Dzietność w Kanadzie. Co bardziej zachęca do posiadania dzieci: pieniądze czy stabilna praca?
Czy świadczenia od państwa wystarczą, by rodziło się więcej dzieci? Dane z Kanady wskazują, że znaczenie mają przede wszystkim stabilna praca i dochody. W najzamożniejszych rodzinach prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka jest ponad dwa razy wyższe niż w najuboższych.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czy świadczenia pieniężne na dzieci rzeczywiście wpływają na wzrost dzietności.
- Dlaczego stabilność zatrudnienia, wysokie dochody i płatne urlopy rodzicielskie mogą skuteczniej zachęcać kobiety do macierzyństwa niż bezpośrednie transfery pieniężne.
- Czy w Kanadzie więcej dzieci rodzi się w małżeństwach, czy w związkach partnerskich.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
W piątek 13 listopada 2026 r. ludzkość ma przestać istnieć. Przynajmniej według prognozy przedstawionej w 1960 r. na łamach prestiżowego czasopisma naukowego „Science”. Jej autorami byli Heinz von Foerster, austriacko-amerykański cybernetyk, filozof i fizyk, oraz dwoje jego studentów – Patricia M. Mora i Lawrence W. Amiot. Z ich obliczeń wynikało, że jeśli tempo wzrostu liczby ludności utrzyma się na poziomie obserwowanym przez poprzednie dwa tysiąclecia, właśnie tego dnia populacja Ziemi zbliży się do nieskończoności. Innymi słowy, ludzkość miałaby paść ofiarą własnego sukcesu demograficznego.
Von Foerster pracował na Uniwersytecie Illinois w Urbana-Champaign, z którym związany był również Joseph Tykociński-Tykociner, polski pionier kina dźwiękowego. To on w 1922 r. przeprowadził jeden z pierwszych publicznych pokazów filmu z dźwiękiem zapisanym bezpośrednio na taśmie filmowej.
Choć prognoza końca świata mogła brzmieć jak naukowy żart, potraktowano ją zaskakująco poważnie. W 1963 r. przedstawiciel przemysłu chemicznego powoływał się na nią przed komisją kanadyjskiego parlamentu. Przekonywał, że bez szerokiego stosowania pestycydów nie uda się wyżywić gwałtownie rosnącej populacji. Sami autorzy przewidywali zresztą, że naszych praprawnuków nie zabije głód, lecz ścisk.
Co ciekawe, matematycy i demografowie kwestionowali założenia modelu, ale jego twórcy konsekwentnie bronili swoich wyliczeń. Jednocześnie wskazywali, że ludzie dysponują wyjątkową umiejętnością współpracy, dzięki której mogą uniknąć katastrofy. Skoro trudno oczekiwać, że dobrowolnie skrócimy sobie życie, należałoby wspólnie dążyć do zmniejszenia liczby urodzeń o połowę.
Jak przypomina Alan MacEachern, historyk z Western University w kanadyjskim London, w artykule opublikowanym w „The Conversation”, przez ponad trzy dekady model pozostawał zadziwiająco trafny. Dopiero około 1993 r. rzeczywisty przyrost ludności zaczął wyraźniej odbiegać od prognoz. Dziś globalny współczynnik dzietności jest nieco niższy niż połowa wartości z 1960 r. Zatem 13 listopada raczej nie czeka nas zagłada. Nie będzie więc potrzeby sięgania po rozwiązania rodem ze „Star Treka”. W szesnastym odcinku trzeciego sezonu serialu, „The Mark of Gideon” z 1969 r., mieszkańcy przeludnionej planety Gideon próbują rozwiązać problem za pomocą wirusa przenoszonego przez kapitana Kirka.
Zdaniem MacEacherna słynna publikacja pozostaje znakomitym przykładem połączenia rzetelnej nauki z dramaturgią. Pokazuje też, jak wykorzystać absurd, by zwrócić uwagę na poważny problem. Paradoks polega na tym, że dziś coraz częściej zastanawiamy się nie nad tym, jak ograniczyć liczbę urodzeń, lecz nad tym, jak przekonać ludzi, by w ogóle decydowali się na dzieci.
Związki partnerskie. Małżeństwo nie jest jedyną drogą do rodzicielstwa
Sześćdziesiąt sześć lat po publikacji artykułu w „Science” kanadyjskie doświadczenia sugerują, że same świadczenia pieniężne, w tym odpowiedniki polskiego 800+, mogą nie wystarczyć do zwiększenia dzietności. Pieniądze mają znaczenie, ale niekoniecznie w sposób, jakiego oczekują autorzy programów prorodzinnych. Istotne okazują się również stabilność dochodów, bezpieczeństwo zatrudnienia i warunki pozwalające pogodzić rodzicielstwo z pracą.
