Do kury nędzy! 3 mity o inwestowaniu w design PRL
PRL–owska bomboniera „Kura” z huty ząbkowickiej osiąga już czterocyfrowe ceny. Jedni biorą to za fanaberię „warszawki”, inni upatrują inwestycji ze zwrotem szacowanym na setki procent. Zamiast słuchać ekspertów, często wierzymy w głupoty.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Ile kosztują popularne projekty naczyń z okresu PRL i czy eksperci przewidują dalszy rozwój kolekcjonerskiego rynku.
- Czy to prawda, że przedmioty produkowane w latach 70. fabrycznie i na wysoką skalę mogą osiągać wartości wyższe od tych ręcznie opracowanych?
- Jak wygląda jedna z najbardziej kunsztownych serii wykonanych ze szkła prasowanego w Polsce i jakie osiąga notowania.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Niektórzy są zdania, że wzornictwo pozostaje sztuką szlachetniejszą nawet niż malarstwo. W formie użytkowej zamknięty bywa w końcu zarówno ładunek artystyczny, jak i odpowiedź na potrzeby codzienności. Przeciwnicy tej teorii ruszają wówczas z argumentem: przecież design nie niesie przekazu, nie opowiada żadnej treści! Czy rzeczywiście? Niekiedy tak, ale chyba coraz rzadziej.
Gdyby rzemiosło, które nas otacza, pozostawało całkowicie nieme pod względem przekazu, na rozmowy kwalifikacyjne stawialibyśmy się w klapkach, a na jesiennych ulicach mijałyby się wyłącznie pospolicie skrojone, nieprzemakalne płaszcze. Przedmioty budują jednak opowieść złożoną, a co gorsza, jest to narracja o nas samych. Fasada, którą sumiennie przystrajamy niczym zastawiony pelargoniami parapet. Spośród wszystkiego, co możemy wokół siebie zgromadzić, bywają jednak i dobra o odmiennej wadze. Takie, które z czasem nie będą powszechniały, a w oczach naszych gości urastać zaczną po latach do formatu kulturowych znaków.
O czym mowa? O designie minionego ustroju. Choć artystyczne rzemiosło nie przestało się rozwijać w ambitniejszych kierunkach po transformacji, przeważnie zamknęło się w nieprzystępnej cenowo szufladzie. W kontekście PRL–owskiego wzornictwa słyszymy natomiast zarówno o projektach awangardowych, jak i stosunkowo niskich progach inwestycji. Jak więc ma się to wszystko do stóp zwrotu kalkulowanych z rozmachem w setkach procent?

Mit nr 1: design PRL drożeje w jednostajnym tempie
Tego, że PRL-owskie przedmioty będą tylko drożeć, nie obieca nam nikt poważny. Owszem, zwyżka, którą odnotować można było w przypadku konkretnych przedmiotów, sięgała nieraz i tysięcy procent, ale mowa o wyrobach uznawanych dotychczas powszechnie za bezwartościowe! Czy np. na początku milenium ktoś z nas upatrywałby cennego dzieła designu w „byle salaterkach”, od których uginały się niemodne kredensy? Jedyne, czego się chciało, to nowoczesności definiowanej wówczas przez chromowane barowe stołki i rzędy halogenowych lampek…
– Ci, którzy w tamtym czasie kolekcjonować zaczęli właśnie wzornictwo PRL, istotnie szacować mogą wzrost wartości swoich zbiorów w setkach, a nawet tysiącach procent. Jeżeli rozważamy inwestycyjny aspekt najmłodszych kolekcji, perspektywa jest nieco inna, dlatego że powszechny wzrost zainteresowania tym obszarem polskiej sztuki użytkowej miał swój początek w 2011 r. Ceny polskiego wzornictwa nie rosną już więc aż tak gwałtownie, niemniej wciąż nie osiągnęły jeszcze poziomów docelowych, zbliżonych do wartości designu w zachodniej Europie – komentuje Karol Pawlik, właściciel galerii D.A.S.
Co się zmieniło w tym 2011 roku? Świat zaprzątnięty był wówczas polowaniem na Bin Ladena, a z radia sączyły się, jedna po drugiej, piosenki Adele. Rynkiem sztuki kołysać zaczęła natomiast wystawa „Chcemy być nowocześni” prezentowana przez Muzeum Narodowe w Warszawie. Miała przybliżyć nam nieco zapomniany, przekrojowy obraz designu minionego ustroju. Wielu nabrało wtedy apetytu na abstrakcyjnie malowaną ceramikę czy fotel ze zwężającymi się nogami. Szczęśliwcom wystarczyło przejrzeć domowe szuflady.

