Kategorie artykułu: Społeczeństwo Świat

W ruinach WTC widzieli rzeczy, o których nie chcieli mówić (WYWIAD)

Dla ludzi, którzy rozbierali ruiny WTC, każdy dzień pracy w Ground Zero był traumą. Przeżyli tam setki, a nawet tysiące własnych „11 września” – mówi Marta Kiliman, polska terapeutka, która przez lata pomagała osobom usuwającym skutki terrorystycznych ataków sprzed 25 lat.

Dokładnie miesiąc po atakach terrorystycznych kilka koparek usuwa gruz z ruin World Trade Center.
– Po atakach z 11 września przy porządkowaniu Ground Zero przez lata pracowało wielu Polaków. Każdy metr sześcienny gruzu z World Trade Center, zanim wywieziono go na Staten Island, trzeba było dokładnie przesiać przez sita – wspomina Marta Kiliman, polska terapeutka, która w Nowym Jorku udzielała pomocy psychologicznej polskim robotnikom. Fot. Justin Sullivan/Getty Images

Z tego wywiadu dowiesz się…

  1. Dlaczego do federalnego projektu WTC Health Program, który przez lata otaczał opieką osoby pracujące w Ground Zero, poszukiwano m.in. terapeutów mówiących w różnych językach.
  2. Jak polscy robotnicy pracujący w ruinach WTC starali sobie radzić z problemami psychicznymi i dlaczego – przynajmniej początkowo – niechętnie rozmawiali z terapeutami.
  3. Jak z perspektywy czasu można ocenić ten program i jakich problemów nie dostrzeżono w porę.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Od zamachów z 11 września mija właśnie ćwierć wieku. Dorosło już pokolenie Amerykanów, których nie było wtedy jeszcze na świecie. Ci, którzy byli świadkami ataków terrorystycznych na World Trade Center i Pentagon oraz próby uderzenia w inne cele, wciąż mają te obrazy przed oczami. I inaczej niż wcześniej patrzą na bezpieczeństwo swojego kraju.

11 września stał się źródłem traumy dla milionów ludzi. Nie tylko dla ofiar zamachów i ich rodzin, policjantów, strażaków i medyków uczestniczących w akcjach ratunkowych, lecz także – choć o nich wspomina się znacznie rzadziej – dla robotników, którzy rozbierali ruiny wież WTC. Jeszcze mniej mówi się o terapeutach, którzy pomagali wszystkim tym osobom radzić sobie z psychicznymi skutkami tragedii. A także ich życie bardzo mocno doświadczyło.

Sylwetka

Marta Kiliman

Polska terapeutka kliniczna i licencjonowana pracowniczka socjalna specjalizująca się w pracy klinicznej (LCSW – Licensed Clinical Social Worker). Studiowała na New York University. Następnie uczestniczyła w programie zdrowia psychicznego dla osób zaangażowanych w akcję ratunkową i usuwanie skutków zamachów na World Trade Center. Była członkinią zespołu Department of Social Work Mount Sinai School of Medicine.

Jest współautorką prac naukowych z zakresu terapii klinicznej, m.in. artykułu „Alcohol Use in Polish 9/11 Responders: Implications for Cross-Cultural Treatment”, opublikowanego w 2012 r. w „Journal of Psychiatric Practice”. Publikacja dotyczy problemu używania alkoholu przez polskich uczestników akcji na Ground Zero oraz znaczenia różnic kulturowych w terapii.

Występowała jako ekspertka w sprawach osób, które ubiegały się w USA o azyl, a w swoich krajach były prześladowane lub poddawane torturom. Przez ostatnie 10 lat prowadziła w nowojorskiej Akademii Policyjnej, w ramach programu Crisis Intervention Training, szkolenia przygotowujące funkcjonariuszy do bezpiecznego i skutecznego reagowania na osoby w stanie ostrego kryzysu emocjonalnego lub psychicznego.

Obecnie prowadzi praktykę terapeutyczną, pracując m.in. z osobami doświadczającymi traumy i PTSD oraz z profesjonalistami, którzy jako pierwsi docierają na miejsce wypadków lub katastrof i podejmują działania ratunkowe (ang. first responders).