Ważny jest jednak również kontekst prawny, w którym ludzie zakładają rodziny. Kanada należy do państw, w których związki nieformalne są powszechnie akceptowaną formą wspólnego życia. Według spisu ludności z 2021 r. niemal co czwarta kanadyjska para żyła w związku partnerskim. W Quebecu odsetek ten przekraczał 40 proc. Choć małżeństwa nadal dominują w skali kraju, brak ślubu nie oznacza, że partnerzy pozostają dla państwa obcymi osobami.
Jeszcze wyraźniej widać to w statystykach urodzeń w Quebecu. W 2023 r. 54 proc. matek, które urodziły tam dziecko, pozostawało w związku nieformalnym. 39 proc. było mężatkami, a blisko 8 proc. nie żyło w związku. To dane dotyczące samego Quebecu, nie całej Kanady. W tej prowincji rodzicielstwo poza małżeństwem już dawno przestało być wyjątkiem.
Związki typu common-law są w Kanadzie prawnie rozpoznawane. Kanadyjski urząd podatkowy (Canada Revenue Agency) uznaje parę za pozostającą w takim związku, jeśli partnerzy mieszkają razem nieprzerwanie przez co najmniej 12 miesięcy. Wspólne dziecko może oznaczać uzyskanie tego statusu również wcześniej. Ma to znaczenie m.in. przy rozliczeniach podatkowych oraz ustalaniu prawa do świadczeń rodzinnych. Zakres pozostałych uprawnień zależy od przepisów poszczególnych prowincji.
Podczas wizyty w Kanadzie na przełomie września i października minister Lech Parell, szef Urzędu do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, spotkał się w Toronto z dziennikarzami. Opowiadał o kombatantach, działaczach opozycji i polskiej emigracji, zachęcając przy okazji Polonię do powrotu do kraju. Zadałam mu wówczas pytanie: dlaczego młodzi Kanadyjczycy z polskimi paszportami mieliby decydować się na przeprowadzkę do Polski, skoro ich wieloletni, uznawany w Kanadzie związek partnerski nie dawałby im tutaj porównywalnej ochrony prawnej, nawet jeśli wspólnie wychowują dzieci?
W Polsce sytuacja pozostaje inna. Ustawę o statusie osoby najbliższej i umowie o wspólnym pożyciu, uchwaloną przez parlament, prezydent Karol Nawrocki zawetował 17 lipca 2026 r. We wrześniu Sejm nie zdołał odrzucić prezydenckiego weta. Osoby pozostające w związkach nieformalnych nadal nie mają więc dostępu do podobnego, kompleksowego rozwiązania.
Minister Parell nie miał dobrej odpowiedzi na moje pytanie. A przecież trudno zachęcać ludzi do powrotu, jeśli wraz z przekroczeniem granicy mieliby utracić część praw, które w kraju ich dotychczasowego zamieszkania stanowią zwyczajny element życia rodzinnego.
Dzieci zamożnych rodziców
Kanadyjski urząd statystyczny postanowił sprawdzić, jak dochody i warunki zatrudnienia kobiet wiążą się z prawdopodobieństwem urodzenia pierwszego dziecka. Na początku września opublikował analizę zatytułowaną „Dochody i charakterystyka zatrudnienia a urodzenie pierwszego dziecka w latach 2017-2023”. Badanie objęło pracujące kobiety w wieku 22–39 lat, pozostające w małżeństwach lub związkach partnerskich, które nie miały jeszcze dzieci.
Wyniki pokazują wyraźną zależność: w latach 2017-2023 prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka było wyższe wśród kobiet z zamożniejszych rodzin. W 2023 r. w grupie 20 proc. rodzin o najwyższych dochodach wynosiło 14,1 proc. Tymczasem wśród kobiet z 20 proc. rodzin o najniższych dochodach – zaledwie 5,6 proc. Są to prawdopodobieństwa oszacowane za pomocą modelu statystycznego, a nie proste odsetki urodzeń w poszczególnych grupach. Różnica była więc ponad dwuipółkrotna. Co więcej, w badanym okresie się powiększyła. Jeszcze w 2017 r. kobiety z najzamożniejszych rodzin miały 2,1 raza większe prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka niż kobiety z rodzin najuboższych. Sześć lat później wskaźnik ten wzrósł do 2,5. Statystycy zwracają uwagę, że podobną zależność obserwuje się również w innych krajach wysoko rozwiniętych.
