Kategoria artykułu: Kultura

Beks z Excela. 7 błędów w analizach rynku sztuki

Średnia cena wystrzeliła i aż strach pomyśleć, jak potężny będzie za pół roku zwrot z inwestycji! Każdego, kto zachwala takimi hasłami rynek sztuki, powinno się wtrącić do lochu. I to takiego starannie urządzonego przez Zdzisława Beksińskiego.

Obraz Zdzisława Beksińskiego „Oczekiwanie” osiągnął w marcu wartość 582 tys. zł. Choć malarz zasłynął z tematów budzących grozę, jego prace zalicza się do najbardziej poszukiwanych w obiegu. Wielu twierdzi nawet, że im bardziej upiorny jest wydźwięk konkretnego dzieła, tym wyższy jego potencjał na rynku.
Obraz Zdzisława Beksińskiego „Oczekiwanie” osiągnął w marcu wartość 582 tys. zł. Choć malarz zasłynął z tematów budzących grozę, jego prace zalicza się do najbardziej poszukiwanych w obiegu. Wielu twierdzi nawet, że im bardziej upiorny jest wydźwięk konkretnego dzieła, tym wyższy jego potencjał na rynku. Fot. Agra-Art

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego parametry takie jak średnia cena czy roczny obrót nie zawsze odzwierciedlają kondycję rynku sztuki. 
  2. Jak na obrót dziełami wpływa poziom inflacji oraz dlaczego prognozowanie stóp zwrotu z inwestycji w malarstwo uznaje się za manipulację. 
  3. Czy liczba archiwalnych notowań to właściwy wskaźnik do oceny inwestycyjnego potencjału dzieł danego artysty. 
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

W profesji analityczki rynku aukcyjnego rzadko kiedy niezbędna jest tęga matematyka. Na co dzień wertuje się przeważnie arkusze, które miewają po kilkaset, a nie po kilka milionów transakcji. A rozbudowanych prognostycznych modeli – rozkładających się dumnie na dwa ekrany – można jedynie pozazdrościć kolegom z korporacji. Czy oznacza to jednak, że wyrokowanie o inwestycyjnym potencjale dzieł to bułka z masłem? Gdyby konieczna była dla tego jakaś metafora kulinarna, stosowna byłaby raczej bułka wzbogacona uranem.

Specyfika handlu dziełami sztuki wręcz uniemożliwia sztywne prognozowanie zysku. Niezależnie od inwestycyjnego horyzontu rynkiem rządzą właściwe wyłącznie dla niego mechanizmy. Niekiedy zdają się nawet przeczyć logice, nie wspominając o podręcznikach ekonomicznych. Mądrze budowana kolekcja istotnie może zapewnić w przyszłości obfity zwrot, jednak będzie to zależne od całego oceanu czynników. Sztuka pozostaje dobrem heterogenicznym, którego użyteczność krańcowa jest, delikatnie mówiąc, nieoczywista. Pod tym terminem kryje się korzyść konsumenta z każdej kolejnej jednostki danego dobra.

Czy nasz apetyt rzeczywiście rośnie jednak w miarę jedzenia, czy może odwrotnie – po co nam drugie dzieło Malczewskiego, skoro nad biurkiem zmieści się tylko jedno? Pomyślmy więc, jak to jest z tymi dziełami, analizując najbardziej nieszczęsne błędy w prognozowaniu trendów…

1. Obrazy to nie akcje…

Trudno o powszechniejszy błąd niż obieranie prawideł z rynku kapitałowego podczas analizowania handlu sztuką. Dlaczego to połączenie, choć absurdalne, wciąż wydaje się tak kuszące? Być może naszą wyobraźnię wciąż mąci wspomnienie okresu transformacji, kiedy to błyskawicznie kiełkująca finansjera ochoczo meblowała salony dziełami sztuki dawnej.

Błąd zestawiania obrazów z giełdowymi walorami polega jednak na tym, że poszczególne akcje danej spółki są takie same, a ich zbywalność nie nastręcza przeważnie obaw. Sztuka natomiast zalicza się do dóbr o wyjątkowo niskiej płynności. Niekiedy wprowadzenie na rynek wybitnego obiektu zajmuje kilka miesięcy! Szczególnie, kiedy jest to dzieło stosunkowo kosztowne, a właściciela nie sycą byle jakie oferty o zaniżonej wycenie.

