Kategoria artykułu: Kultura

Praga, Warszawa i sztuka patrzenia na sąsiadów

Prague Art Week to nie tylko okazja do poznania czeskiej sceny artystycznej, ale też spojrzenia na polski rynek sztuki z perspektywy sąsiadów i zastanowienia się nad niewykorzystanym potencjałem Europy Środkowej.

Ruprecht von Kaufmann. Couple on a Sofa ('Paar auf dem Sofa'), 2019 fot. materiały Prague Art Week

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Czym Prague Art Week różni się od Warsaw Gallery Weekend i co mówi o kondycji czeskiej sceny artystycznej.
  2. Dlaczego Warszawa budzi zainteresowanie czeskich galerzystów, choć polski rynek pozostaje mało otwarty na sztukę sąsiadów.
  3. Jaki potencjał kryje się we współpracy artystycznej i kolekcjonerskiej krajów Europy Środkowej.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Zaledwie tydzień po Warsaw Gallery Weekend artystyczne życie przeniosło się kilkaset kilometrów na południe. W Pradze odbyła się piąta edycja Prague Art Week, wydarzenia o podobnych ambicjach, choć zupełnie innej genezie. WGW narodził się 16 lat temu z oddolnej inicjatywy kilku galerii, które dostrzegły potencjał wspólnego działania, gdy polski rynek sztuki współczesnej dopiero raczkował. Praski festiwal wyrósł natomiast z prywatnej inicjatywy Lenki Beneš, która pozostaje jego siłą napędową. Ta przedsiębiorcza postać czeskiego świata kultury łączy role galerzystki, organizatorki wydarzeń artystycznych i wydawczyni czesko-słowackiej edycji „Vogue’a”. Festiwal stał się doskonałą okazją, by przyjrzeć się czeskiej scenie artystycznej, a także kondycji rynku sztuki w całym regionie.

Warszawa – Praga

Nieoczekiwaną przepustką do wielu rozmów okazała się torba z logo Warsaw Gallery Weekend, z którą spacerowałam po Pradze. Ten niepozorny gadżet budził zaskakujące zainteresowanie, a Warszawa powracała w rozmowach z czeskimi galerzystami z mieszaniną ciekawości, uznania, a czasem nawet pewnej zazdrości. Z perspektywy naszych południowych sąsiadów polska stolica jawi się dziś jako jedno z tych miejsc, w których po prostu warto być. Scena artystyczna tętni życiem, rozwija się kolekcjonerstwo, a polscy artyści coraz śmielej zaznaczają swoją obecność za granicą. Czy jednak rosnąca atrakcyjność Warszawy przekłada się na rzeczywiste zainteresowanie międzynarodowego świata sztuki, czy na razie budzi przede wszystkim podziw regionalnych sąsiadów? Tym bardziej zastanawia wsobność polskiego rynku, który mimo rosnących ambicji pozostaje mało otwarty na sztukę zagraniczną. Chętnie zabiegamy o międzynarodową uwagę, ale znacznie rzadziej sami kierujemy wzrok poza własne podwórko.

Praskie wydarzenie rozciągnięto na niemal cały tydzień, co okazało się raczej organizacyjnym utrudnieniem niż zaletą. Pierwsze wydarzenia odbywały się już w środę, podczas gdy wiele galerii otwierało wystawy dopiero w piątek. Poruszanie się między rozsianymi po mieście lokalizacjami, funkcjonującymi według różnych harmonogramów, przypominało momentami logistyczną łamigłówkę. Na uznanie zasługuje natomiast świetnie zaprojektowana strona internetowa festiwalu, przejrzyście prezentująca program i uczestniczące w nim miejsca.

Od domu aukcyjnego do domu na wzgórzu

Formuła Prague Art Week jest szeroka: obok galerii komercyjnych uczestniczą w nim instytucje publiczne, domy aukcyjne, takie jak Dorotheum, oraz niezależne przestrzenie, jak Prostora, która zaprezentowała prywatną, nonkonformistyczną kolekcję Tomáša Rullera. Oficjalna inauguracja w Galerii Narodowej okazała się wprawdzie bardziej prezentacją działalności całej instytucji niż otwarciem festiwalu, ale sam gmach i działania dyrektora oddziału sztuki współczesnej Michała Nowotnego są imponujące. Niezwykle ciekawa była wizyta w Kunsthalle Praha. Ta stosunkowo młoda instytucja, opierająca działalność na prywatnym mecenacie i współpracy z kolekcjonerami, umożliwiła uczestnikom zajrzenie za kulisy, w tym zwiedzenie niedostępnych na co dzień magazynów.

