Współpraca z Partnerem

Nowa era inwestycji: jak budować majątek, relacje i kulturę inwestowania

Sprawdź
Kategoria artykułu: Polityka

Warszawa nie wejdzie w buty Krakowa. Nie będzie referendum odwoławczego w stolicy

Rafał Trzaskowski pozostanie prezydentem Warszawy. Nie będzie także odwołania warszawskich radnych. Stołeczna Operacja Referendalna zakończyła się fiaskiem, ponieważ organizatorzy zebrali zbyt mało podpisów. Dlaczego się nie udało i czy kolejne próby w stolicy mają szanse powodzenia?

Organizatorzy Stołecznej Operacji Referendalnej nie zebrali wystarczającej liczby podpisów potrzebnej do zorganizowania referendum odwoławczego w stolicy. Fot. Stołeczna Operacja Referendalna

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego zbiórka podpisów pod referendum w sprawie odwołania władz Warszawy zakończyła się niepowodzeniem.
  2. Które partie poparły akcję referendalną, a które stanęły z boku.
  3. Ile osób musiałoby pójść do urn, żeby odwołać Rafała Trzaskowskiego.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

W poniedziałek zakończono zbiórkę podpisów pod referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego ze stanowiska prezydenta Warszawy oraz rady miasta. Zarówno prezydent, jak i radni pozostaną na swoich stanowiskach. Organizatorzy zebrali 111 tys. podpisów, a wymaganych było 132 tys. Oznacza to, że referendum odwoławcze się nie odbędzie.

Zbiórka podpisów pod „Stołeczną Operacją Referendalną” formalnie zaczęła się 30 lipca br. Akcja ruszała świeżo po medialnych doniesieniach o skandalach wokół Warszawskiego Szpitala Południowego.

Inicjatorzy wskazywali, że błędy w zarządzaniu Warszawą oraz skandal w Szpitalu Południowym powinny rozpocząć debatę o dalszych rządach Rafała Trzaskowskiego w stolicy.

Od rozpoczęcia akcji organizatorzy mieli równe 60 dni na zebranie ponad 130 tys. podpisów. Tyle bowiem mniej więcej wynosi 10 proc. liczby mieszkańców stolicy uprawnionych do głosowania, czyli wymagane minimum do zorganizowania referendum odwoławczego.

Z informacji przekazywanych prasie przez organizatorów wynika, że zbiórka podpisów w sierpniu przebiegała szybciej niż we wrześniu mimo wakacji. Po miesiącu zbiórki organizatorzy mieli mieć na swoim koncie 67 tys. podpisów. Jeśli wierzyć deklaracjom inicjatorów, to we wrześniu udało im się zebrać ok. 40 tys. podpisów.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

Wbrew zapowiedziom organizatorów, wrzesień nie był miesiącem mobilizacji mieszkańców Warszawy, którzy wrócili z letnich urlopów.

„Partie polityczne ustawiły się z boku naszej akcji”

– Jest to poniżej zakładanego minimum, czyli 132 tys. podpisów – poinformował Maciej Wilk, główny inicjator Stołecznej Operacji Referendalnej.

Maciej Wilk, do niedawno komentator w Kanale Zero oraz były wiceprezes PLL LOT stwierdził, że mimo porażki taka liczba podpisów świadczy o „pospolitym ruszeniu” w stolicy.

– Zdarzyło się coś wyjątkowego. Nie mieliśmy od dawna takiego pospolitego ruszenia w Warszawie. Jestem przekonany, że ten zryw nie pójdzie na marne – stwierdził Wilk.

Organizator SOR zarazem wbił szpilkę w partie niechętne Rafałowi Trzaskowskiemu, które akcję popierały, ale jedynie po cichu i nie angażowały się w zbiórkę podpisów.

– Niewiele było środowisk, które chciały włączyć się w naszą zbiórkę. Partie polityczne ustawiły się z boku naszej akcji – mówił Wilk na konferencji prasowej.