2. Inflacja & stagnacja?

Powszechną niejasność rodzi zwykle spadek aukcyjnych obrotów powodowany inflacją. Kiedy w rocznym podsumowaniu pojawia się jakikolwiek objaw stagnacji, naczelna interpretacja zakłada: sztuka się nie sprzedaje, popyt spada! W warunkach osłabienia siły nabywczej waluty bywa jednak odwrotnie. Obniżenie aukcyjnego obrotu niekoniecznie wynika z niechęci popytu, a częściej z niedostatecznej podaży dzieł najwyższej klasy.

Wyobraźmy sobie (choćby dla przyjemności), że w miejscu szafy na ubrania mamy teraz w przedpokoju muzealnej klasy płótno Jacka Malczewskiego. Co ono tam robi? Otóż w czasie inflacji – głównie utrzymuje swoją wartość. Jeśli więc nagły zastrzyk kapitału nie jest dla nas kwestią życia i śmierci, kto zamieniłby taką stabilną lokatę w górę gotówki tracącej wartość?

3. Nieporęczna średnia

Żeby nie sięgać po zakurzone archiwalia, przyjrzyjmy się ubiegłorocznym danym. Na aukcjach sztuki dawnej odnotowaliśmy w 2025 r. aż 17-procentowy skok obrotu. Czyżby hossa? To nie tak jasne, jeśli uwzględnimy fakt, że za kilkanaście procent rocznej sprzedaży odpowiadało… pojedyncze notowanie. Rekordowo wycenione dzieło Jacka Malczewskiego „Rzeczywistość” osiągnęło wówczas wartość 22 mln zł (18,5 mln zł bez aukcyjnych opłat). Średnia cena na aukcjach sztuki dawnej podniosła się więc do blisko 60 tys. zł (bez opłat), co oznaczało 13-procentowy roczny wzrost.

Gdyby jednak usunąć rekordowo wylicytowany obraz z listy wyników, przeciętna wartość transakcji zatrzymałaby się na poziomie niecałych 52 tys. zł. Oznaczałoby to roczny spadek o ok. 2 proc. Dlaczego więc kurczowo trzymamy się średniej, a zapominamy o jej statystycznej siostrzyczce – medianie?

Olejny obraz „Rzeczywistość” sprzedano w 2025 r. za ponad 22 mln zł. Dzieło Jacka Malczewskiego odpowiadało za 13 proc. rocznego obrotu w segmencie malarstwa dawnego.
Olejny obraz „Rzeczywistość” sprzedano w 2025 r. za ponad 22 mln zł. Dzieło Jacka Malczewskiego odpowiadało za 13 proc. rocznego obrotu w segmencie malarstwa dawnego. Fot. domena publiczna

4. Niemedialna mediana…

Przenieśmy się ponownie do naszych przedpokojów, jednak tym razem wydłużmy je mocą wyobraźni do formatu paradnych holi. Przyjmijmy, że mamy tam galerię złożoną z siedmiu obrazów. Cztery z nich to niższej próby landszafty, które razem przyniosłyby w porywach z pięć tysięcy złotych (z uwagi na piękne ramy!). Dwa to natomiast dzieła Zdzisława Beksińskiego, które niedawno wylicytowaliśmy na aukcjach. Są warte 420 tys. zł i 756 tys. zł. Żeby już całkowicie zaszaleć, dorzućmy na końcu korytarza wspomnianą „Rzeczywistość” Malczewskiego (ubarwi mieszkanie!). Średnia wartość naszej kolekcji wyniesie wówczas ponad 3,3 mln zł.

Czy będzie to więc wymierne dla zbioru, który w przewadze budują słabe landszafty? W tym momencie spójrzmy na medianę. Zdejmijmy dzieła ze ścian i zawieśmy, szeregując je cenami. Jako pierwsze pysznić się będą cztery pejzaże, a na końcu korytarza – „Rzeczywistość” (żeby nie ucierpiała czasem od mokrych płaszczy). Medianę stanowi wartość obrazu, który znajduje się w centrum naszego szeregu. Wartość środkową wyznaczy więc czwarty obraz. Najdroższy z landszaftów kosztować mógł, powiedzmy, 2,3 tys. zł.

