Kategoria artykułu: Polityka

Demobilizacja polskich wyborców. Jakiej frekwencji przy urnach możemy spodziewać się w 2027 roku?

Deklarowana frekwencja na rok przed wyborami 2027 przypomina tę sprzed czterech lat. W Europie z kolei regularnie padają frekwencyjne rekordy. Czy będzie tak także w Polsce? Ekspert studzi nadmierny optymizm i zwraca uwagę na to, kto raczej zostanie w domu.

W całej Europie padają frekwencyjne rekordy w wyborach. W Polsce również padały rekordy przy urnach wyborczych. Czy w 2027 roku polskie społeczeństwo również tłumnie wybierze się do urn? Na zdjęciu kolejka do jednej z komisji wyborczych w Krakowie w 2023 roku. Fot. PAP/Łukasz Gągulski

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Co sondaże mówią o frekwencji na rok przed wyborami.
  2. Którzy wyborcy koalicji zdaniem eksperta mogą zostać w domu.
  3. Czym jest hiperpolityzacja i dlaczego w Europie frekwencja rośnie.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Rekordowa mobilizacja na Węgrzech, niemal dwukrotny wzrost frekwencji w Saksonii-Anhalt w ciągu kilkunastu lat, a także dawno niewidziane tłumy przy urnach w Szwecji, Francji, czy Bułgarii. Do tego grona zalicza się oczywiście także Polska z rekordową mobilizacją obywatelską w wyborach w 2023 roku.

Historyczny zryw Polaków miał jednak miejsce już trzy lata temu. Od tego czasu, a szczególnie od wyborów prezydenckich, zainteresowanie Polaków wydarzeniami politycznymi opadło. Mowa szczególnie o tej części elektoratu koalicji rządowej, która zadecydowała o zmianie władzy w październiku 2023 roku.

Nie znaczy to jednak, że w 2027 roku frekwencja spadnie wobec tej sprzed trzech lat. Istnieją przesłanki za tym, że wysoka mobilizacja społeczna może utrzymać się na porównywalnie wysokim poziomie. Są jednak także kontrargumenty.

Pierwszą z tych poszlak są paradoksalnie badania opinii publicznej mierzące poziom deklarowanej frekwencji. Paradoksalnie, bo przecież większość ostatnich badań (z wyjątkiem CBOS) nie zbliża się do poziomu frekwencji odnotowanej w 2023 roku. Są jednak pewne jaskółki, szczególnie kiedy przyłoży się ramę interpretacyjną z… 2022 roku.

Cztery lata temu sondaże były podobne do dzisiejszych

Na rok przed poprzednimi wyborami większość badań opinii publicznej nie wskazywała ponad 70-procentowego udziału obywateli w wyborach parlamentarnych. W sondażu IBRiS dla „Rzeczpospolitej” z października 2022 r. 59 proc. badanych zadeklarowało chęć udziału w wyborach. W badaniu firmy Kantar z tego samego okresu odsetek deklarujących wzięcie udziału wynosił 67 proc. Z kolei w sondażach przeprowadzonych przez United Surveys w wyborach chciało wziąć udział 47 proc. badanych.

Wyjątkiem były badania CBOS przeprowadzane przede wszystkim z pomocą wywiadów bezpośrednich. Na początku 2023 roku państwowy ośrodek wskazywał na frekwencję przebijającą poziom 70 proc., co jak się okazało, było trafną prognozą.

Obecne badania CBOS wskazują, że udział w przyszłorocznych wyborach deklaruje 74 proc. badanych. To niemal tyle, ile poszło do urn w 2023 roku. W tym miejscu należy jednak podkreślić, że CBOS zmienił metodologię badawczą, w której dominują badania telefoniczne, a w mniejszym stopniu – internetowe. Może to znaczyć, że CBOS trafia do nieco innej grupy respondentów niż jeszcze trzy lata temu.

Pozostałe sondażownie pokazują niższe wyniki. IBRiS z lipca 2026 r. wskazuje na ponad 60-procentową frekwencję. Z kolei październikowe badanie tej samej sondażowni wskazuje na frekwencję sięgającą 64 proc. Niedawne badanie firmy Opinia24 (dawny Kantar) prognozuje za to frekwencję rzędu 73 proc.

Oznacza to zatem, że obecnie przeprowadzane badania opinii publicznej nie różnią się znacząco od tych przeprowadzanych cztery lata temu. W ocenie socjologa prof. Wojciecha Rafałowskiego z Uniwersytetu Warszawskiego, do obecnie przeprowadzanych badań sondażowych należy jednak podchodzić z pewnym dystansem.

Między deklaracjami a rzeczywistością

– Frekwencja podawana w sondażach co do zasady zawiera element nadraportowania. Rzeczywista frekwencja jest niższa. Oprócz tych, którzy mówią, że pójdą, są ci, którzy nie wiedzą, czy pójdą, oraz ci, którzy zostaną w ostatniej chwili zmobilizowani. Jest za wcześnie, żeby przewidywać poziom frekwencji w tych wyborach – zauważa prof. Wojciech Rafałowski.

