Kolarstwo ma pieniądze. Ale nie dla wszystkich. „Polscy kolarze jeżdżą za 3-8 tys. zł”
Największe wyścigi świata generują ogromne przychody, za zespołami stoją potężne koncerny i państwa dysponujące niemal nieograniczonymi budżetami. Tyle tylko, że na naprawdę wysokie kontrakty może liczyć wąskie grono najlepszych na świecie. Dla reszty zostaje niewiele.
Z tego odcinka dowiesz się…
- Ile zarabiają kolarze zawodowego peletonu i ile wynoszą budżety największych teamów.
- Jaka nagroda czeka na zwycięzcę Tour de France,
- Z jakimi młodymi polskimi kolarzami możemy wiązać największe nadzieje.
Wideocast
Powiększ video
Wideocast
Powiększ audio
Tour de France, Giro d’Italia i Vuelta a España – ta wielka kolarska trójka finansowo i marketingowo dawno temu odjechała reszcie stawki. Do niej dochodzi pięć kolarskich monumentów – najbardziej prestiżowych kolarskich wyścigów jednodniowych. To właśnie te imprezy mają największą oglądalność, budżety i możliwości zarabiania. Za możliwość organizacji pierwszych etapów Giro poza Włochami, inne państwa są gotowe płacić nawet 20 mln euro.
Pół miliona za Tour de France
Kolarstwo jest sportem drużynowym, choć na ekranie często wygląda jak ściganie pojedynczych zawodników. Jednak zwycięstwo lidera jest zazwyczaj efektem pracy całej ekipy. Zarówno pozostałych kolarzy z zespołu, ale też dyrektorów sportowych, mechaników, masażystów i pozostałego sztabu. Nagrody zdobywane podczas wyścigu są więc dzielone pomiędzy zawodników i obsługę.
Najlepszy na mecie Tour de France inkasuje 500 tys. euro. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że trzeba tę kwotę podzielić na kilkadziesiąt osób, wysokość nagrody nie powala. Kolarze nie żyją jednak z nagród. Podpisują umowy gwarantujące im podstawowe zarobki.
– W najlepszych ekipach to są pieniądze rzędu od 150 do 500 tys. euro rocznie. Tyle zarabiają ci kolarze, którzy głównie pracują na innych. Później się zaczyna drabinka tych coraz lepszych, czyli tych liderów w mniejszych ekipach, którzy są w stanie wygrać jakiś wyścig klasyczny. Oni oczywiście zarabiają więcej. A na szczycie mamy gwiazdy: Tadej Pogačar 8 mln euro, Jonas Vingegaard 5-6, tyle samo mniej więcej Remco Evenepoel, pewnie podobnie Wout
van Aert – mówi w podcaście „Sport to pieniądz” Adam Probosz, komentator kolarstwa w Eurosporcie i założyciel kanału Tur de Tur.
Do tego dochodzą nagrody od indywidualnych sponsorów, dostarczających kolarzom sprzęt: od butów po okulary.
Dwie rzeczywistości
Gwiazdorskie kontrakty najlepszych to tylko malutki wycinek kolarskiego świata. Podstawę piramidy stanowią grupy, które nie jeżdżą w cyklu World Tour. Tam finanse wyglądają zupełnie inaczej.
– Widełki zarobków w polskich grupach kontynentalnych to mniej więcej od 3 do 8 tys. zł. To nie są pieniądze, z których odłożysz na emeryturę – mówi Adam Probosz.
Sytuacja ścigających się w mniejszych grupach jest tym trudniejsza, że ścieżka dostania się z nich do sportowo i finansowo najlepszych grup mało komu daje realną możliwość takiego awansu.
– Coraz mniej jest miejsca dla ekip mniejszych, które wcześniej były zapraszane na znaczące wyścigi. My mamy teraz trzy ekipy kontynentalne: Voster Team, Mazowsze Serce Polski i Wibatech Lubelskie Perła Polski. Ich budżety to ok. 2 mln zł rocznie. Też się chcą pokazać, ale nie mają robiących wrażenie autokarów, które skłaniają organizatorów do zaproszenia ekip związanych z tymi największymi grupami. Dlatego możliwość pokazania się kolarzy z tych ekip jest ograniczona – mówi Adam Probosz.
Według niego oznacza to, że młodzi kolarze szybko muszą zdecydować, czy chcą zaryzykować i szybko przeprowadzić się za granicę, by dołączyć do zespołów rozwojowych pod patronatem największych ekip kolarskich w światowym peletonie.
Budżety no limit
W piłce nożnej potężnym źródłem przychodów są prawa telewizyjne. W kolarstwie sytuacja wygląda inaczej. Telewizja ma znaczenie, ale pieniądze z transmisji właściwie w całości zostają w kieszeni organizatorów wyścigów. Drużyny nie mają mechanizmu, który zapewniałby im bezpośredni udział w przychodach z praw telewizyjnych. Żyją ze wsparcia sponsorów.
– Sponsor to 80-90 proc. budżetu – mówi Adam Probosz.
W World Tourze trzeba dysponować ok. 20 mln euro. Czołowe ekipy mają do dyspozycji ponad 3 razy więcej.
– Tutaj bardzo duże znaczenie ma dojście krajów, takich jak Zjednoczone Emiraty Arabskie na przykład, które mają budżety praktycznie nielimitowane. Mówi się o tym, że to są budżety rzędu 70 mln euro na rok, ale kiedyś rozmawiałem z jednym z naszych masażystów, który poszedł do jednej z trzech największych ekip. Zapytałem go: jaki macie budżet? On powiedział: ok. 50 mln euro, ale tak naprawdę tyle, ile potrzebujemy. Takie są realia chociażby w ekipie Tadeja Pogačara, czyli właśnie Emirates – opowiada Adam Probosz.
Pieniądze pozwalają nie tylko opłacić najlepszych zawodników i sztab mechaników.
– Bardzo dużo można kupić, bo doszła na przykład sztuczna inteligencja, która pomaga w planowaniu treningów i w przeglądzie wszystkich wyników badań. Inwestuje się też bardzo dużo w sprzęt, bo kolarze jeżdżą coraz szybciej, a grupy kupują najlepszych trenerów, masażystów i lekarzy z rynku – tłumaczy Adam Probosz.
Kondycja polskiego kolarstwa
Polskie kolarstwo męskie nie ma dziś zawodnika w World Tourze, który mógłby nawiązywać do sukcesów Michała Kwiatkowskiego czy Rafała Majki z najlepszych lat. Nie oznacza to jednak, że brakuje talentów. Adam Probosz wskazuje na Jana Jackowiaka, Patryka Goszczurnego i Maksa Matyasika.
– Oni potrzebują jeszcze roku, dwóch lat, być może troszkę więcej. Widzimy, że Janek
czy Patryk potrafią już osiągać naprawdę fajne wyniki. Ale nasze
kolarstwo dzisiaj jest kobietą. Mogliśmy to zobaczyć chociażby podczas ostatniego Tour de France
– mówi Adam Probosz.
Na kobiecym Tour de France Katarzyna Niewiadoma-Phinney do końca walczyła o drugie zwycięstwo w karierze, ostatecznie kończąc wyścig na drugim miejscu. Ósma na mecie była Dominika Włodarczyk.