Z tego artykułu dowiesz się…
- 1. Co wizyta Donalda Tuska w Indiach może zmienić w polsko-indyjskiej współpracy.
- Jak Narendra Modi wpłynął na rozwój Indii i dlaczego jego polityka budzi kontrowersje.
- Dlaczego Indie zyskują na znaczeniu dla Europy i Globalnego Południa.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Premier Donald Tusk udaje się do Indii. Wraz z nim przedstawiciele kilkudziesięciu polskich firm. Czy to będzie przełom i wypełnienie treścią naszego „strategicznego partnerstwa”, nawiązanego podczas wizyty premiera Narendry Modiego w Warszawie w sierpniu 2024 r.? Zobaczymy: „po owocach je poznacie”.
Ważne jednak, że powoli „odkrywamy” Indie na nowo. Premier Tusk był poprzednio w Indiach w 2010 r., a premier Modi złożył pierwszą wizytę w Warszawie na tym szczeblu po 45 latach (sic!) przerwy. Tamta wizyta przełomu nie przyniosła, choć była ważna. Podobnie jak wznowienie bezpośrednich połączeń lotniczych Warszawa–Delhi we wrześniu 2019 r. (wcześniej samoloty PLL LOT latały tam przez pewien czas od 1988 r.). W naszych relacjach dwustronnych istotna była też operacja Ganga, czyli ewakuacja w lutym i marcu 2022 r. tysięcy indyjskich studentów z ogarniętej wojną Ukrainy, również z pomocą Polski.
Trzecie supermocarstwo?
Moment na taką wizytę, choć spóźnioną, jest bardzo dobry, bowiem po kilkunastu latach dyskusji i negocjacji w styczniu tego roku Indie i Unia Europejska (UE) zakończyły negocjacje wielkiej umowy o wolnym handlu. Przed jej wejściem w życie pozostają jeszcze niezbędne procedury. To realna szansa, by spełnić zapowiedź, że polsko-indyjskie obroty handlowe do końca tej dekady mogą sięgnąć 10 mld euro, a więc niemal podwoić się z poziomu około 5,7 mld euro w 2025 r.
Szanse są ogromne, bowiem Indie, samodzielnie definiujące się jako „swing state” – państwo obrotowe, w obecnych zawirowaniach na arenie globalnej wyraźnie stawiają na wzmocnienie współpracy z Europą i UE. Tymczasem jest to nie tyle zwykły kraj, ile „cywilizacja ubrana w szaty państwa”, na dodatek w fazie odrodzenia. Indie należą do najszybciej rozwijających się dużych gospodarek świata, a ich PKB rośnie w tempie około 7 proc. rocznie. W latach 2015–2025 niemal podwoiły swój nominalny PKB. Według październikowych prognoz Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) w 2027 r. mogą wyprzedzić Japonię, stając się czwartą gospodarką świata pod względem nominalnego PKB, po USA, Chinach i Niemczech (nie licząc UE jako całości). Jeśli utrzymają to tempo, w kolejnych latach mogą zbliżyć się również do Niemiec.
Nic dziwnego, że zainteresowanie nimi w świecie rośnie. Nie dziwi też fakt, że właśnie wydana na naszym rynku książka byłego polskiego ambasadora w Nowym Delhi, Adama Burakowskiego, nosi znamienny tytuł „Trzecia potęga świata?”. Jeszcze stawiamy znak zapytania, ale raczej już niedługo.
Modistan?
Skąd takie przypuszczenie, czy wręcz teza na granicy pewności? Przede wszystkim dlatego, że na czele tego najludniejszego dziś państwa, a raczej subkontynentu, na globie (ponad 1,4 mld ludności) od maja 2014 r. stoi charyzmatyczny premier Narendra Modi. Niemłody już (ur. 17 września 1950 r.), całkowicie oddany urzędowi i służbie państwowej. Od lat żyje w separacji z żoną i nie prowadzi tradycyjnego życia rodzinnego.
