Kategorie artykułu: Kultura Recenzja

Świat sztuki dziwniejszy niż kino. 5 filmów na jesień

Świat sztuki bywa znacznie dziwniejszy, niż pokazuje to kino. Wybrałam pięć filmów, które wyjątkowo trafnie uchwyciły jego mechanizmy: od instytucjonalnych absurdów i kreowania wartości dzieła po kolekcjonerską obsesję posiadania. Idealne na coraz dłuższe jesienne wieczory.

Jake Gyllenhaal, jako sfrustrowany krytyk i Toni Collette, jako przebiegła kuratorka w filmie The Velvet Buzzsaw.
Jake Gyllenhaal, jako sfrustrowany krytyk i Toni Collette, jako przebiegła kuratorka w filmie The Velvet Buzzsaw. Foto: Materiały prasowe Netflix

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego filmowe absurdy świata sztuki bywają zaskakująco bliskie rzeczywistości.
  2. Jak galerie, instytucje, krytycy i kolekcjonerzy wpływają na to, co uznajemy za wartościową sztukę.
  3. Co dzieje się, gdy fascynacja sztuką zmienia się w potrzebę jej posiadania – i co zostaje, kiedy posiadanie przestaje mieć znaczenie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Filmy o sztuce z niewiadomego powodu bardzo trudno zrobić dobrze, choć jest mnóstwo świetnych produkcji o pisarzach, muzykach czy filmowcach. Być może jestem niesprawiedliwa – sama zawodowo zajmuję się sztuką, więc filmy dotyczące mojego własnego podwórka oglądam znacznie bardziej krytycznie. Niemniej naprawdę dobrych jest jak na lekarstwo.

Powstaje oczywiście całkiem sporo biografii artystów, dokumentów czy reportaży poświęconych konkretnym twórcom i zjawiskom. Chciałabym jednak zaproponować coś innego. Na nadchodzące jesienne wieczory wybrałam pięć filmów, które pokazują świat sztuki od podszewki – z jego hierarchiami, pieniędzmi, ambicjami, snobizmami i absurdami. Robią to ironicznie, czasem uszczypliwie, a przy tym zaskakująco prawdziwie. Dla osób pracujących w tej branży niektóre sceny mogą się okazać wręcz niepokojąco znajome.

„Velvet Buzzsaw”, reż. Dan Gilroy, 2019

Zaczynamy od horroru, choć przez pierwszą część filmu można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście nim jest. „Velvet Buzzsaw” Dana Gilroya zabiera nas do środowiska galerii komercyjnych i rynku sztuki w Los Angeles. Jest bezwzględna galerzystka Rhodora Haze (Rene Russo), ambitna asystentka galerii Josephina (Zawe Ashton), kolekcjonerzy, doradcy, artyści i krytycy. Jest też oczywiście wielka sztuka i jeszcze większe pieniądze.

Casting jest zresztą jedną z największych przyjemności tego filmu. Jake Gyllenhaal jest doskonały jako Morf Vandewalt – pretensjonalny, sfrustrowany i przekonany o własnym znaczeniu krytyk sztuki, którego opinia może zbudować albo zniszczyć karierę artysty. Toni Collette gra Gretchen, byłą pracowniczkę muzeum, która z wyraźną ulgą zamienia przytłaczający świat publicznej instytucji na znacznie bardziej lukratywny sektor prywatny. Każda z tych postaci jest karykaturą, ale każda ma też swój łatwo rozpoznawalny odpowiednik w rzeczywistym świecie sztuki.

Punktem zwrotnym jest przypadkowe odkrycie setek obrazów zmarłego, zupełnie nieznanego wcześniej artysty Vetrila Dease’a. Mimo pozostawionej przez niego dyspozycji, by prace zostały zniszczone, bohaterowie natychmiast dostrzegają w znalezisku potencjał rynkowy. Rozpoczyna się budowanie legendy artysty, przygotowywanie wystawy i publikacji, a przede wszystkim kreowanie wartości jego prac. Odpowiednio kontrolowana podaż, właściwa narracja, dobry krytyk, galeria i zainteresowani kolekcjonerzy – maszyna rusza. Problem w tym, że obrazy mają własne zdanie na temat swojej komercjalizacji.

Od tego momentu film coraz wyraźniej zmienia się w krwawy i groteskowy horror. Jednak z perspektywy rynku sztuki najciekawsze jest wszystko to, co dzieje się pomiędzy kolejnymi trupami. Gilroy bardzo celnie punktuje produkowanie niedostępności, manipulowanie podażą, konflikty interesów, zależności między krytyką a handlem, błyskawiczne konstruowanie kariery artysty oraz nieustanne przenikanie się ambicji, pieniędzy i pozycji towarzyskiej.