PiS i Konfederacja stoją z boku, Braun wspiera

Rzeczywiście, stołeczne struktury PiS czy Konfederacji nie brały aktywnie udziału w zbiórce podpisów. Z informacji „Rzeczpospolitej” wynikało, że formacje nie chciały być kojarzone z porażką w przypadku fiaska zebrania podpisów.

Dlaczego? Zebranie ponad 130 tys. podpisów w okresie głównie wakacyjnym było realnym wyzwaniem. Mówił o tym wprost Tomasz Herbich, radny miejski z Prawa i Sprawiedliwości.

– Rozpoczęcie jej w połowie wakacji z finiszem 28 września dawało duże prawdopodobieństwo rozwiązania odwrotnego, czyli niezebrania podpisów, do czego prawdopodobnie dojdzie. Choć mam nadzieję, że jednak uda się je zebrać – mówił Herbich w połowie września.

Jedyną formacją, która otwarcie wsparła akcję referendalną, była Konfederacja Korony Polskiej. Na warszawskiej „patelni” wystąpili Grzegorz Braun oraz Janusz Korwin-Mikke, którzy udzielili organizatorom oficjalnego poparcia.

Sam Maciej Wilk jeszcze w połowie września deklarował, że nawet zebranie minimum, tj. 132 tys. podpisów będzie niewystarczające.

– 150-160 tys. to jest takie minimum, poniżej którego, jeśli się znajdziemy, to prawdę mówiąc, nie ma sensu nawet składać tego specjalnie do komisarza. Wiadomo, że tych odrzutów będzie sporo, jak to miało miejsce ostatnio w Krakowie – wyjaśnił na łamach Salonu24 Maciej Wilk.

Nietrafione paralele do Krakowa

Rzeczywiście lekcje z krakowskiej zbiórki podpisów pod referendum, a także porażek kandydatów na prezydenta Krakowa były obecne w szeregach organizatorów.

Na tym jednak porównania stołecznej akcji do tej krakowskiej się kończą.

Przede wszystkim organizatorzy akcji referendalnej w Warszawie operowali w mniej sprzyjających dla ich celu warunkach politycznych. Rafał Trzaskowski w stolicy cieszy się większą popularnością od byłego już prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Ponadto, krakowska akcja referendalna prowadzona była przez różnorodne środowiska społeczne i polityczne. W Warszawie z kolei od samego początku akcja referendalna kojarzona jest raczej z działaczami prawicy, dawniej związanymi z ruchem „Tak dla CPK”.

Gdy jednak zbiórka trwała, Wilk jej apolityczność zachwalał. Dziś wiemy już, że brak wsparcia dobrze zorganizowanych partyjnych zapleczy był grzechem zaniechania organizatorów uniemożliwiającym zbiórkę wystarczającej liczby podpisów.

W składzie osobowym komitetu referendalnego nie było osób pełniących funkcje polityczne w partiach opozycji. Nie brakowało zarazem osób, które powszechnie kojarzone są ze środowiskami krytycznymi wobec koalicji rządowej.

Do komitetu zgłaszającego inicjatywę referendalną należeli m.in. Maciej Wilk, prawicowi publicyści Bronisław Wildstein i Rafał Ziemkiewicz, związany z inicjatywą „Tak dla CPK” Adam Czarnecki, niedawny kandydat PiS na rzecznika praw obywatelskich Adam Borowski czy lewicowy publicysta i działacz Jan Śpiewak.

Do referendum odwołującego Rafała Trzaskowskiego oraz Radę Warszawy nie dojdzie i wątpliwe jest, aby po tej porażce wypaliły kolejne takie próby w czasie obecnej kadencji.

Misja niemożliwa od samego początku?