Znaczenie mają także indywidualne zarobki kobiet – im wyższe, tym większe prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka. Jednak jeszcze ważniejsze okazują się łączne dochody rodziny. Statistics Canada podkreśla, że obecnie w większości kanadyjskich par pracują obie osoby, a większość zatrudnionych kobiet pracuje na pełny etat. Nie stwierdzono natomiast silnego i trwałego związku między prawdopodobieństwem pierwszego porodu a tym, jaką część rodzinnych dochodów zapewnia kobieta.
Jak podsumowują autorzy badania, dostęp do wystarczających i stabilnych zasobów finansowych może mieć większe znaczenie dla decyzji o pierwszym dziecku niż proporcje dochodów między partnerami.
I trudno się dziwić, gdy spojrzymy na koszty wychowania dziecka. W Kanadzie można je porównać z ceną luksusowego Porsche 911 Turbo S. Choć – jak się zaraz okaże – jest to porównanie raczej obrazowe niż ścisłe.
W 2023 r. Statistics Canada opublikował wyliczenia, z których wynikało, że rodzina o średnich dochodach, z dwojgiem dzieci, wydaje na każde z nich około 293 tys. dolarów kanadyjskich od narodzin do ukończenia 17 lat. To przeciętnie 17,2 tys. dolarów rocznie. Dla porównania, bazowa cena Porsche 911 Turbo S z rocznika 2026 wynosi w Kanadzie około 289 tys. dolarów. Trzeba jednak pamiętać, że szacunki kosztów wychowania dziecka oparto na danych z lat 2014–2017. Nie porównujemy więc kwot z tego samego roku. Po uwzględnieniu późniejszego wzrostu cen koszt wychowania dziecka byłby zapewne znacznie wyższy.
Państwo pomaga rodzinom ponosić te koszty. W 2021 r. świadczenia na dzieci stanowiły 42 proc. wszystkich transferów publicznych otrzymywanych przez pary z dziećmi. Korzystało z nich aż 92 proc. takich rodzin. Średnia wysokość wsparcia wynosiła 8,3 tys. dolarów kanadyjskich rocznie, a mediana – 5,9 tys. dolarów.
Związki zawodowe, czyli przyjaciele dzieci
Odpowiednie dochody to jedno, ale dalej robi się jeszcze ciekawiej. Kanadyjscy statystycy znaleźli bowiem zależność między prawdopodobieństwem urodzenia pierwszego dziecka a miejscem zatrudnienia kobiety. I to niezależnie od wysokości jej zarobków.
Kobiety pracujące w administracji publicznej, edukacji i ochronie zdrowia częściej rodzą pierwsze dziecko niż te zatrudnione w pozostałych branżach. W badaniu dziedziny te zaliczono do sektora publicznego, choć w edukacji i ochronie zdrowia działają również prywatni pracodawcy. Zależność ta utrzymywała się przez cały okres badania, a różnica między tymi grupami systematycznie rosła.
W 2017 r. prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka wśród kobiet pracujących w tych sektorach było o 16,3 proc. wyższe niż wśród zatrudnionych w usługach administracyjnych, pomocniczych i konsumenckich. W 2023 r. różnica wzrosła już do 34,3 proc. Nie oznacza to jednak, że pracownice sektora publicznego coraz częściej rodzą dzieci. Prawdopodobieństwo pierwszego porodu spadało w obu grupach, ale poza sektorem publicznym spadek był znacznie silniejszy.
Co istotne, zależność utrzymywała się również po uwzględnieniu poziomu dochodów rodziny. Sugeruje to, że znaczenie mogą mieć inne cechy zatrudnienia, takie jak przewidywalność warunków pracy czy bezpieczeństwo zawodowe. Samo badanie nie rozstrzyga jednak, który z tych czynników jest decydujący.
Kolejna prawidłowość dotyczy związków zawodowych. Kobiety zatrudnione na stanowiskach objętych układami zbiorowymi również częściej rodziły pierwsze dziecko niż te, których warunki pracy nie były regulowane w ten sposób. Zależność była słabsza niż w przypadku dochodów czy branży zatrudnienia, ale utrzymywała się przez cały badany okres. W poszczególnych latach prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka było w tej grupie wyższe od 4,6 do 8,4 proc.
Nie oznacza to oczywiście, że samo istnienie związku zawodowego zachęca do rodzicielstwa. Pokazuje jednak, że charakter zatrudnienia i związane z nim poczucie bezpieczeństwa mogą mieć znaczenie dla decyzji o rodzicielstwie. I to niezależnie od wysokości wynagrodzenia.