„Velvet Buzzsaw” można więc oglądać jak horror klasy B albo czarną komedię o rynku sztuki. Najzabawniejsze – albo najbardziej niepokojące – jest jednak coś innego. Świat przedstawiony w filmie wydaje się potwornie przerysowany. Tyle, że wcale taki nie jest.

The Square i jedna z najbardziej wytrącających scen ukazujących kruchość granic tolerancji Fot.: Fredrik Wenzel, oficjalne fotosy z filmu

„The Square”, reż. Ruben Östlund, 2017

Jeśli „Velvet Buzzsaw” rozprawia się ze światem galerii komercyjnych, nagrodzony Złotą Palmą „The Square” Rubena Östlunda bierze na celownik dużą publiczną instytucję sztuki współczesnej. Reżyser słynie z krytycznego przyglądania się elitom, ich przywilejom i deklarowanym wartościom. Kilka lat później zrobi to ponownie w „Trójkącie smutku”. Tutaj pod lupę trafia świat sztuki.

Christian, grany przez Claesa Banga, jest dyrektorem prestiżowego muzeum w Sztokholmie, które przygotowuje wystawę z tytułowym „The Square” – pracą mającą symbolizować przestrzeń zaufania, równości i wzajemnej troski. Rzeczywistość szybko zaczyna jednak testować te szlachetne deklaracje.

Östlund znakomicie pokazuje cały aparat funkcjonujący wokół sztuki współczesnej: kuratorski język ocierający się o bełkot, obsesję komunikowania społecznego zaangażowania czy instytucję, która chce być radykalna i krytyczna – dopóki radykalizm pozostaje bezpieczny.

Najlepiej widać to w słynnej scenie performansu podczas eleganckiej kolacji dla patronów muzeum. Oleg, grany przez Terry’ego Notary’ego, wciela się w małpę i stopniowo przekracza kolejne granice. Początkowa fascynacja gości ustępuje miejsca konsternacji i strachowi. Dopóki transgresja pozostaje umowna, wszyscy chcą być jej częścią. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje respektować granice instytucji, która sama ją zamówiła.

„The Square” jest bezlitosny wobec instytucjonalnego świata sztuki, ale jego siła bierze się z doskonałej obserwacji. Östlund jedynie przesuwa rzeczywistość o kilka centymetrów. Jeśli ktoś spędził odpowiednio dużo czasu na wernisażach, panelach i kolacjach dla patronów, szybko odkryje, że nawet te kilka centymetrów nie zawsze było potrzebne.

Jak daleko można posunąć się by zdobyć wymarzony obraz i zachować resztki dobrego imienia? Film „Obraz pożądania” (The Burn Ornage Heresy) zadaje niewygodne pytania o moralność. Fot: Sony Pictures, oficjalne fotosy filmu

„The Burnt Orange Heresy” (Obraz pożądania), reż. Giuseppe Capotondi, 2019

Po dwóch bezlitosnych satyrach czas na kino lżejsze i niezwykle smakowite wizualnie. „The Burnt Orange Heresy” rozgrywa się w znacznej części w spektakularnej włoskiej willi nad jeziorem Como, gdzie ekscentryczny kolekcjoner i marszand Joseph Cassidy – doskonały Mick Jagger – składa krytykowi sztuki Jamesowi Figuerasowi propozycję nie do odrzucenia. Figuerasa gra Claes Bang, którego chwilę wcześniej oglądaliśmy jako dyrektora muzeum w „The Square”. Najwyraźniej świat sztuki wyjątkowo dobrze mu służy.

Klucz do filmu dostajemy już w scenie otwierającej. Figueras opowiada grupie słuchaczy historię stojącą za mało zachęcającą abstrakcją. Pod wpływem jego narracji niczym szczególnym niewyróżniający się obraz staje się poruszającym dziełem o głębokiej historii. Po chwili krytyk ujawnia, że wszystko zmyślił. Brutalnie prosta demonstracja pokazuje, jak bardzo nasze postrzeganie wartości sztuki zależy od narracji, która zostanie wokół niej zbudowana.

W posiadłości Cassidy’ego mieszka legendarny, od lat niewystawiający artysta Jerome Debney, grany przez Donalda Sutherlanda. Kolekcjoner chce jego obrazu, a Figueras ma go zdobyć. Wizja artysty zderza się więc z mechanizmem, który chce ją opisać, wycenić, sprzedać, a przede wszystkim – posiadać.

Jest jeszcze Berenice, grana przez Elizabeth Debicki – cicha obserwatorka męskich przepychanek, która jako jedyna po demaskacji Figuerasa nadal chce jego obrazu. Można zobaczyć w niej odbicie samego dzieła sztuki: bezbronnego wobec cudzych ambicji, interpretacji i zachłanności. „The Burnt Orange Heresy” to niezwykle smakowite kino, ale też trafna opowieść o tym, jak łatwo opowieść, pragnienie i pieniądze zaczynają decydować o tym, co nazywamy wartościową sztuką.