Badacz podpowiada, że pewną miarą porównawczą w tym momencie może być właśnie porównanie bieżących sondaży do tych sprzed czterech lat. Zarazem jednak zwraca uwagę na dwa główne czynniki wpływające na frekwencję.

– Pierwszy czynnik ma charakter strukturalny. Wynika z niego, że frekwencja będzie wyższa niż była 20 czy 30 lat temu, ponieważ mamy bardziej wyedukowany obywatelsko elektorat. Coraz większym procentem elektoratu są ci, którzy wychowali się w demokracji i uczą się, że głosowanie ma znaczenie. Edukacja szkolna ma znaczenie. To jest ten efekt demograficzny związany z efektem edukacji – tłumaczy naukowiec z Wydziału Socjologii UW.

Socjolog: nie ma takiej atmosfery jak w 2023 roku

Prof. Wojciech Rafałowski wyróżnia także drugi czynnik.

– Jest to czynnik związany z bieżącą mobilizacją, czyli jaki entuzjazm mogą wywołać politycy i ich programy. I ten był wysoki w 2023 roku. Natomiast w tej chwili, moim zdaniem, on jest niski. To znaczy, nic nie wzbudza entuzjazmu. Przeciwników rządu jest sporo, ale jednocześnie opozycja nie ma porywającego przekazu. To nie jest 2015 rok, gdzie mieliśmy 500 plus, rewolucję godności i mnóstwo energii, czy 2023 rok, kiedy kwestie aborcyjne były na tapecie. Była taka pozytywna atmosfera wokół ekipy Tuska, a tego nie ma w tej chwili. Nie widzimy, żeby miało się rozwinąć coś podobnego. Myślę, że o ile czynniki strukturalne są takie, jakie były, to czynniki bieżące będą raczej ciągnęły frekwencję w dół – mówi profesor.

Polacy coraz chętniej chodzą na wybory…

W pamięci zbiorowej to wybory 2023 roku zapisały się jako rekordowy zryw obywatelski polskiego społeczeństwa. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że wzrost frekwencji wyborczej widoczny był już kilka lat wcześniej. Zaczęło się jeszcze w 2019 roku. Wówczas pobito rekord frekwencji w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Zaledwie kilka miesięcy później w wyborach do Sejmu wzięło udział ponad 60 proc. obywateli. Był to wówczas najwyższy wynik od 1989 roku.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

Wzrost frekwencji w ostatnich latach to nie tylko polskie zjawisko. W wielu państwach Europy obywatelska mobilizacja wzrosła, a w części z nich sięgnęła dawno, a nawet nigdy niewidzianych poziomów.

…tak jak Węgrzy, Niemcy czy Francuzi

Na tym tle szczególnie wyróżniają się tegoroczne wybory na Węgrzech, w Bułgarii czy regionalne elekcje w niemieckim landzie Saksonia-Anhalt. To, co łączy powyższe elekcje to najwyższa stawka notowana w tych regionach od lat. W Budapeszcie oraz Sofii pojawiła się nowa oferta polityczna mająca realne szanse na zmianę władzy, co przełożyło się na wyraźny wzrost frekwencji w obu krajach. Podobnie było zresztą w dawnym wschodnioniemieckim landzie, gdzie po raz pierwszy wygrała tam skrajnie prawicowa Alternatywa dla Niemiec.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

Dużą frekwencję odnotowano także w przyspieszonych wyborach do parlamentów w Paryżu i Berlinie. Podgrzana do czerwoności polityczna temperatura w akompaniamencie realnych problemów społecznych obu europejskich potęg również wywindowała poziom wyborczej mobilizacji do rekordowych poziomów. Zwiększoną mobilizację wyborczą w ostatnich latach odnotowano także w Austrii, Czechach, a w minimalnym stopniu także w Holandii i Szwecji, gdzie zwyczajowo odsetek głosujących należy do najwyższych w UE.

Wyspiarskie wyjątki

Są jednak w europejskim pejzażu wyborczym pewne wyjątki, do których należy np. Wielka Brytania i Irlandia. W obu krajach frekwencja w porównaniu do poprzednich elekcji spadła. Nad Tamizą mniejszą frekwencję wyborczą w 2024 roku interpretowano przez pryzmat przesądzonej wówczas wygranej Laburzystów oraz zniechęcenia do polityki z powodu skandali wokół łamania obostrzeń sanitarnych przez brytyjskich polityków w trakcie pandemii. Irlandia z kolei jest jednym z najstabilniejszych politycznie państw w Europie. W Dublinie od 100 lat każdym rządem kierowały zaledwie dwie formacje, co nieco obniża temperaturę politycznego sporu.

Trend w skali kontynentu jest jednak dość jasny. Tam, gdzie losy wyniku wyborczego ważą się do końca, tam rośnie obywatelska mobilizacja.

Belgijski historyk: polityka jest dziś wszędzie

W świecie politologii w ostatnich latach głośnym echem odbiła się publikacja belgijskiego historyka Antona Jägera, który ukuł pojęcie „hiperpolityzacji” życia społecznego.