O ile na tak abstrakcyjnym przykładzie oba parametry jawią się jako umiarkowanie przydatne, w skali całego obrotu dziełami różnica bywa kolosalna. Czy ktoś z nas spodziewałby się na przykład, że połowa transakcji na aukcjach sztuki dawnej wyniosła w minionym roku poniżej 8,4 tys. zł? Tej informacji dostarczyła nam właśnie mediana – bez wątpienia użyteczna, a ciągle jakoś niedoceniana.

5. Rzadkość kontra popularność

W kontekście rynków kolekcjonerskich często pada stwierdzenie, że to rzadkość w obiegu najsilniej podnosi stawkę. Istotnie, choć jednocześnie – nie zawsze… Przenieśmy się na moment pamięcią do zimy 2022 r. Podczas jednej z grudniowych aukcji wylicytowanych zostało aż pięć dzieł Wojciecha Fangora, jednego z najbardziej cenionych autorów powojennego malarstwa. Były wśród nich dwie prace czysto abstrakcyjne, w tym jedna typowa dla artysty kompozycja z falującymi pasmami przenikających się barw. Rozpoznawalny w swoim typie obraz z lat 70. W tym samym katalogu znalazł się jednak również bardzo wczesny portret, na którym dwudziestoletni Fangor przedstawił swoją matkę. Dzieło o odrębnym ładunku emocjonalnym i bez wątpienia niepowtarzalne! Jak rynek wycenił oba obrazy? Otóż portret matki artysty osiągnął cenę 35 tys. zł, a falista kompozycja abstrakcyjna – 4,1 mln zł.

Czemu zawdzięczamy tę dysproporcję? Odwiecznemu prawu o melodii, którą się już raz słyszało. Na rynku sztuki, jak w każdym innym sektorze, znaczenie ma nie tylko rzadkość, ale i rozpoznawalność. Lżej jest w końcu dopłacić za obraz, który wzbudzi w gościach niedowierzanie: to oryginał? Proszę, proszę, niesłychane… Czy jest to jednak domeną wszystkich kolekcjonerów? Patrz: punkt 6 (uprzedzamy, czeka w nim kolejna niedorzeczność…).

6. Ile ten artysta ma notowań?

Miało być wbrew logice, więc oto kolejne rynkowe prawo, stojące poniekąd w sprzeczności z tym, co ustaliliśmy dotychczas. W listopadzie 2024 r. na aukcję trafiło obszerne płótno artysty podpisanego jako Jeremi Kubicki. Jaka cena wywoławcza? Ponad milion złotych. Sprawdzamy więc w archiwum notowań, a tam… właściwie jedna, osamotniona sprzedaż obrazu Jeremiego Kubickiego w poprzednim roku. Mówiąc szczerze, wielu odwiedzających wówczas wystawę przedaukcyjną nazwisko Kubickiego słyszało pierwszy raz w życiu. Ze względu na wybitną rangę dorobku tego autora wystawione w listopadzie dzieło osiągnęło jednak wartość 2,1 mln zł.

Jak ma się to do obserwacji, że to właśnie szeroka rozpoznawalność winduje cenę na aukcji? Raczej nijak. Uświadamia nam to natomiast, że popyt na rynku tworzy nie jeden, a wiele segmentów nabywców. Jedni poszukują prac najbardziej reprezentatywnych dla danego artysty, drudzy – artystów pozostających poza radarem innych… Pewne pozostaje jedynie, że liczba aukcyjnych notowań dzieł artysty niewiele nam mówi o ich potencjale inwestycyjnym.