Jednym z ciekawszych odkryć okazał się The House w eleganckiej, willowej dzielnicy Praga 6. W modernistycznym domu otoczonym urokliwym, ogrodem znalazło się miejsce na pracownie artystyczne, wystawy i niezobowiązujące spotkania. Na warszawskim gruncie najbliżej mu chyba do Fermentu na Sadybie. Prezentowana tam wystawa „Young Selection 03” skupiała się na odkrywaniu młodych talentów, zanim jeszcze trafią pod skrzydła galerii komercyjnych. To inicjatywa, w której ciekawość i gotowość do eksperymentowania wyprzedzają rynkową kalkulację.

Osobliwe uniwersum

Zupełnie inny wymiar miała wystawa „A Whole Different Animal” w Hunt Kastner, jednej z najważniejszych czeskich galerii o międzynarodowej renomie. Założona w 2006 roku galeria świętuje dwudziestolecie działalności zbiorową prezentacją reprezentowanych przez siebie artystów. Lista nazwisk robi wrażenie: Anna Hulačová, Eva Koťátková, Klára Hosnedlová, Igor Hosnedl czy polska pionierka sztuki feministycznej Ewa Partum. To doskonały przykład konsekwentnego budowania międzynarodowej pozycji galerii i jej artystów, bez utraty silnego związku z rodzimą sceną.

Najbardziej zapadającym w pamięć wydarzeniem był jednak wieczór z performansem francusko-czeskiej artystki Julie Bény, zorganizowany przez KodlContemporary w historycznej restauracji Parnas nad Wełtawą. Dawny klub jazzowy, z oryginalnymi boazeriami, lampami i atmosferą starej Pragi, stał się idealną scenerią dla fantazyjnego świata artystki. Jej filmy, rysunki i instalacje zaludniają postacie rodem z cyrku i kabaretu – Pierroci, przebierańcy i ekscentryczni bohaterowie. Towarzyszą im misterne koronkowe obiekty i teatralne rekwizyty, tworzące osobliwe uniwersum, w którym humor miesza się z melancholią, a pozorna niewinność podszyta jest czymś niepokojącym.

Mocne tradycje bez przełożenia

Prague Art Week pokazał również, że siła sceny artystycznej nie zawsze idzie w parze z kondycją rynku sztuki. Czechy są znakomitym miejscem do tworzenia. Nie trzeba mieszkać w Pradze, by być blisko centrum. Wielu artystów ma swoje pracownie poza stolicą, bo dojazd do niej zajmuje mniej niż godzinę. Również poza Pragą działa wiele bardzo mocnych ośrodków artystycznych – Brno, Ołomuniec, Liberec, czy nawet Triniec, do których dostać się jest dużo łatwiej niż na przykład z Warszawy do Ostrowca Świętokrzyskiego. Nie oznacza to wcale, że są równie dobrym miejscem do sprzedawania i kolekcjonowania. Wyraźnie widać tu bliskie relacje z Wiedniem, których korzenie sięgają czasów monarchii habsburskiej. Czescy artyści studiują w Austrii, współpracują z tamtejszymi galeriami i tam znajdują nabywców swoich prac. Między Pragą, Wiedniem i Budapesztem funkcjonuje naturalna sieć artystycznych powiązań, w której Polska, choć geograficznie tak bliska, pozostaje słabo obecna.

Jeszcze ciekawiej robi się, gdy przyjrzymy się scenie kolekcjonerskiej. Mimo znacznie dłuższych tradycji Czechy wydają się mieć mniej znaczących prywatnych kolekcji sztuki współczesnej niż Polska. Wyróżnia się na tym tle kolekcja Havrlant, skupiona na najciekawszych zjawiskach artystycznych naszego regionu. Znajdziemy w niej także polskie akcenty, między innymi prace Cezarego Poniatowskiego czy duetu Julia Gryboś i Barbora Zentková, a także twórczość Olega & Kaśki. Nie jest to może imponująca reprezentacja, ale pokazuje, że czescy kolekcjonerzy spoglądają również na północ. A ile polskich kolekcji może pochwalić się podobnym zainteresowaniem sztuką czeską? Trudno wskazać choćby jedną, w której nasi południowi sąsiedzi zajmowaliby równie istotne miejsce.