Do podobnych zagadnień odnosili się także australijscy ekonomiści. Zwracali uwagę nie tylko na wysokość wsparcia finansowego dla rodzin, ale również na jego formę.
Już w październiku 2020 r. naukowcy z University of New South Wales (UNSW) w Sydney analizowali, czy świadczenia wypłacane z okazji narodzin dziecka rzeczywiście zwiększają dzietność i czy przekłada się to na wzrost gospodarczy. Odpowiedź na pierwsze pytanie była twierdząca. Australijski program „Baby Bonus” , wprowadzony w 2004 r., przyczynił się do wzrostu liczby urodzeń. Z gospodarczymi korzyściami sprawa była jednak bardziej skomplikowana.
Więcej dzieci oznacza potencjalnie większy popyt na towary i usługi, ale jednocześnie może ograniczać aktywność zawodową rodziców, przede wszystkim kobiet. W krótkim okresie bilans dla gospodarki nie musi więc być dodatni.
Dr Geni Dechter, ekonomistka z UNSW Business School, zwracała uwagę na coś jeszcze innego. W dłuższej perspektywie kluczowe znaczenie mają inwestycje w kapitał ludzki, czyli wiedzę i umiejętności. Sam wzrost liczby urodzeń nie zapewni gospodarce trwałego przyspieszenia. Musi mu towarzyszyć rozwój edukacji i szkoleń.
Istotny jest również sposób wspierania rodzicielstwa. Zdaniem badaczki płatne urlopy rodzicielskie mogą sprzyjać zarówno dzietności, jak i utrzymaniu aktywności zawodowej kobiet. Jednorazowe premie za urodzenie dziecka, choć także mogą zwiększać liczbę urodzeń, mają inny wpływ na rynek pracy. Podnoszą dochody niezwiązane z zatrudnieniem, przez co mogą osłabiać skłonność kobiet do powrotu do pracy.
Dechter wskazywała ponadto, że potrzeby rodzin różnią się w zależności od liczby dzieci. Inne czynniki mogą decydować o narodzinach pierwszego dziecka, a inne o powiększeniu rodziny o trzecie czy czwarte. Dlatego znaczenie ma nie tylko wysokość transferów pieniężnych, lecz także dostęp do opieki nad dziećmi, płatnych urlopów oraz rozwiązań pomagających łączyć pracę z rodzicielstwem.
Czego nie rozumieją politycy
Podczas niedawnej kampanii przed wyborami do parlamentu prowincji Quebec Paul St-Pierre Plamondon, lider separatystycznej Parti Québécois (PQ), zapowiedział, że jego ugrupowanie postawi na politykę prorodzinną. Wybory z 5 października partia wygrała, choć nie zdobyła większości mandatów. Jednym z argumentów polityka była rekordowo niska dzietność we frankofońskiej prowincji, wynosząca – jak twierdził – 1,33 dziecka na kobietę.
Publiczny francuskojęzyczny nadawca Radio-Canada zweryfikował te dane. Według Instytutu Statystyki Quebecu w 2025 r. wskaźnik dzietności wynosił 1,36. To nieco więcej niż w rekordowo słabym 2024 r., kiedy spadł do 1,35. Podobny poziom, 1,36 dziecka na kobietę, odnotowano już w 1987 r. Trudno więc mówić o zupełnie nowym zjawisku.
St-Pierre Plamondon, znany także pod inicjałami PSPP, zwrócił jednak uwagę na coś ciekawszego. Jak przekonywał, mieszkańcy Quebecu deklarują chęć posiadania średnio 1,9 dziecka. Problem polega więc nie tylko na niskiej dzietności, lecz także na różnicy między planami rodzinnymi a ich realizacją. Polityk zapowiedział, że przyszły rząd kierowany przez PQ pomoże mieszkańcom spełniać te zamiary.
Wśród obietnic znalazły się dodatkowe świadczenia dla rodzin wielodzietnych, rozbudowa sieci placówek opieki nad dziećmi oraz korzystniejsze zasady płatnych urlopów rodzicielskich. Część tych rozwiązań odpowiada na problemy wskazywane przez kanadyjskich statystyków. Jednak najbardziej eksponowane dopłaty mają trafiać do rodzin dopiero od trzeciego dziecka. Tymczasem z danych Statistics Canada wynika, że już decyzja o pierwszym dziecku jest silnie związana z sytuacją ekonomiczną rodziny, stabilnością zatrudnienia i warunkami pracy.