Nawet, jednak gdybyśmy usłyszeli kolejne oburzające doniesienia o nadużyciach w instytucjach nadzorowanych przez miasto jak w Warszawskim Szpitalu Południowym i powstałaby kolejna taka inicjatywa, to szanse doprowadzenia jej do końca są skrajnie niskie.

W polskim krajobrazie samorządowym kluczowym elementem przesądzającym o ważności referendum jest niemal zawsze jego frekwencja. W praktyce bowiem tylko raz w ostatnich kilkunastu latach zdarzyło się, aby mieszkańcy opowiedzieli się za dalszymi rządami odwoływanego prezydenta. Mowa o Jacku Karnowskim, ówczesnym prezydencie Sopotu, którego nie udało się odwołać w 2009 roku.

W pozostałych głosowaniach mieszkańcy biorący udział w głosowaniu chcą odwołania swojego włodarza. Szkopuł polega jedynie na tym, czy w głosowaniu weźmie udział wystarczająca liczba mieszkańców.

Aby referendum odwoławcze było ważne, w głosowaniu musi wziąć udział 60 proc. liczby głosujących w ostatnich wyborach samorządowych. W przypadku Warszawy ta liczba wynosi około 467 tys. osób.

Jest to zatem zadanie nieporównywalnie trudniejsze niż odwołanie prezydenta w Krakowie. Dla porównania bowiem ponad 440 tys. osób wybrało dwa lata temu Rafała Trzaskowskiego na prezydenta stolicy już w pierwszej turze. Było to ponad 57 proc. oddanych wówczas głosów.

Rafał Trzaskowski może spać spokojnie

To oznacza, że nawet suma głosów oddana na pozostałych kandydatów (w tym Magdalenę Biejat z Lewicy) wynosi znacząco mniej niż wymagany próg ważności referendum w Warszawie.

Aby Trzaskowski został odwołany ze stanowiska, do urn musieliby pójść wszyscy jego polityczni przeciwnicy z 2024 roku oraz ponad 100 tys. niegłosujących w poprzednich wyborach. A to i tak przy bardzo optymistycznym założeniu, że wyborcy Magdaleny Biejat należącej do Lewicy są przeciwnikami politycznymi Rafała Trzaskowskiego z tego samego obozu koalicyjnego.

Zakładając zatem nawet, że Rafał Trzaskowski miałby w bliżej nieokreślonej przyszłości tłumaczyć się z kolejnych skandali, które doprowadziłyby do kolejnej próby referendalnej (tym razem udanej), to droga do jego odwołania jest bardzo daleka.

Wydaje się zatem, że Rafał Trzaskowski może być pewny swojej posady jeszcze przez najbliższe trzy lata, gdy wygaśnie jego druga kadencja przy warszawskim placu Bankowym.

Główne wnioski

  1. Stołeczna Operacja Referendalna nie zebrała wymaganej liczby podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania Rafała Trzaskowskiego i Rady Warszawy. Organizatorzy mieli 60 dni od 30 lipca na zebranie ok. 132 tys. podpisów, czyli 10 proc. uprawnionych do głosowania. Według ich deklaracji w sierpniu przybyło 67 tys. podpisów, a we wrześniu już tylko ok. 40 tys.
  2. Stołeczne struktury PiS i Konfederacji nie włączyły się aktywnie w zbiórkę. Według „Rzeczpospolitej” partie nie chciały być kojarzone z ewentualną porażką. Otwarcie akcję poparła jedynie Konfederacja Korony Polskiej, a w gronie inicjatorów znaleźli się m.in. prawicowi publicyści oraz lewicowy działacz Jan Śpiewak.
  3. Nawet gdyby referendum się odbyło, odwołać Trzaskowskiego i radnych byłoby niezwykle trudno. Do jego ważności potrzebny jest udział ok. 467 tys. osób. To więcej, niż wynosi łączna liczba głosów oddanych w 2024 r. na wszystkich rywali Trzaskowskiego, który wygrał wtedy w pierwszej turze z wynikiem ponad 57 proc.