Afryka może stać się gospodarczą potęgą. Co napędza jej rozwój, a co go hamuje?

Najmłodsza populacja świata, ogromne bogactwa naturalne, szybko rosnące miasta i rozwój nowych technologii. Afryka ma potencjał, by stać się jednym z najważniejszych centrów gospodarczych XXI wieku. Ale czy zdoła wykorzystać swoją szansę? Na drodze stoją nierówności, polityczne zależności i geopolityka.

Kontynent to 54 państwa, ponad 1,5 mld mieszkańców i ponad dwa tysiące języków. Różnice między krajami są ogromne zarówno pod względem poziomu życia, jak i modelu rozwoju gospodarczego. Fot. Getty Images

Ten artykuł jest częścią GQ The Business Issue powered by XYZ.

Przeczytaj inne teksty
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

Afryka jest ostatnią nadzieją rynków wielkiego wzrostu głównie z przyczyn demograficznych, ale pozostaje też ostatnim wielkim terytorium eksploatacji surowców niezbędnych do transformacji energetycznej. Cały świat chce mieć platynę, kobalt, lit czy koltan potrzebne do produkcji smartfonów. Niemal 90 proc. tych złóż znajduje się w Afryce. Zdawałoby się, że ma ona w ręku wszystkie atuty gospodarczego wzrostu.

Ale sytuacja nie jest prosta. Apetyt na afrykańskie złoża mają postkolonialne imperia, a także Chiny i Rosja. Jednak ten olbrzymi kontynent, o którym dopiero teraz, po przeskalowaniu map Mercatora, wiemy, jak wielki jest naprawdę, stoi przed wieloma geopolitycznymi wyzwaniami.

Dwadzieścia lat temu Afryka pojawiała się w polskich mediach głównie przy okazji wojen domowych, klęsk głodu czy epidemii. Dziś najczęściej oglądamy fotoreportaże o wielkiej migracji zwierząt, roześmiane selfie zdobywców Kilimandżaro, reklamy wypraw samochodowych na pustynię Namib czy różowe granitowe ostańce na turkusowych wybrzeżach Seszeli. Albo, z drugiej strony, napór migrantów z Sahelu na hiszpańską Ceutę.

Gra o zasoby naturalne

Analizy gospodarcze pojawiają się o wiele rzadziej. Niestety, bo właśnie teraz ważą się losy kontynentu. Afryka ma szansę na gwałtowny wzrost gospodarczy, ale możni tego świata znowu, jak w 1885 roku, chcieliby podzielić między sobą jej bogactwa, wykorzystując albo i podsycając niestabilną sytuację polityczną.

Gra idzie o minerały kluczowe dla rozwoju technologii cyfrowej, transformacji energetycznej czy produkcji zbrojeniowej. Demokratyczna Republika Konga posiada 60 proc. światowych zasobów kobaltu, ogromne złoża miedzi, wysokiej jakości diamenty, złoto, uran, no i koltan. Ta metaliczna ruda – mieszanina kolumbitu i tantalitu – pozwala na pozyskanie tantalu i niobu, które są materiałami niezbędnymi do produkcji smartfonów i komputerów.

Gabon należy do światowych potentatów w produkcji manganu. Nigeria, Libia i Algieria mają ogromne zasoby ropy naftowej, a Maroko fosforytów. Ghana jest znaczącym producentem złota, a Libia ropy naftowej. Z kolei Dżibuti, Somalia, Rwanda czy Wyspy Zielonego Przylądka są ubogie w bogactwa naturalne. W państwach zasobnych w surowce korzyści z ich eksploatacji są kontrolowane przez zagraniczne korporacje – chińskie, kanadyjskie, brytyjskie i południowoafrykańskie. Wyjątkiem jest Botswana, która od czasu odzyskania niepodległości konsekwentnie blokuje obcemu kapitałowi wydobycie własnych złóż. Przynajmniej połowa udziałów musi należeć do państwa.

W rankingu PKB Botswana jest wysoko zaraz za Seszelami i Mauritiusem, które żyją z turystyki, oraz Gabonem, który czerpie olbrzymie zyski ze sprzedaży cennych gatunków drzew Chinom i z eksploatacji złóż manganu. W Gabonie, choć PKB ma wysokie, rozwarstwienie społeczne jest dramatycznie duże. Przez 50 lat zyski płynęły do sejfów rządzącej rodziny Bongo, pozostawiając na marginesie nędzy 90 proc. populacji. Sytuacja poprawiła się po przewrocie w 2023 roku, ale interesy obcych korporacji pozostały nienaruszone.

Młode afrykańskie demokracje muszą się jeszcze wiele nauczyć o bezwzględnej grze o zasoby naturalne, a bezwzględne korporacje dbają o to, żeby przykład Botswany nie stał się obowiązującym wzorcem.