Ponad dwumetrowy obraz „Manewry” autorstwa Jeremiego Kubickiego sprzedany został na aukcji w cenie 2,1 mln zł, mimo że na rynku artysta ten pozostawał całkowicie niepopularny. Niska liczba notowań wynika jednak z faktu, że niemal cały dorobek Jeremiego Kubickiego uległ zniszczeniu w czasie wojny. W 1939 r. mieszczący się przy Nowym Świecie budynek z warsztatem ramiarza, który miał oprawić dzieła artysty, został zbombardowany.
Ponad dwumetrowy obraz „Manewry” autorstwa Jeremiego Kubickiego sprzedany został na aukcji w cenie 2,1 mln zł, mimo że na rynku artysta ten pozostawał całkowicie niepopularny. Niska liczba notowań wynika jednak z faktu, że niemal cały dorobek Jeremiego Kubickiego uległ zniszczeniu w czasie wojny. W 1939 r. mieszczący się przy Nowym Świecie budynek z warsztatem ramiarza, który miał oprawić dzieła artysty, został zbombardowany. Fot. Sopocki Dom Aukcyjny 

7. Koślawa stopa zwrotu

Nie możemy nie wspomnieć o temacie zwrotu z inwestycji. Czy sztuka zapewnia jakikolwiek zysk – a jeśli tak, to w jakim terminie? Jedyna uczciwa odpowiedź brzmi: to możliwe. Ubiegłego lata na jednej ze stołecznych aukcji sprzedany został niewątpliwej urody obraz Ludomira Ślendzińskiego. Międzywojenny akt „Nad jeziorem” osiągnął wówczas wartość 900 tys. zł. Jeśli zagłębimy się w archiwalne notowania, odnajdziemy jednak podobną transakcję zawartą ponad trzydzieści lat temu. Dzieło to notowane było w grudniu 1994 r. na aukcji, choć osiągnęło wtedy cenę 14,8 tys. zł. W bezsprzecznie długim horyzoncie zwiększyło więc wartość ponad 60-krotnie.

Czy oznacza to, że dopiero po kilku dekadach możemy liczyć na zarobki? Niekoniecznie. Może chociaż wiadomo wobec tego, że opłaca się zainwestować w obraz, na którym modelka jest goła? Też nie, choć już cieplej. Jedyne, co można ustalić, to że liczba ponownych sprzedaży tych samych obrazów jest zbyt niska i obarczona zbyt wieloma czynnikami zaburzającymi próbę. Spójrzmy na sam krajobraz połowy lat 90. Ktoś kupił wówczas wysublimowany kolorystycznie akt z międzywojnia, który po ponad trzech dekadach okazał się droższy. A ile wtedy kosztować mogła falista abstrakcja Fangora, którym niemal nikt się nie interesował?

Międzywojenny akt „Nad jeziorem” autorstwa Ludomira Ślendzińskiego osiągnął na aukcji wartość 900 tys. zł. Co ciekawe, według archiwum aukcyjnych notowań, od 1994 r. zdrożał on ponad 60-krotnie.
Międzywojenny akt „Nad jeziorem” autorstwa Ludomira Ślendzińskiego osiągnął na aukcji wartość 900 tys. zł. Co ciekawe, według archiwum aukcyjnych notowań od 1994 r. zdrożał on ponad 60-krotnie. Fot. Polswiss Art 

Główne wnioski

  1. Choć o rynku sztuki chętnie mówi się językiem giełdowym, obrót dziełami rządzi się zupełnie innymi prawami niż rynek kapitałowy. Sztuka zalicza się do dóbr o niskiej płynności, a na popyt kolekcjonerów oddziałuje bardzo wiele czynników. Wbrew pozorom, dla rozbudzenia licytacji istotna bywa nie tylko rzadkość, ale i rozpoznawalność. 
  2. W warunkach podwyższonej inflacji spadać może obrót na aukcjach. Wynika to przede wszystkim z niedostatków podaży najdroższych obrazów. Kiedy wartość pieniądza się obniża, niewielu kolekcjonerów jest skłonnych do upłynniania dzieł utrzymujących wartość. 
  3. O ile jednym z najpopularniejszych wskaźników na rynku pozostaje średnia cena, znacznie bardziej użyteczna bywa mediana. Pod tym terminem rozumie się wartość środkową po uszeregowaniu transakcji od najniższej do najwyższej. Przykładowa mediana dla rynku malarstwa dawnego wyniosła w 2025 r. 8,4 tys. zł. Oznacza to, że połowa transakcji została zawarta poniżej, a połowa powyżej tej kwoty.