Marta Kiliman, polska terapeutka, która przez dekadę pomagała osobom pracującym w Ground Zero i uczestniczącym w usuwaniu skutków zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 r.
Marta Kiliman, polska terapeutka, która przez dekadę pomagała osobom pracującym w Ground Zero i uczestniczącym w usuwaniu skutków zamachów terrorystycznych z 11 września 2001 r. Fot. archiwum

Bartłomiej Mayer, XYZ: Jak pamięta pani 11 września 2001 r.?

Marta Kiliman: Byłam w Nowym Jorku. Dzień wcześniej przyjechała do mnie koleżanka z Polski. Zawsze przy takich okazjach starałam się zabierać swoich gości na World Trade Center, skąd można było podziwiać przepiękne widoki, także zachody słońca. W dniu jej przyjazdu padał jednak okropny deszcz. Umówiłyśmy się więc, że pójdziemy tam następnego dnia rano. Koleżanka miała przyjechać do mnie i razem ruszyłybyśmy zobaczyć panoramę Nowego Jorku. Zadzwoniła jednak, że… zaspała i raczej nigdzie już się nie wybierze.

Pierwsza wieża już płonęła. Dosłownie w tym samym momencie, na moich oczach samolot uderzył w drugą.

Nie dawałam jednak za wygraną. Postanowiłam wyjść z domu, spotkać się z nią po drodze i razem pojechać podmiejską kolejką na Manhattan. Wyszłam na ulicę, skręciłam za róg i zobaczyłam ludzi stojących z przerażonymi twarzami. Pierwsza wieża już płonęła. Dosłownie w tym samym momencie, na moich oczach, samolot uderzył w drugą.

Kompletnie nie rozumiałam, co się dzieje. Byłam jakby poza czasem. Gdy po chwili usłyszałam krzyki wokół, odwróciłam się i zaczęłam biec.

Dokąd?

Na wprost. Uciekałam. Odruchowo, bo nadal nie do końca wiedziałam, co się dzieje.

Gdy dotarłam do domu – a mieszkałam wtedy w Jersey City, dokładnie naprzeciwko World Trade Center, które stało po przeciwnej stronie rzeki Hudson – wyszłam na taras. Stamtąd widziałam, jak zawaliła się najpierw południowa wieża – wtedy nogi się pode mną ugięły, dosłownie odmówiły posłuszeństwa – a potem także północna. Od tego momentu nie można już było się do nikogo dodzwonić.

Nie mogłam się skontaktować z mamą, która mieszkała na górnym Manhattanie. Wiem też, że mnóstwo osób z Polski próbowało się do mnie dodzwonić.

Kończyła pani wtedy studia i specjalizowała się w terapii traumy. Czy przeszło pani przez głowę, że pierwsza praca będzie związana z tragedią WTC?

Nie! Kompletnie nie. Owszem, podczas praktyk pracowałam z żołnierzami – weteranami z Wietnamu, nawet Korei, a także z pierwszej wojny irackiej. Domyślałam się, że będzie pewnie podobny program dla osób poszkodowanych w związku z 11 września, ale nie sądziłam, że kiedykolwiek będę w nim uczestniczyć jako terapeutka.

To jak to się stało, że jednak przez dekadę właśnie to była pani praca?

Po studiach przyjechałam do Polski na ostatnie dłuższe wakacje, po których planowałam wrócić do USA i rozpocząć pracę w zawodzie. Podczas tego urlopu któregoś dnia odebrałam telefon z Nowego Jorku. Właśnie ruszał federalny WTC Health Program i poszukiwano specjalistów, którzy otoczyliby opieką osoby pracujące przy Ground Zero. W szczególności chodziło o terapeutów, którzy mogliby pracować w językach mniejszości, których przedstawiciele zajmowali się usuwaniem gruzów po atakach. A Polacy stanowili tam bardzo liczną grupę.

