Miasto do zjedzenia, czyli finał „Warszawy w budowie”
Muzeum Sztuki Nowoczesnej wychodzi z białego pudełka i idzie wraz z publicznością przekopać grządkę. Są wycieczki, rozmowy, spacery, warsztaty, wspólne pieczenie chleba, odwiedzanie targowisk, farm, sadów i hurtowni. I właśnie to jest w tej edycji festiwalu najciekawsze.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego 18. edycja festiwalu „Warszawa w budowie” zamiast klasycznej wystawy proponuje przede wszystkim proces, spotkanie i działanie.
- Co wspólnego mają współczesna sztuka, miejskie rolnictwo i berlińskie ogrody społeczne.
- Jakie wydarzenia czekają nas jeszcze do końca festiwalu „Suwerenna i najedzona”.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Na początku jest ziemia. Do tego trochę nasion, sadzonek, chleba, jabłek, warzyw, straganów i grupa ludzi gotowych ubrudzić sobie ręce. Kolejna, 18. już edycja festiwalu „Warszawa w budowie” nosi tytuł „Suwerenna i najedzona”. I tylko pozornie brzmi to jak banał. Zaskakująco jest już na początku festiwalu, bo wystawy w tradycyjnym rozumieniu właściwie nie ma. Muzeum Sztuki Nowoczesnej (MSN) proponuje coś zupełnie innego.
Wydarzenie potrwa do 27 września, a jego kuratorami są Joanna Erbel, Alicja Wójcik i Jakub Depczyński. Punktem wyjścia stało się pojęcie suwerenności żywnościowej i pytanie o możliwość budowania miasta opartego przynajmniej częściowo na lokalnych sieciach produkcji i dystrybucji żywności. Warszawa ma tu zresztą szczególny potencjał: nie tylko historyczne zaplecze rolnicze, lecz także nadal istniejące grunty uprawne, działki, sady i ogrody. Strefa żywicielska stolicy rozciąga się zaś mniej więcej 80–100 kilometrów wokół miasta. Tak jest w teraźniejszości. W przeszłości było jeszcze ciekawiej, bo do tego dochodziły choćby wsie i sady okalające miasto, kibuce, czyli gospodarstwa przygotowujące młodzież żydowską do wyjazdu na tereny Palestyny, a w czasie II wojny światowej działały choćby ogrody na skwerach miejskich. Ale organizatorzy nie ustawili w MSN makiet pokazujących, jak takie miasto mogłoby wyglądać w roku 2050. Nie zbudowali wystawy o przyszłości, tylko próbują ją przez miesiąc ćwiczyć w teraźniejszości.
Liczy się proces
To zresztą bardzo współczesne podejście do sztuki. Od pewnego czasu coraz częściej dzieło nie jest przedmiotem, który trzeba oprawić i powiesić na ścianie. Dziełem staje się proces, spotkanie, budowanie relacji, czyli czas spędzony razem. Wiedza przekazana komuś innemu czy wspólne wykonanie czegoś, co być może po zakończeniu wydarzenia nawet nie będzie nadawało się do wpisania do muzealnego inwentarza, nabiera szczególnej wartości w czasach zatomizowanego i podzielonego społeczeństwa. Sztuka relacyjna ma już oczywiście swoją historię i nie jest żadnym odkryciem ostatnich sezonów. Ale dziś wraca w szczególnym wydaniu: podszytym lękiem klimatycznym, kryzysem zasobów i coraz silniejszą potrzebą odzyskania sprawczości. Dlatego finał bywa mniej istotny od samego dochodzenia do niego. Wspólne pieczenie chleba może być równie ważne jak obiekt w galerii, a spacer architektoniczny czy krajoznawczy może zastąpić ekspozycję. Przecież wiedza o starej odmianie jabłoni okazuje się równie interesująca jak wiedza o historii awangardy, bo kryć może prawdę o historii miejsca.
Czy to jeszcze sztuka? Oczywiście można się o to spierać. Tyle że współczesna sztuka od dobrych stu lat żywi się właśnie pytaniem, czy to, czym się aktualnie zajmuje, jeszcze nią jest.
Grządka jak artystyczna instalacja
Nie jest przypadkiem, że „Warszawa w budowie” zajmuje się właśnie żywnością. Współczesna sztuka coraz chętniej chce pogrzebać w ziemi. Interesują ją natura, bioróżnorodność, retencja, gospodarowanie zasobami, ponowne wykorzystanie materiałów, lokalność, ekonomia obiegu zamkniętego. Wystarczy wspomnieć takie przedsięwzięcia jak kolektywne działanie „Siostry Rzeki”. Sztukę interesuje już nie tyle efektowna wizja przyszłości, ile pytanie, jak właściwie w tej przyszłości przeżyć.