Potrzeba posiadania, która przeradza się w obsesję, uchwycona w The Best Offer. Fot.: Materiały prasowe filmu

„The Best Offer” (Koneser), reż. Giuseppe Tornatore, 2013

Nie ukrywam: „Konesera” nie lubię. Uważam go za film wtórny, miejscami pretensjonalny, a przede wszystkim nieznośnie uprzedmiotawiający kobiety. Trudno jednak pominąć go w zestawieniu filmów o świecie sztuki, bo Giuseppe Tornatore bardzo ciekawie pokazuje ciemną stronę kolekcjonerstwa – moment, w którym fascynacja dziełem zmienia się w obsesję jego posiadania.

Virgil Oldman, znakomicie grany przez Geoffreya Rusha, jest cenionym ekspertem i aukcjonerem, który potajemnie manipuluje aukcjami, aby zdobywać kobiece portrety do swojej ukrytej kolekcji. Setki wizerunków kobiet zamyka w prywatnym pomieszczeniu dostępnym wyłącznie dla niego. Kolekcja przestaje być przestrzenią obcowania ze sztuką, a staje się narzędziem kontroli i zawłaszczenia.

Problem w tym, że podobnie potraktowana zostaje Claire, młoda kobieta, która pojawia się w jego życiu. Granica między pożądaniem obrazu a pożądaniem kobiety niebezpiecznie się zaciera. Obie mają być piękne, tajemnicze, wyjątkowe i należeć wyłącznie do niego.

Film jest estetycznie dopracowany, Geoffrey Rush świetny, a świat aukcji, ekspertyz i kolekcjonerskiej obsesji pozostaje jego najmocniejszą stroną. „Koneser” może więc nie być filmem, który polecam bez zastrzeżeń, ale jest interesującą opowieścią o tym, jak łatwo miłość do sztuki pomylić z potrzebą jej posiadania.

Nadrzędna potrzeba tworzenia w „Inside” Fot: Wolfgang Ennenbach/Focus Features, oficjalne fotosy

„Inside”, reż. Vasilis Katsoupis, 2023

Na koniec film, który doprowadza pragnienie posiadania sztuki do absurdu. Willem Dafoe gra Nemo, złodzieja, który podczas próby kradzieży zostaje uwięziony w luksusowym nowojorskim penthousie kolekcjonera. Otaczają go dzieła warte fortunę, ale brakuje rzeczy nagle znacznie cenniejszych: jedzenia, wody i możliwości wydostania się na zewnątrz.

Co ciekawe, kolekcja nie jest przypadkową filmową dekoracją. Do jej stworzenia zatrudniono prawdziwego kuratora, Leonardo Bigazziego. Zbudował on spójny zbiór rzeczywistych dzieł i prac zamówionych specjalnie na potrzeby filmu. Kolekcja opowiada zarówno o nieobecnym właścicielu mieszkania, jak i o zmieniającej się kondycji Nemo.

Szczególną rolę odgrywają fotografie polskiej artystki Joanny Piotrowskiej z cyklu „Frantic”, przedstawiające ludzi ukrytych we własnych mieszkaniach w prowizorycznych schronieniach. Charakterystyczne dla jej twórczości napięcie między tym, co bezpieczne i zagrażające, oswojone i obce, doskonale współgra z filmem. Luksusowy dom staje się więzieniem, a Nemo z czasem sam buduje podobne schronienie.

Najciekawsza jest jednak przemiana bohatera. Nemo zaczyna jako złodziej, dla którego sztuka jest przedmiotem do zdobycia. Uwięziony zaczyna rysować po ścianach, budować konstrukcje i przekształcać zastaną przestrzeń. Niszczy cudzą kolekcję, ale jednocześnie sam staje się twórcą.

Po wszystkich opowieściach o instytucjach, rynku, konstruowaniu wartości i obsesji posiadania „Inside” zadaje więc najprostsze pytanie: co pozostaje ze sztuki, kiedy usuniemy z równania pieniądze, status i własność? Odpowiedź jest przewrotnie optymistyczna: potrzeba tworzenia.

Główne wnioski

  1. Świat sztuki nie potrzebuje wielkiej filmowej przesady – jego własne hierarchie, rytuały i absurdy dostarczają wystarczająco dobrego scenariusza.
  2. Wartość dzieła nigdy nie powstaje w próżni. Budują ją narracje, instytucje, rynek i ludzie, którzy mają wystarczającą siłę, by przekonać do niej innych.
  3. Najciekawsze filmy o sztuce zaczynają się tam, gdzie kończy się pytanie o cenę: przy potrzebie posiadania, patrzenia, tworzenia i pozostawienia po sobie śladu.