A przecież Quebec ma za sobą czasy, gdy wielodzietność była nie tylko rodzinną tradycją, ale również kwestią narodowej tożsamości. W XIX i pierwszej połowie XX w. rodziny z kilkorgiem dzieci były częstym zjawiskiem. Zdarzały się też takie, które wychowywały ich kilkanaścioro. Zjawisko to przeszło do historii jako revanche des berceaux, czyli „rewanż kołysek”. Wysoką dzietność zaczęto z czasem przedstawiać jako sposób na zachowanie demograficznej siły francuskojęzycznej ludności w otoczeniu anglojęzycznej większości Kanady. Taka interpretacja była bliska części elit politycznych i religijnych. Nie oznacza to, że wszystkie rodziny świadomie uczestniczyły w narodowościowej rywalizacji w liczbie dzieci. Przy niewielkiej imigracji z krajów francuskojęzycznych wysoka dzietność miała pomóc Quebecowi zachować język i odrębność kulturową.
Wielodzietność wspierał Kościół katolicki, który przez dziesięciolecia odgrywał ogromną rolę w życiu prowincji. Zmieniło się to w latach 60. XX w., wraz z tzw. Spokojną rewolucją, gdy Quebec zaczął odchodzić od dominacji Kościoła i budować świeckie instytucje publiczne. Historyczny „rewanż kołysek” dobiegł końca, a dzietność zaczęła gwałtownie spadać. Frankofoński Quebec przetrwał, tyle że dziś kobiety same decydują o macierzyństwie i nie muszą podporządkowywać swoich wyborów demograficznym ambicjom polityków czy duchownych.
Wróćmy jednak do jednocześnie poważnej i sensacyjnej publikacji w „Science” z 1960 r. W tym samym roku amerykański dziennikarz Vance Packard wydał książkę „The Waste Makers” (w wolnym tłumaczeniu: „Producenci śmieci”). Przyjrzał się w niej rozwijającej się kulturze masowej konsumpcji.
W drugim rozdziale opisywał gospodarkę, dla której nieustanny wzrost produkcji stał się niemal warunkiem przetrwania. „Konsumpcja musi rosnąć, ciągle rosnąć” – pisał, przywołując poglądy ówczesnych specjalistów od marketingu. Niektórzy przewidywali, że przeciętny Amerykanin będzie musiał zwiększyć zakupy o niemal 50 proc. w ciągu kolejnych 12 lat, inaczej gospodarka zacznie podupadać.
Packard zwracał uwagę na osobliwą logikę tego rozumowania. Rosnącą produkcję można wchłonąć na dwa sposoby. Albo każdy obywatel będzie konsumował coraz więcej, albo z każdym rokiem będzie przybywać obywateli.
Dzieci jako sposób na wzrost gospodarczy? Statystyka pokazuje, że samo „więcej” nie znaczy jeszcze „lepiej”.
Główne wnioski
- Zamożniejsze rodziny częściej decydują się na pierwsze dziecko. W 2023 r. prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka wśród badanych Kanadyjek z 20 proc. rodzin o najwyższych dochodach wynosiło 14,1 proc., wobec 5,6 proc. w grupie o najniższych dochodach. Różnica była ponad dwuipółkrotna i zwiększyła się od 2017 r. Dane wskazują na silną zależność między sytuacją ekonomiczną rodziny a rodzicielstwem.
- Znaczenie mają nie tylko pieniądze, ale również warunki zatrudnienia. Kanadyjskie statystyki pokazują, że prawdopodobieństwo urodzenia pierwszego dziecka jest wyższe wśród kobiet pracujących w administracji publicznej, edukacji i ochronie zdrowia oraz na stanowiskach objętych układami zbiorowymi. Badania australijskie wskazują natomiast, że płatne urlopy rodzicielskie mogą pomagać łączyć macierzyństwo z aktywnością zawodową, podczas gdy jednorazowe świadczenia pieniężne mają inne skutki gospodarcze.
- Polityka prorodzinna nie sprowadza się do świadczeń na dzieci. W Kanadzie wychowanie jednego dziecka w rodzinie o średnich dochodach kosztowało według szacunków 293 tys. dolarów kanadyjskich, w cenach z 2017 r. Równie istotne są rozwiązania prawne uwzględniające różne modele rodziny. W Quebecu w 2023 r. aż 54 proc. dzieci urodziło się w związkach nieformalnych, które kanadyjskie prawo uznaje w wielu obszarach życia rodzinnego.