Jeszcze niedawno nowoczesność oznaczała w dużej mierze odrywanie się od natury. Miasto miało być zwycięstwem nad błotem, ciemnością, sezonowością i kaprysami pogody. Dziś wykonujemy ruch odwrotny. A w sztuce podobny zwrot widać od lat. Materiały mają być odzyskiwane, obiekty wykorzystywane ponownie, produkcja ograniczana, a wielkie transporty dzieł przez pół świata coraz częściej wywołują pytania o ekologiczny koszt funkcjonowania artworldu. Jednocześnie rośnie zainteresowanie praktykami wspólnotowymi. Artysta niekoniecznie musi coś stworzyć, może po prostu zorganizować sytuację, w której „coś” wydarzy się pomiędzy ludźmi. A ogród jest dla takiego myślenia przestrzenią niemal idealną. Bo ogrodu nie da się zrobić raz na zawsze. Trzeba go podlewać, pielić, siać, zbierać, kompostować i zaczynać od początku. Jest procesem z definicji.
Berlin to zna
Takie przykłady płyną zresztą także ze świata. Wystarczy spojrzeć na Berlin, który od lat jest jednym z laboratoriów miejskiego ogrodnictwa. Na terenie dawnego lotniska Tempelhof działają społeczne projekty ogrodnicze, w których produkcja żywności łączy się z edukacją, integracją sąsiedzką i troską o bioróżnorodność. Stadtteilgarten jest pomyślany nie tylko jako miejsce uprawy warzyw i owoców, lecz również jako społeczny i edukacyjny eksperyment, który zajmuje się m.in. obiegiem materii, gospodarką wodną, nasiennictwem i ochroną przyrody.
Jeszcze bardziej symboliczna jest historia Prinzessinnengarten, czyli Ogrodu Księżniczek. Projekt rozpoczął się w 2009 roku na niemal 6 tysiącach metrów kwadratowych nieużytku przy Moritzplatz. Zamiast kolejnej inwestycji powstał mobilny ogród miejski: grządki, ule, kawiarnia, kuchnia, warsztaty i miejsce spotkań. Po dziesięciu latach projekt przeniósł się na teren dawnego cmentarza św. Jakuba w Neukölln, gdzie rozwijany jest dziś na znacznie większym terenie.
I właśnie w Prinzessinnengarten doskonale widać, jak płynna staje się granica pomiędzy działaniem ekologicznym, społecznym, edukacyjnym i artystycznym. Nie chodzi przecież wyłącznie o wyhodowanie marchewki. Wspólna uprawa staje się narzędziem rozmowy o tym, do kogo należy miasto, kto ma prawo je współtworzyć, czym jest przestrzeń publiczna i jak wiedza krąży pomiędzy ludźmi. Marchewka jest więc oczywiście marchewką, ale może być również manifestem.
Inne spojrzenie
W tym sensie także „Warszawa w budowie” próbuje w tym roku zmienić perspektywę patrzenia na stolicę. Zwykle opisujemy miasto poprzez architekturę, mówimy o wieżowcach, osiedlach czy placach, a tymczasem tegoroczna edycja festiwalu proponuje spojrzenie na miasto poprzez jego metabolizm. Co Warszawa zjada? Skąd to przyjeżdża? Kto to produkuje? Jak daleko musi przejechać marchewka, zanim trafi na nasz talerz? Gdzie podziały się pola i sady, które jeszcze kilkadziesiąt lat temu znajdowały się na obrzeżach stolicy? Czy ogród działkowy jest reliktem poprzedniej epoki, czy przeciwnie – modelem przyszłości?
Jeszcze w pierwszej połowie XX wieku Warszawę otaczały wsie i sady dostarczające żywność do centrum. Znaczna część tych terenów została później zabudowana, ale ich ślady pozostają w miejskiej tkance, czyli choćby w ogródkach działkowych, starych sadach, nazwach ulic czy pamięci mieszkańców.
I nie chodzi o sentymentalną podróż do czasów, gdy „mleko było od krowy, a pomidor smakował pomidorem”. Chodzi raczej o pytanie, czy w epoce coraz bardziej podatnych na zakłócenia globalnych łańcuchów dostaw lokalna produkcja żywności nie staje się elementem miejskiego bezpieczeństwa. Dlatego festiwal rozlał się po Warszawie. Odbywał się na Spółdzielczej Farmie MOST, w sadach, na targowiskach, w sklepach i na Warszawskim Rolno-Spożywczym Rynku Hurtowym „Bronisze”. Były spływy śladami Urzecza, wyprawa rowerowa, rozmowy o miejskim rolnictwie, warsztaty pieczenia chleba, wyprawy na Bronisze, rozmowa o starych odmianach jabłoni.