Robotnik w kasku ochronnym podczas przerwy w pracy przy rozbiórce ruin World Trade Center w Ground Zero. Październik 2001 r.
Przy rozbiórce ruin WTC zatrudniano wielu imigrantów, w tym Polaków. Ta praca bardzo mocno odbiła się na ich zdrowiu fizycznym i psychicznym. Fot: Mario Tama/Getty Images

Chodziło o barierę językową?

Nie tylko. W pracy z ludźmi, którzy przeżyli traumę, język jest oczywiście bardzo ważny, ale równie istotne są kwestie kulturowe. Właśnie z tego drugiego powodu w przypadku Polaków, nawet tych, którzy dobrze znali język, wiele angielskojęzycznych programów nie przynosiło oczekiwanych efektów.

Jakie to były różnice?

Jedną z najważniejszych barier, które musiałam przełamać u swoich pacjentów-Polaków, był opór przed terapią. W wielu przypadkach sama myśl o pójściu do terapeuty i rozmowie z nim była dla nich nie do przyjęcia. Często słyszałam: „Przecież nie jestem wariatem”. Pamiętajmy, że mówimy o sytuacji sprzed ćwierć wieku, kiedy o zdrowiu psychicznym, jeśli w ogóle się mówiło, to zupełnie inaczej niż dziś.

Pojawił się lęk, ataki paniki, trudne do wyjaśnienia obawy. Strach przed wyjściem z domu, przed wejściem do metra, nawet przed pójściem do pracy.

Wtedy ci nowojorscy Polacy, którzy sprzątali ruiny WTC, często po prostu zamykali się w sobie i uciekali w alkohol. To było powszechne i stanowiło bardzo duży problem. Zwłaszcza że w naszej kulturze istnieje większe przyzwolenie na ten sposób radzenia sobie ze stresem.

Sama myśl o pójściu do terapeuty i rozmowie z nim była dla Polaków nie do przyjęcia. Często słyszałam: „Przecież nie jestem wariatem”.

Ludzie pili, żeby nie myśleć, żeby zasnąć, bo część z nich miała kolosalne problemy ze snem. Nie mogli zasnąć, budzili się co chwilę, mieli senne koszmary.

Te problemy dotyczyły zresztą nie tylko mężczyzn, ale i kobiet. Bo na Ground Zero pracowało wtedy wiele Polek.

Różnice kulturowe

Z wyrazami szacunku

Marta Kiliman wspomina, że różnice kulturowe działały w obie strony. To, co Polakom wydawało się zupełnie naturalne, dla Amerykanów bywało co najmniej dziwaczne. Nieraz musiała wyjaśniać im, że obdarowywanie jej i jej współpracowników przez polskich pacjentów jedzeniem, co zdarzało się często, było wyrazem szacunku. Podobnie jak powszechne wśród polskich mężczyzn całowanie jej w rękę przy powitaniu i pożegnaniu.

Jak udało się pani w końcu pokonać ten kulturowy opór naszych rodaków przed terapią?

Byłam wtedy świeżo po przeprowadzce na Greenpoint, brooklyńską dzielnicę, która jest jednym z największych skupisk Polaków w Nowym Jorku. Zaczęli kojarzyć, kim jestem i czym się zajmuję. Oswoili się ze mną i zaczęli patrzeć na mnie jak na swoją terapeutkę. I zaczęli przychodzić.

Pamięta pani dzień, kiedy po raz pierwszy siadła w gabinecie i za chwilę miał wejść pierwszy pacjent?

Chyba tak. Na pewno byłam przerażona. Absolutnie nie wiedziałam, co mam powiedzieć tym ludziom, którzy za chwilę przyjdą, co dla nich zrobić. Bałam się, że zacznę płakać.

To była moja pierwsza praca po studiach magisterskich. Zostałam, podobnie zresztą jak moje koleżanki zaraz po szkole, od razu wrzucona na bardzo głęboką wodę. Miałam niespełna 30 lat, a przychodzili do mnie ludzie w średnim wieku, z pokolenia moich rodziców lub starsi. Pamiętam, że mimo tej różnicy wieku jedna z pacjentek mówiła: „Pani Marto, ja do pani przychodzę jak do mamy, bo wiem, że mogę z panią o wszystkim porozmawiać”. Inny pacjent mawiał, że przychodzi do mnie jak do papieża.