Mając wcześniej sukcesy i pozytywne doświadczenia w rodzimym stanie Gudźarat, po dojściu do władzy na szczeblu centralnym starał się przenieść je na cały rozległy kraj. Zaczął jeździć po świecie (ponad 100 wizyt w ponad 80 krajach) i przyjmować gości u siebie. Począwszy od tych najsilniejszych, jak Donald Trump (a wcześniej Barack Obama), Xi Jinping czy Władimir Putin, o premierach z Azji (Japonia!) i regionu nie wspominając.
Modi postawił na globalizację, otwarte rynki i przyciąganie zagranicznych inwestycji, z Japonią na czele, do kraju wciąż borykającego się z dużymi zapóźnieniami rozwojowymi. Postawił też na rozwój technologiczny (tu z kolei ważnym partnerem stał się Tajwan, ale nie ChRL, z którą Indie mają długą, sporną granicę i ogromny deficyt handlowy), a nade wszystko na modernizację kraju. Rezultaty już widać, bo to za jego kadencji zelektryfikowano wszystkie wsie według indyjskiej definicji tego procesu, znacznie rozbudowano sieć metra w Nowym Delhi (uruchomioną z pomocą Japończyków jeszcze w 2002 r.), a w Bengaluru (gdzie polska delegacja też trafi) wzmocniła się tamtejsza Dolina Krzemowa.
Kosmiczny Bharat
Tezy o nawiązaniu współpracy w sferze podboju kosmosu, które pojawiły się u nas przed tą wizytą, nie są więc wcale stawiane na wyrost. Indie należą do niewielkiej grupy państw, które z powodzeniem wysłały sondę na orbitę Marsa. Są też wielkim eksporterem leków, co pokazały podczas pandemii COVID-19 i co wymaga wysoko zaawansowanych procesów technologicznych.
Narendra Modi udowodnił już, że jest sprawnym menedżerem politycznym i dlatego był ponownie wybierany. Budzi jednak w kraju mocne kontrowersje nie tylko za zdecydowany styl rządzenia, ale przede wszystkim za nacjonalistyczny światopogląd i otwarte wspieranie ideologii „hindutwy”, czyli nacjonalizmu hinduskiego. Krytycy zarzucają mu marginalizowanie mniejszości religijnych, począwszy od muzułmanów (a z Pakistanem było przecież kilka wojen, ostatni poważny konflikt zbrojny miał miejsce w ubiegłym roku). Na szczęście Indie nie stały się „Modistanem”, jak się obawiano, choć styl rządzenia premiera i jego nacjonalistyczna agenda wywołują poważne spory o kondycję indyjskiej demokracji.
Ta ideologia, w ramach której na scenie wewnętrznej coraz mocniej eksponuje się klasyczną nazwę państwa – Bharat, obecną w konstytucji Indii od 1950 r. – nie stoi w sprzeczności z promowaniem otwartych rynków. A tym bardziej z modernizacją i postępem technologicznym. Rodzi natomiast często poważne napięcia społeczne o podłożu religijnym, bowiem mimo podziału na Indie i Pakistan po odejściu Brytyjczyków, a potem wyłonienia się niepodległego Bangladeszu, na terenie Indii nadal zamieszkuje około 200 mln muzułmanów. A ci, podobnie jak mająca długie tradycje Partia Kongresowa, wcale nie są zachwyceni mocno nacjonalistycznym i hinduistycznym kursem premiera.
Rzecznik Globalnego Południa
Ten jednak odnosi widoczne sukcesy i wprowadza dostrzegalne gołym okiem zmiany (sam bywam w Indiach ostatnio dość często, więc wiem). Dlatego mimo nierzadkiej krytyki utrzymuje mocną pozycję polityczną. Nie mam też powodów sądzić, że uzgodnione z jego rządem porozumienia nie zostaną dotrzymane.
Tymczasem chodzi o państwo, którego znaczenie na scenie międzynarodowej stale rośnie. Indie, obok Chin, należą do najważniejszych rynków wschodzących (emerging markets), a od pandemii coraz wyraźniej aspirują do roli lidera (tu konkurentem są właśnie Chiny) wśród państw Globalnego Południa (Global South).