Podczas konferencji berlińskiej w 1885 roku 15 państw Zachodu podzieliło między siebie ten wielki kontynent jak tort. Na obrady nie zaproszono ani jednego z afrykańskich przywódców. Teraz chętnych do stołu jest więcej, bo swojego apetytu nie kryją Chiny, a trzy lata temu, kiedy ostatni francuscy żołnierze opuścili terytorium Mali, ich miejsce natychmiast zajęli najemnicy z rosyjskiej Grupy Wagnera.

Siła w ludziach

Słabością wielu afrykańskich państw jest rozwarstwienie społeczne. Ta wciąż niezabliźniona rana to efekt kolonializmu i apartheidu. Przed inwazją Europejczyków afrykańskie społeczności miały własne, zaawansowane systemy kulturowe i zasady życia społecznego.

Nie zawsze odpowiadały one ideałom rewolucji francuskiej, a niewolnictwo było zmorą Afryki na długo przed tym, nim Portugalczycy otrzymali od papieża Mikołaja V bullę Dum Diversas, która pozwalała im porywać Afrykańczyków w niewolę – Arabowie zawarli z Sudańczykami traktat, który przewidywał dostarczanie niewolników już w 652 roku. Korzystali z niego do początków XX wieku.

Dziś nikt w świecie ekonomii nie ma wątpliwości, że to właśnie ludzie są najważniejszym zasobem Afryki. Półtora miliarda konsumentów oznacza popyt, który potrafi rozpędzić każdą gospodarkę. Na razie jednak mamy przed oczami 30 tys. kongijskich dziesięciolatków wydobywających gołymi rękami kobalt i koltan w bieda-szybach pod lufami kałasznikowów terrorystów z ADF i M23.

Nie ma jednej Afryki

To z powodu postkolonialnego dziedzictwa Afryka jest kontynentem pełnym paradoksów. Obok luksusowych osiedli trwają slumsy, a przy nowoczesnych fabrykach cisną się jedno przy drugim maleńkie poletka uprawiane prymitywnymi narzędziami.

W niektórych krajach telefon komórkowy zastąpił tradycyjną bankowość, zanim jeszcze rozwinęła skrzydła, a w innych problemem pozostaje dostęp do energii elektrycznej i wykluczenie cyfrowe. W Egipcie z internetu korzysta 88 proc. mieszkańców, w Maroku 92, a w Nigrze tylko 23 proc.

Żeby choć odrobinę to zrozumieć, trzeba odrzucić najczęściej rozpowszechniany stereotyp. Mówienie o Afryce jako jednej gospodarce jest takim samym uproszczeniem jak opisywanie Europy jednym zdaniem. Kontynent to 54 państwa, ponad 1,5 mld mieszkańców i ponad dwa tysiące języków. Różnice między krajami są ogromne zarówno pod względem poziomu życia, jak i modelu rozwoju gospodarczego.

Wynikają ze względów kulturowych – religijnych, językowych, stylu życia, a także z historii. Nie zapominajmy, że to w Afryce powstała najsilniejsza, najbogatsza i najtrwalsza cywilizacja starożytności. Dłużej niż egipska istnieją cywilizacje Chin i Indii. Chrześcijańska cywilizacja etiopska ma za sobą dwa tysiące lat ciągłości religijnej, językowej i państwowej. Oparła się zarówno islamowi, jak i kolonializmowi. Mieszkańcy Eswatini, kiedy ich o to zapytać, są dumni z tego, że ich kraj nie został podbity.

Król Mbandzeni podpisał z Brytyjczykami jedynie układ o protektoracie. Nigeryjczycy uważają się za spadkobierców królestwa Edo, starożytnego Beninu, i bezskutecznie domagają się zwrotu z europejskich muzeów bezcennych skarbów z brązu ukradzionych przez Niemców, Anglików czy Szwajcarów. A Kongijczycy jeszcze w 1958 roku, w czasie wystawy światowej Expo byli pokazywani zwiedzającym w ramach ludzkiego zoo.

Ropa i... piasek

Z wielu powodów nie da się postawić znaku równości między obywatelami poszczególnych krajów Afryki. Nawet pomiędzy Hutu a Tutsi w Rwandzie albo muzułmańskimi a koptyjskimi mieszkańcami Kairu. Nie da się postawić w jednym szeregu gospodarek tych państw, które mają ropę, i tych, które mają tylko piasek.

Maroko stało się jednym z największych producentów samochodów w regionie Morza Śródziemnego i ważnym partnerem europejskiego przemysłu. Równolegle produkuje podzespoły dla Boeinga i Airbusa. Zbudowało też Noor Ouarzazate – jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie elektrowni termalnych. I jako pierwsze państwo na kontynencie ma kolej wielkich prędkości. Osiąga cztery procent wzrostu PKB.

