodyfikacji stwarza ryzyko, że zamkniemy katalog dopuszczalnych sytuacji, a z czasem i tak pojawi się przypadek osoby, która formalnie spełnia kryteria, ale jej kandydatura będzie budzić wątpliwości – na przykład z powodu wcześniejszego pisania ekspertyz prawnych na polityczne zamówienie – uważa politolog.

Odbudowa wiarygodności TK może nie budzić zaufania

Dr Mateusz Zaremba dostrzega jednak istotne różnice między kandydaturą Macieja Berka a niektórymi nominacjami z czasów rządów Zjednoczonej Prawicy.

Przypadek Berka dotyka również innego problemu – odbudowy społecznego zaufania do Trybunału Konstytucyjnego. Po latach sporów wokół jego składu i orzeczeń pozostaje to jednym z najważniejszych wyzwań stojących przed TK.

– Choć jestem skłonny uwierzyć, że minister Berek posiada predyspozycje do rzetelnego wejścia w nową rolę i zachowania bezstronności, musimy pamiętać o fundamentalnej zasadzie. Orzeczenia sądów i trybunałów muszą być nie tylko niezawisłe i merytorycznie jednoznaczne, ale również w odbiorze społecznym muszą budzić pełne zaufanie. Społeczeństwo musi mieć niezachwiane poczucie, że wyrok został wydany w sposób całkowicie niezależny i zgodny z najwyższymi standardami etycznymi – podkreśla politolog.

Czy paraliż TK jest na rękę rządowi?

Dr Mateusz Zaremba uważa, że obecny kryzys Trybunału i osłabienie jego autorytetu mogą być wygodne dla każdej władzy wykonawczej.

– Każdemu rządowi sprzyja sytuacja, w której organ kontroli konstytucyjnej nie funkcjonuje prawidłowo lub gdy jego rozstrzygnięcia można interpretować selektywnie. Ten proces deprecjonowania instytucji trwa już od dekad. Nominowanie osób budzących skrajne emocje tylko to pogłębia. W efekcie stale kręcimy się wokół sporów proceduralnych o to, kto jest legalnym sędzią, a kto nie. To doskonałe perpetuum mobile dla polityków wszystkich opcji – podsumowuje politolog.

Główne wnioski

  1. Powoływanie do Trybunału Konstytucyjnego osób z polityczną przeszłością nie jest zjawiskiem charakterystycznym wyłącznie dla ostatniej dekady. Z analizy Konkret24 wynika, że spośród 71 sędziów orzekających w TK w latach 1986-2019 trzynastu, czyli nieco ponad 18 proc., miało w momencie wyboru za sobą doświadczenie polityczne. Niektórzy rezygnowali z funkcji politycznych dopiero krótko przed objęciem urzędu sędziego TK.
  2. Kandydaci z doświadczeniem politycznym trafiali do Trybunału za rządów różnych ugrupowań. W okresie AWS-UW sędziami zostali m.in. byli parlamentarzyści Jerzy Stępień, Janusz Niemcewicz i Jerzy Ciemniewski. Później do TK trafiali m.in. Marek Mazurkiewicz i Adam Jamróz, a za rządów PiS, LPR i Samoobrony – Marek Kotlinowski i Teresa Liszcz. W okresie koalicji PO-PSL sędzią został Leon Kieres. Po 2015 r. do Trybunału powołano kolejnych kandydatów bezpośrednio związanych wcześniej z polityką PiS, m.in. Piotra Pszczółkowskiego, Henryka Ciocha, Krystynę Pawłowicz i Stanisława Piotrowicza.
  3. Próba ustawowego ograniczenia takich nominacji zakończyła się niepowodzeniem. Uchwalona w 2024 r. ustawa o TK przewidywała m.in. czteroletnią karencję dla osób sprawujących wcześniej określone funkcje publiczne, ale nie weszła w życie. Prezydent Andrzej Duda skierował ją do TK w trybie kontroli prewencyjnej, a w lipcu 2025 r. Trybunał zakwestionował część jej przepisów. Zdaniem dr. Mateusza Zaremby same regulacje nie wystarczą do zagwarantowania politycznej niezależności TK – równie istotne są standardy etyczne i obyczaj ustrojowy.