Muzeum animuje życie
Jest w tym jeszcze jeden charakterystyczny dla współczesności gest. Instytucja sztuki coraz częściej chce być czymś więcej niż miejscem przechowywania i pokazywania obiektów. Chce stać się forum, laboratorium, świetlicą, miejscem produkcji wiedzy, czasem nawet – jak w tym przypadku – kuchnią i ogrodem.
Można oczywiście zapytać z przekąsem, czy muzeum rzeczywiście powinno uczyć nas pieczenia chleba i pielęgnowania grządek. I jest to pytanie całkiem zasadne. Ale równie zasadne jest inne: skoro sztuka od ponad wieku systematycznie poszerza obszar własnego zainteresowania, dlaczego miałaby zatrzymać się akurat przed drzwiami spiżarni? Zwłaszcza że żywność nigdy nie jest wyłącznie żywnością. Jest ekonomią, polityką, krajobrazem, transportem, klasą społeczną, pracą, pamięcią i obyczajem. To, co leży na talerzu, mówi o mieście czasem więcej niż jego reprezentacyjny plac.
Tegoroczna „Warszawa w budowie” przesuwa więc zainteresowanie z architektury rozumianej jako zbiór budynków na architekturę zależności. Między miastem a wsią. Konsumentem a producentem. Centrum a zapleczem. Człowiekiem a glebą. I być może właśnie dlatego tradycyjna wystawa byłaby tutaj zbyt ciasna.
Co nas jeszcze czeka?
Festiwal trwa do 27 września, więc kilka wydarzeń wciąż jest przed nami. I dobrze pokazują one szerokość całego przedsięwzięcia.
19 września można będzie wybrać się na Bazarek Egipska i zrobić zakupy wspólnie z zarządcą targowiska, a następnie odwiedzić sklep Zbiory połączony z degustacją produktów. Dzień później Agnieszka Chołuj poprowadzi po Spółdzielczej Farmie MOST spacer zatytułowany „Osoba przyrodnicza”.
23 września odbędzie się kolejna odsłona „Zaczynu”, warsztatów chlebowych połączonych z wykładem Łukasza Radziszewskiego. Następnego dnia rozmowa zejdzie z poziomu pojedynczego bochenka na poziom całej gospodarki: dyskusja poświęcona będzie spółdzielniom jako podstawie odpornej gospodarki przyszłości.
25 września Sébastien Marot wygłosi wykład prowokacyjnie zatytułowany „Czy powinniśmy przygotować (się na) miejski exodus?”. Dzień później pojawi się „Ryneczek po sąsiedzku” – targowisko ze zdrową żywnością od lokalnych rolników i wytwórców, a także dyskusja wokół nowego numeru „Autoportretu”.
Finał 27 września brzmi natomiast niemal jak manifest całej imprezy: „Orka na ugorze”. Maja Demska zaprasza do wspólnego czytania tekstów i… pielenia grządek. Trudno o bardziej dosłowne połączenie teorii z praktyką.
W tym sensie „Suwerenna i najedzona” jest przedsięwzięciem charakterystycznym dla momentu, w którym znalazła się sztuka współczesna. Coraz mniej wierzy ona w samotny obiekt, który zmieni świat samą siłą swojego istnienia. Coraz częściej próbuje tworzyć sytuacje i zmieniać relacje. A wystawa? Ona może poczekać. By zebrać plony, najpierw trzeba zasiać – albo ziarno, albo ideę.
Główne wnioski
- Wystawa jako proces. „Warszawa w budowie” pokazuje charakterystyczne dla współczesnej sztuki przesunięcie: z gotowego dzieła na działanie, relację i wspólnotę. Ważniejsze od finałowego obiektu staje się to, co wydarzyło się po drodze.
- Sztuka wraca do ziemi. Ekologia, lokalność, ponowne wykorzystanie zasobów, miejska uprawa i troska o naturę należą dziś do najważniejszych tematów kultury. Od berlińskiego Tempelhofu i Prinzessinnengarten po warszawską Farmę MOST ogród staje się jednocześnie przestrzenią ekologiczną, społeczną i kulturową.
- Miasto można czytać od kuchni. Tegoroczny festiwal proponuje spojrzenie na Warszawę nie tylko poprzez budynki i ulice, lecz przez jej metabolizm: żywność, glebę, wodę, transport i relacje z regionem. Pytanie „co będziemy jeść?” okazuje się więc także pytaniem „w jakim mieście chcemy żyć?”.