To chyba komplement?

Myślę, że tak, i to niemały.

Bywało, że przychodził pacjent, siadał i nic nie mówił? Tylko milczał?

Tak, bywało.

I co wtedy?

Wtedy starałam się zapytać, jaki miał dzień, co robił. Po prostu porozmawiać. A czasami wystarczyło, że byłam obok, tylko byłam.

Każdy metr sześcienny gruzu z WTC, zanim wywieziono go na Staten Island, trzeba było dokładnie przesypać przez sita. (...) Na początku codziennie na tym gruzowisku odnajdywano ludzkie kości, a nawet inne szczątki.

Traumy tych ludzi wynikały bardzo często z tego, co widzieli na Ground Zero. To są rzeczy, które człowiek wypiera, nie chce o nich myśleć, a co dopiero mówić.

To była naprawdę upiornie trudna praca. Przede wszystkim psychicznie, choć fizycznie oczywiście także. Runął milion ton betonu, stali i szkła. Każdy metr sześcienny gruzu z WTC, zanim wywieziono go na Staten Island, trzeba było dokładnie przesypać przez sita. Były nawet takie specjalne ekipy osób, które cały czas zajmowały się tylko tym.

W tych ruinach zginęły przecież tysiące ludzi. Na początku codziennie na tym gruzowisku odnajdywano ludzkie kości, a nawet inne szczątki. Robotnicy, którzy tam pracowali, żyli tym non stop. Ich rodziny również. A niektórzy z tych robotników pracowali na Ground Zero latami, czasami nawet ponad dekadę. Dla tych ludzi każdy dzień pracy był traumą. Przeżyli tam setki, tysiące własnych „11 września”.

Szczególnie trudne były pierwsze tygodnie i to bardzo mocno zapadło mi w pamięć. Amerykańscy strażacy mieli przy mundurach urządzenia emitujące sygnał alarmowy, który miał pomóc ich odnaleźć w ruinach. Robotnicy słyszeli te sygnały dobiegające spod gruzów, ale nie byli w stanie dotrzeć do zasypanych. Nigdy nie wiedzieli też, czy była jeszcze szansa na ratunek, czy człowiek już nie żył. Z czasem kolejne alarmy po prostu cichły, bo wyczerpywały się baterie. To było dla wielu osób niezwykle traumatyczne.

Ground Zero płonęło lub tliło się jeszcze przez około 100 dni po 11 września. Pracujący tam ludzie wdychali więc nie tylko pył i dym, ale także drobiny ciał ofiar. Świadomość tego także bardzo obciążała psychicznie nie tylko robotników, ale i innych mieszkańców miasta, bo tym zapachem przesycony było wtedy cały Nowy Jork.

Oprócz betonu i szkła, o których pani powiedziała, był tam również m.in. azbest.

Tak, była cała tablica Mendelejewa. Teraz o tym wiemy, ale wtedy, zwłaszcza na początku, ten fakt ukrywano, a mówiąc zupełnie wprost, oszukiwano ludzi. Nie stosowano żadnych zabezpieczeń, które mogłyby choć trochę chronić przed tymi substancjami. Pracownikom mówiono, żeby nie chodzili w maskach, bo będą straszyć ludzi, więc nikt ich nie zakładał.

Robotnicy, którzy w dobrej wierze podejmowali się najtrudniejszych prac w ruinach WTC, całymi miesiącami, a niektórzy latami, wdychali toksyczne substancje. Nic więc dziwnego, że szybko pojawiły się różnego rodzaju problemy z płucami, astma, cała ogromna gama najróżniejszych nowotworów.