Ciekawość świata

Zupełnie inną odsłonę kolekcjonerstwa można było zobaczyć w Magnus Art, galerii prowadzonej przez J&T Bankę. Wystawa „Kabinet życia” prezentuje niezwykłe zbiory Oldřicha Uttendorfskiego, lekarza, dyplomaty i kolekcjonera, którego biografia mogłaby posłużyć za scenariusz filmu. Urodzony w Indonezji, gdzie jego ojciec pracował dla firmy Bata, wychowany w Holandii, przez lata praktykujący jako ginekolog i położnik w Europie oraz Stanach Zjednoczonych, zgromadził kolekcję równie niekonwencjonalną jak własne życie. Egipska mumia kota, afrykańskie maski, japońskie artefakty i współczesna sztuka czeska spotykają się tu bez oglądania na epoki, hierarchie czy rynkowe wyceny. Wspólnym mianownikiem jest fascynacja życiem, jego narodzinami i przemijaniem. To kolekcjonerstwo napędzane ciekawością świata, a nie rankingami najdroższych artystów. I zarazem przypomnienie, jak odmienne doświadczenia historyczne i kulturowe kształtowały wyobraźnię kolekcjonerów po obu stronach naszej południowej granicy.

Za daleko, za blisko

Czeskie galerie zaczynają dostrzegać potencjał polskiego rynku. Na targach Art Warsaw pojawiły się między innymi Clauda i Hunt Kastner. Czy jednak Warszawa stanie się dla nich stałym punktem na targowej mapie, czy była jedynie miejscem rozpoznania terenu? Jeden z galerzystów przyznał mi, że dwukrotna obecność na targach wystarczy, by ocenić potencjał rynku, i niekoniecznie jest sens wracać po raz trzeci. Tymczasem podczas Prague Art Week trudno było spotkać gości z Polski. Czy rzeczywiście wolimy jeździć do Bazylei po sztukę, którą kupują wszyscy inni, zamiast uważniej przyglądać się temu, co powstaje tuż za naszą granicą?

Nie bez znaczenia pozostaje rola instytucji publicznych, które stosunkowo rzadko prezentują twórczość naszych środkowoeuropejskich sąsiadów. W ostatnich latach polska scena artystyczna mocno zwróciła się ku Wschodowi, otwierając przestrzeń dla artystów z Ukrainy i Białorusi. To ważny i potrzebny kierunek, ale jednocześnie trudno nie zauważyć, że w znacznie mniejszym stopniu interesujemy się Czechami, Słowacją czy Węgrami. W efekcie sami chętniej wpisujemy się w kontekst Europy Wschodniej niż Środkowej, choć nasza historia i tożsamość kulturowa wyrastają z wielu przenikających się tradycji. Być może warto poszerzyć tę perspektywę, zamiast ograniczać się do jednego kierunku geograficznego.

Europa Środkowa ma przecież wszystkie atuty, by stać się znacznie ważniejszym punktem na międzynarodowej mapie sztuki: interesujących artystów, ambitne galerie, coraz aktywniejszych kolekcjonerów i instytucje gotowe do eksperymentowania. Być może jej przyszłość nie polega jednak na wyłonieniu kolejnej artystycznej stolicy konkurującej z Londynem czy Paryżem, lecz na stworzeniu silnej sieci powiązań między Warszawą, Pragą, Wiedniem i Budapesztem. Zamiast nieustannie zabiegać o uwagę zachodniego świata sztuki, moglibyśmy zacząć uważniej przyglądać się sobie nawzajem. Bo czasem najciekawsze odkrycia czekają tuż za najbliższą granicą.

Z tego tekstu dowiesz się:

Główne wnioski

  1. Silna scena artystyczna nie zawsze oznacza silny rynek sztuki. Czechy mają znakomitych artystów i galerie o międzynarodowej renomie, ale słabiej rozwinięte prywatne kolekcjonerstwo sztuki współczesnej.
  2. Polski rynek sztuki rośnie, ale pozostaje zaskakująco wsobny. Zabiegamy o międzynarodową uwagę, jednocześnie poświęcając niewiele zainteresowania artystom i galeriom z sąsiednich krajów.
  3. Przyszłość Europy Środkowej może leżeć we współpracy, nie rywalizacji. Silniejsze powiązania między Warszawą, Pragą, Wiedniem i Budapesztem mogłyby stworzyć znaczący regionalny obieg sztuki.