Ta ostatnia kategoria nawiązuje do dawnego ruchu państw niezaangażowanych, w którym Indie – obok Egiptu i byłej Jugosławii – odgrywały pierwsze skrzypce. Dziś w Nowym Delhi umiejętnie się to eksponuje i podkreśla. Na dodatek kraj nadal ma wiele cech państwa rozwijającego się, a transport publiczny i infrastruktura, szczególnie poza dużymi miastami, nie są jeszcze jego mocnymi stronami, delikatnie ujmując. Indie uważają więc, że mają szczególne prawo przemawiać w imieniu tej grupy państw.
W ten sposób Indie zajmują pozycję jednego z liderów i rzeczników Globalnego Południa, a zarazem – co ważne – równoważą w pewnym stopniu silne w nim wpływy Chin. Nie podzielają bowiem wszystkich antyzachodnich stanowisk Pekinu, stawiając na współpracę bynajmniej nie tylko z UE. To także atut i płaszczyzna rozwijania naszej dwustronnej współpracy, nawet jeśli w podejściu do Rosji i Ukrainy, a szczególnie tej pierwszej, dość mocno się różnimy.
Nie ma świata bez Indii
Choć w Warszawie i w naszych elitach nie do końca mamy tego świadomość, Indie stale i zdecydowanie rosną. Rośnie ich ranga i znaczenie. Odgrywający rolę rzecznika tego państwa w świecie anglojęzycznym, niczym Norman Davies dla Polski, William Dalrymple pisze w książce „The Golden Road” („Złota droga”), że w starożytności Indie odgrywały w Azji i regionie „taką samą rolę wzorca, jaką Grecja stanowiła najpierw dla Rzymu, a potem basenu Morza Śródziemnego i całej Europy. Indie w tym samym czasie grały podobną rolę w Azji Południowo-Wschodniej i Centralnej, a nawet w Chinach”.
Toteż sam Narendra Modi wielokrotnie mówił o „renesansie Indii” i ich powrocie do roli głównego rozgrywającego teraz już nie tylko w regionie, ale na całej scenie globalnej. A wtóruje mu równie wyrazisty szef dyplomacji (od 2019 r.), S. Jaishankar, który w swym sztandarowym dziele „The India Way” („Indyjska droga”) nie tylko z pełnym przekonaniem twierdzi, że Indie znalazły się już w nowym Dyrektoriacie nadającym ton współczesności, ale będą też w tym „nowym świecie, pełnym zawirowań” – zgodnie ze swoją tradycją – odgrywały istotną, moderującą rolę. On z kolei zapewnia, że będą „prowadziły politykę mającą gwarantować zwiększanie stabilności i przewidywalności w tym świecie globalnej zawieruchy”.
Natomiast były szef tamtejszego wywiadu, od lat pełniący funkcję znanego publicznie stratega i intelektualisty, Vikram Sood pisze bez ogródek: „W miarę tego, jak Indie stają się coraz mocniejsze gospodarczo i militarnie, niejako automatycznie przestaną być państwem obrotowym, i zamienią się w jedno z kolejnych centrów władzy multipolarnego świata”. Co prowadzi go do jednoznacznej konkluzji: „Indie będą odgrywały znaczącą rolę na arenie globalnej”.
Główne wnioski
- Indie wyrosły na jedną z najważniejszych potęg świata. W polskim interesie leży lepsze poznanie tego kraju i rozwijanie z nim współpracy – gospodarczej, technologicznej i politycznej.
- To najludniejsze państwo świata, którego gospodarka szybko rośnie. Indie łączą modernizację z ambicją prowadzenia niezależnej polityki zagranicznej – jako „swing state”, czyli państwo obrotowe między największymi ośrodkami siły.
- Indie uczestniczą w BRICS+, Szanghajskiej Organizacji Współpracy i G20, utrzymując kontakty z Rosją i Chinami, ale nie przyjmując bez zastrzeżeń antyzachodniej polityki Pekinu. Zbliżenie z UE, w tym wynegocjowana umowa o wolnym handlu, stwarza także szansę dla Polski. Wizyta Tuska może się okazać cenna, jeśli deklaracje zostaną przekute w konkretne projekty.