Ekipy budowlane przekopują się przez gruzy World Trade Center w Ground Zero, poszukując ludzkich szczątków. Grudzień 2001 r.
Na gruzowisku WTC niemal codziennie odnajdywano kości i inne ludzkie szczątki. Robotnicy pracujący przy usuwaniu gruzów oraz ich rodziny miesiącami i latami żyli w cieniu tych odkryć. Fot. Andrew Lichtenstein/Corbis via Getty Images

Do wcześniejszych traum dochodziły te nowe, związane z diagnozami, które słyszeli ci ludzie. To był dla nich podwójny cios. W całym programie, a uczestniczyły w nim tysiące ludzi, prawie nie było osób, które oprócz psychicznych nie miałyby jakichś fizycznych problemów.

Warto wiedzieć

Azbest był prawie wszędzie

Kilka dni temu ujawniono nowe dokumenty dotyczące sytuacji w Ground Zero zaraz po zamachach terrorystycznych z 11 września 2001 r. Wynika z nich, że władze Nowego Jorku już wtedy miały poważne obawy dotyczące jakości powietrza w rejonie World Trade Center. Z dokumentów opublikowanych przez burmistrza Zoh­rana Mamdaniego wynika m.in., że azbest wykrywano niemal wszędzie tam, gdzie prowadzono badania w pobliżu Ground Zero.

Tymczasem w pierwszych dniach po atakach władze miejskie i federalne, w tym amerykańska Agencja Ochrony Środowiska (EPA), informowały, że powietrze w rejonie ruin jest bezpieczne. Późniejsze badania wykazały jednak obecność toksycznych substancji w pyle i dymie unoszącym się nad miejscem katastrofy.

Według amerykańskich służb zdrowia choroby związane z ekspozycją na pył i dym po zawaleniu się wież WTC spowodowały więcej zgonów niż same zamachy. Tysiące osób, które pracowały lub przebywały w rejonie Ground Zero, do dziś zmagają się z ich zdrowotnymi skutkami, w tym z chorobami nowotworowymi.

Ujawnione dokumenty pokazują również, że władze obawiały się odpowiedzialności prawnej. W tzw. Harding Memo z października 2001 r. ostrzegano, że miasto może zostać pozwane w związku z zaleceniami, które mogły skłonić ludzi do zbyt szybkiego powrotu na obszar skażony toksycznymi substancjami.

BBC

Do tego tacy robotnicy, jeśli byli imigrantami, momentalnie przestawali być Ameryce potrzebni. Stawali się ciężarem i zaczęli mieć problemy z pracą. Niektórzy decydowali się na powrót do Polski. Z czasem pacjentów zaczęło nam ubywać. Jedni wyjeżdżali, inni po prostu umierali. Zmarło też kilku moich pacjentów.

Powiedziała pani chwilę temu: „Bałam się, że się rozpłaczę”. Zdarzyło się tak?

Zdarzyło się, ale najczęściej po sesjach, a nie w ich trakcie. Ja przecież też jestem człowiekiem. Z czasem wypracowałyśmy z innymi terapeutkami na to sposób. Po sesjach bardzo często chodziłyśmy jedna do drugiej i po prostu ryczałyśmy. Ale jednak głównie bardzo dużo rozmawiałyśmy ze sobą.

Tak zawiązały się bardzo bliskie przyjaźnie. Wtedy nawiązały się między nami niezwykle głębokie więzy, bo – można tak śmiało powiedzieć – byłyśmy razem w okopach. Z niektórymi dziewczynami, które tam poznałam i z którymi pracowałam, mam kontakt do dziś. Byłyśmy nawzajem dla siebie największym wsparciem i pomocą.

Terapeuci, zwłaszcza ci, którzy mają do czynienia z pacjentami z tak głębokimi traumami, sami powinni mieć coś, co się nazywa superwizją. To forma profesjonalnego wsparcia bardziej doświadczonego terapeuty. Jak to wyglądało w przypadku WTC Health Program?