W wywiadzie dla Ezry Kleina z „The New York Times” Jäger wskazywał, że mimo słabnącej siły instytucji politycznych rośnie polityczne zaangażowanie społeczeństwa w całym zachodnim świecie. Według historyka polityka weszła do niemal każdego zakątka życia publicznego, czemu w szczególności sprzyjają media społecznościowe skupiające uwagę ich użytkowników na najbardziej polaryzujących kwestiach debaty publicznej.

– Krótkoterminowość staje się faktycznym trybem dużej części działań politycznych. Można być ogromnie zaangażowanym w jedną sprawę przez kilka tygodni, śledzić cykl medialny, a gdy popularność tematu słabnie albo przestaje się wydawać pilny, przechodzi się do następnego – mówił historyk.

Jak zaznacza Jäger, hiperpolityzacja życia publicznego wpłynęła na postrzeganie zwyczajnych spraw życiowych jako elementu codziennego krajobrazu politycznego.

– Jest takie piękne określenie: alfabetyzacja polityczna. To poczucie, że czynniki w naszym życiu, czy to czynsz, stan dróg, czy ceny produktów, częściowo zależą od decyzji politycznych. Hiperpolityzacja do pewnego stopnia przyniosła wzrost takiej alfabetyzacji – tłumaczył w „The New York Times” publicysta.

Wojciech Rafałowski: można spodziewać się demobilizacji kobiet

W kontekście rodzimego podwórka otwarte pozostaje pytanie, w jakim stopniu przeniknięcie polityki do codziennego życia społecznego wpłynie na mobilizację danych grup społecznych. W ocenie profesora zdemobilizowane mogą być kobiety, które trzy lata temu wsparły dzisiejszy obóz rządowy.

– Demobilizacja zawsze największa, moim zdaniem, będzie w przypadku partii rządzących, które nie dowiozły tego, co obiecały. I elektorat jest zniechęcony. Możemy się spodziewać na przykład demobilizacji kobiet, choć niedawno został zrobiony kolejny krok w kierunku liberalizacji ustawy aborcyjnej, ale wiadomo, że to nie zostanie doprowadzone do końca. W tym przypadku byłoby wielkim zaskoczeniem, gdyby Karol Nawrocki nie zawetował tych projektów. Więc tu będzie zawód i oczywiście obwinianie się o ten zawód, dlaczego to się nie udało – mówi socjolog z UW.

Prof. Wojciech Rafałowski podkreśla także rolę młodych wyborców, którzy w 2023 roku po raz pierwszy tak licznie poszli do urn wyborczych.

– Dla części z nich, ale myślę, że niewielkiej grupy, kwestie światopoglądowe są naprawdę istotne. Natomiast wiele z nich po prostu jest zawiedzionych elitami rządzącymi Polską od dwudziestu paru lat. Te osoby idą w kierunku albo Konfederacji, albo Partii Razem. Młodszy elektorat pod kątem ideologicznym myśli raczej w kategoriach antyestablishmentowych, czyli żeby pozbyć się tych, którzy rządzą od lat i nie poprawiają sytuacji młodych ludzi. To nie jest tak, że istnieje tu jakiś bardzo silny ideologiczny profil tej grupy. Ona potrafi swobodnie przechodzić między poparciem dla Razem a poparciem dla Konfederacji. Mówimy oczywiście o różnej skali, bo ugrupowanie mające 15 proc. poparcia to co innego niż ugrupowanie mające 5 proc. – kwituje ekspert.

Główne wnioski

  1. Na rok przed wyborami parlamentarnymi deklarowana frekwencja w sondażach jest zbliżona do tej z jesieni 2022 roku. IBRiS wskazuje dziś od ponad 60 do 64 proc., Opinia24 około 73 proc., a CBOS 74 proc., choć ten ostatni ośrodek zmienił w międzyczasie metodologię badań. Prof. Wojciech Rafałowski z UW przypomina, że sondaże co do zasady zawyżają frekwencję i na prognozy jest jeszcze za wcześnie.
  2. Według eksperta na frekwencję wpływają dwa czynniki. Strukturalny podnosi ją, bo rośnie udział wyborców wychowanych w demokracji i wyedukowanych obywatelsko. Bieżąca mobilizacja jest jego zdaniem niska, a demobilizacja może dotknąć zwłaszcza kobiety oraz młodych wyborców, którzy w 2023 roku wsparli dzisiejszy obóz rządowy.
  3. W wielu krajach Europy frekwencja w ostatnich latach wzrosła, szczególnie tam, gdzie wynik ważył się do końca, jak na Węgrzech, w Bułgarii czy w Saksonii-Anhalt. Spadek odnotowano m.in. w Wielkiej Brytanii i Irlandii. Historyk Anton Jäger tłumaczy rosnące zaangażowanie zjawiskiem „hiperpolityzacji”, w gdzie polityka przenika do codziennego życia, ale zaangażowanie obywateli bywa krótkotrwałe i amplifikowane przez media społecznościowe.