Mit nr 2: cenne są tylko przedmioty ręcznie wykonane
Na ile wycenilibyśmy kilkunastocentymetrowy wazonik ze szkła prasowanego, a więc powstającego czysto fabrycznie? W marcu jeden z takich fasonów osiągnął wartość 9 tys. zł. Choć nie był wyrobem formowanym ręcznie, dla wielu uchodzi za crème de la crème tej materii. Niepozorne naczynie z lat 70. pochodzące z Huty Szkła Gospodarczego „Ząbkowice” stanowi poniekąd wizytówkę talentu Jana Sylwestra Drosta. Technologicznego wizjonera, który wraz z żoną Eryką Trzewik–Drost dokonał istnego przewrotu w dziedzinie szkła użytkowego. Naczynia z serii „Radiant” – zupełnie na przekór technicznym barierom – zwieńczone zostały osobliwą koroną szklanych perełek. Czy tak kruchą ażurową strukturę łatwo było uformować w zacisku metalowych form? Niekoniecznie. Czy wszystkie wazony projektu Drostów są tak kosztowne? Też nie.
– Należy pamiętać, że produkcja szkieł w wielu PRL–owskich hutach była masowa, co również pozwoliło się rozwinąć dzisiejszej kolekcjonerskiej modzie. Większość projektów nie stanowi przedmiotów nieosiągalnych, choć oczywiście rzadkie modele w nietypowych barwach wyceniane są nawet powyżej 10 tys. zł. Stanowią jednak wyjątki. Wazon o znanej atrybucji z jednej z nieistniejących już niestety hut można kupić za kilkaset złotych – zauważa Karol Pawlik.
A jeśli ktoś chciałby przedmiot wyprodukowany w pojedynczym egzemplarzu? Unikat, którego nigdy nie zobaczy u sąsiada?

Mit nr 3: produkcja PRL–owska zawsze była masowa
„Dziecko, takie kury to były w każdym domu i to w wielu kolorach!” Każdy, kto podpytywał rodzinę o popularne naczynie z pokrywą w kształcie kury, coś podobnego już usłyszał. W lipcu notowanie bomboniery „Kura” przekroczyło 2 tys. zł. Z aukcyjnych analiz wynika, że najcenniejsze są przy tym kury zielone – a raczej szmaragdowe – oraz w odcieniu kobaltowym. Nieco przystępniejsze, bo wyceniane na kilkaset złotych, bywają wykonane ze szkła niebarwionego. Ząbkowicka „Kura” uchodzić zaczęła natomiast za pewien symbol dzisiejszego kolekcjonerstwa właśnie dzięki powszechności jej wzoru. (Gdyby ród Kossaków namalował zaledwie skromną próbę ułanów na koniach, też nie zyskałby tak szerokiego rozgłosu!) W gęsto rozgałęzionej dziedzinie PRL–owskiego designu są jednak również obszary oferujące dzieła jednostkowe. Czy warto jednak inwestować w nikomu nieznane wzory?
– Na nie zwróciłbym właśnie szczególną uwagę! Oprócz projektów kultowych na rynku antykwarycznym odnaleźć możemy również obiekty autorskie – ceramikę, szkło, ale i artystyczną tkaninę czy metaloplastykę. Ich ceny nadal bywają jeszcze atrakcyjne, a eksperci wciąż potrafią wskazać wiele nisz czekających na powszechne odkrycie. Ten stan nie będzie jednak trwał długo – dodaje Karol Pawlik.
Unikatowe naczynia projektu Heleny i Lecha Grześkiewiczów osiągają wartości od kilku tysięcy do ponad 20 tys. zł. Podobnie fajansowe patery pokryte autorską malaturą np. przez Helenę Teodorowicz. Najcenniejsze z ceramicznych dzieł Henryka Luli kosztują 70–80 tys. zł. Niektórzy stwierdzą, że to niestosownie drogo. Obraz w złoconej ramie, owszem, ale talerz w mazy czy wazonik? Paradoksalnie, nie ma nic bardziej PRL–owskiego niż właśnie taki pogląd.
Główne wnioski
- Chociaż wzornictwo PRL nie drożeje już w tak gwałtownym tempie, jak w drugiej dekadzie XXI wieku, wciąż posiada potencjał wzrostowy, szczególnie na tle rynków Europy Zachodniej. Kolekcje formowane na początku milenium istotnie przynieść mogły ogromny zwrot, niemniej wówczas wiele wyrobów z lat 70. uznawanych było powszechnie za bezwartościowe. Obecnie notują one natomiast wartości od kilkuset do kilku tysięcy złotych.
- Oprócz popularnych wzorów z PRL-owskich hut czy zakładów ceramicznych kolekcjonerzy coraz częściej poszukują wzorów unikatowych. Do takich zaliczają się m.in. patery o autorskich malaturach czy jednostkowe projekty cenionych autorów. Najcenniejsze z takich pater osiągają wartości powyżej 20 tys. zł.
- Najwyższe ceny na rynku ceramiki wiążą się ze sprzedażą prac Henryka Luli. Jego ceramiczne dzieła wyceniane bywają nawet na 70-80 tys. zł.