Tak, mieliśmy nie tylko superwizje, ale i wiele różnych szkoleń. Otrzymywałyśmy bardzo dużo wsparcia. A mimo to najwyraźniej nie wszystko zadziałało tak, jak powinno. Udział w tym programie drastycznie zmienił każdą z nas, terapeutek. Mogę to powiedzieć o samej sobie. Doświadczyłam głębokiej traumy wtórnej, czyli doświadczyłam psychicznych skutków wydarzeń, w których uczestniczyli moi pacjenci. Co więcej, przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się ze mną dzieje. Stałam się nerwowa i niespokojna, nie mogłam spać.

Dotarło to do mnie dopiero, gdy pewnego razu usłyszałam od siostry: „Marta, kiedyś byłaś taką wesołą osobą. Teraz nic z tego nie zostało. Teraz widać, że masz ogromny ciężar na sercu”. Wtedy pierwszy raz zauważyłam, że ta praca mnie wykańcza i że muszę coś z tym zrobić.

Doświadczyłam głębokiej traumy wtórnej, czyli psychicznych skutków wydarzeń, w których uczestniczyli moi pacjenci. Przez długi czas nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się ze mną dzieje.

I co pani zrobiła?

Najpierw zaczęłam zgłębiać kwestię traumy wtórnej. Uczyłam się sama, a później przygotowywałam szkolenia dla innych. Trwało to kilka lat, ale w pewnym momencie poczułam, że mam dość. Stwierdziłam, że nie dam rady wysłuchać już żadnej historii związanej z 11 września. Ani jednej. Nie mam już na to miejsca w głowie, w sercu, w duszy. Podjęłam więc decyzję, że wystarczy. W sumie pracowałam jednak w tym programie prawie 10 lat.

Czyli jednak ta opieka nad terapeutami nie była taka, jaka powinna być?

Wcześniej nigdy nie było programu pomocowego na taką skalę. Nikt nie wiedział, jak powinien on właściwie wyglądać. Ten program w pewnym sensie rozwijał się razem z pacjentami i terapeutami. Dla nas była to „szkoła życia” – ze wszystkimi jej pozytywnymi, ale niestety także negatywnymi aspektami. Ale te zmiany w programie mogłam docenić dopiero jako doświadczona terapeutka, która rozmawiała z setkami, a nawet z tysiącami pacjentów.

Stwierdziłam, że nie dam rady wysłuchać już żadnej więcej historii związanej z 11 września. (...) Nie mam już na to miejsca w głowie, w sercu, w duszy.

Gdzie pani będzie 11 września w tym roku?

W Polsce, w Warszawie. To będzie zresztą pierwszy raz, kiedy rocznicę zamachów z 2001 r. spędzę poza Nowym Jorkiem. Kiedy sobie to uświadomiłam, poczułam, jakbym się rozpadała.

Dziwne emocje?

Dziwne. Dlatego postanowiłam, że cały ten dzień wypełnię rozmowami z moimi pacjentami. W pewnym sensie specjalnie, żeby nie myśleć o 11 września.

Główne wnioski

  1. Praca przy usuwaniu gruzu z ruin WTC była dla robotników źródłem długotrwałej traumy. Kontakt z ludzkimi szczątkami, ogromem zniszczeń i świadomością śmierci tysięcy osób sprawił, że dla wielu każdy dzień na Ground Zero stawał się kolejnym traumatycznym doświadczeniem.
  2. Polscy robotnicy często nie potrafili lub nie chcieli szukać pomocy psychologicznej. Bariera kulturowa i przekonanie, że terapia jest dla „wariatów”, sprawiały, że traumę tłumili. Bywało, że zamykali się w sobie albo uciekali w alkohol. Dlatego skuteczna pomoc wymagała uwzględnienia nie tylko różnic językowych, ale także kulturowych pacjentów.
  3. Trauma dotknęła również terapeutów, którzy pomagali ofiarom 11 września. Wieloletnie słuchanie dramatycznych historii doprowadziło u Marty Kiliman, polskiej terapeutki pracującej z robotnikami z Ground Zero, do tzw. traumy wtórnej. Jej doświadczenie pokazuje, że osoby pomagające ludziom po katastrofach same potrzebują odpowiedniego, systemowego wsparcia psychologicznego.