Rwanda zbudowała Kigali Innovation City, przyciągając z tej części świata, której nie wyssała Dolina Krzemowa, startupy i inwestorów technologicznych. Udaje się to dzięki stabilnym rządom i radykalnej walce z korupcją. Państwo inwestuje w infrastrukturę i turystykę premium, chroniąc siedliska goryli. Osiąga dziewięć procent wzrostu PKB.

Gospodarka Ghany po załamaniu z lat 2022-2023 przeżywa spektakularny wzrost na poziomie czterech i pół procenta. Pomógł w tym wzrost cen złota na światowych giełdach i mądre inwestycje w produkcję kakao. Opłaciły się też długoletnie poszukiwania ropy – pole Jubilee pozwala krajowi na dywersyfikację dochodów.

Bogactwo? Kilka plaż i coco de mer

Mauritius zbudował nowoczesną gospodarkę opartą na usługach finansowych i turystyce, a Seszele na 50-lecie niepodległości mogą się pochwalić trwałą, odporną już na wstrząsy demokracją i zlikwidowaniem największego przekleństwa Afryki – nierówności społecznych. To dowód na to, że jeśli pozwoli się ludziom, by sami poukładali swoje sprawy, i zainwestuje w edukację, która da im do tego narzędzia, potrafią zbudować dobrze prosperującą gospodarkę, nawet jeśli za całe dobro inwentarza mają palmę coco de mer i kilka plaż uważanych za najpiękniejsze na świecie.

Jednak z drugiej strony Demokratyczna Republika Konga, kraj posiadający jedne z najbardziej poszukiwanych bogactw mineralnych świata, nie może zbudować administracji państwowej, potrafiącej skutecznie zmierzyć się z terrorystami, najemnikami i korporacjami o chińskich korzeniach, którym teraz kawałek tortu próbuje odciąć Ameryka.

Skalę tej różnorodności trudno sobie wyobrazić, patrząc na standardową mapę świata, która ze względu na sposób odwzorowania kuli ziemskiej na płaskiej powierzchni znacząco pomniejsza kontynenty leżące blisko równika. W rzeczywistości na powierzchni Afryki zmieściłyby się razem Stany Zjednoczone, Chiny, Indie i Europa Zachodnia, i wciąż zostałoby trochę miejsca. Podróż z Kairu do Kapsztadu to dystans większy niż z Lizbony do Nowego Jorku. Ta fizyczna skala tłumaczy, dlaczego szukanie jednej afrykańskiej gospodarki jest skazane na porażkę. To tak, jakby szukać jednej strategii biznesowej dla Portugalii, Polski, Kazachstanu i Japonii.

Rosnący wpływ Rosji

W 2025 roku aż 17 oficjalnych delegacji afrykańskich państw było podejmowanych na Kremlu. Rosja od chwili napaści na Ukrainę prowadzi na terenie Afryki bardzo aktywną politykę. W tym czasie Unia Europejska przygotowała jeden wspólny, dwudniowy szczyt w Luandzie, gdzie Ursula von Der Leyen promowała swój projekt Global Gateway, dotyczący zielonej transformacji i pozyskiwania czystych surowców.

Donald Trump zorganizował szczyt w Białym Domu, zapraszając prezydentów Gabonu, Gwinei Bissau, Liberii, Mauretanii i Senegalu. Promował wyłącznie amerykańskie inwestycje prywatne. Kilka innych afrykańskich państw w tym samym czasie objęto całkowitym zakazem wydawania wiz.

Czy można się dziwić, że w ONZ państwa Afryki głosują tak jak Rosja i Chiny? Zachód świadomy szansy, jaką dla Afryki jest rozwój gospodarczy i globalna rywalizacja o surowce, przesypia niestety sprawę na płaszczyźnie politycznej.

W marcu 2026 roku ONZ przyjęło przygotowaną przez Ghanę rezolucję potępiającą kolonializm i handel ludźmi, uznającą niewolnictwo za „największą zbrodnię przeciwko ludzkości”. Za głosowały wszystkie państwa Afryki, Rosja i Chiny. Stany Zjednoczone były przeciw. 27 państw Unii Europejskiej się wstrzymało. Z Europy za była tylko Serbia, ale Serbia głosuje zawsze tak jak Rosja. Taka polityka Unii Europejskiej nie sprawi, że Afryka z otwartymi ramionami przyjmie wspólne projekty gospodarcze.

Najmłodsze społeczeństwo świata

Największym kapitałem Afryki są ludzie. Średni wiek jej mieszkańca wynosi około 19 lat, podczas gdy w Europie przekracza 44 lata. Oznacza to, że Afryka ma najmłodsze społeczeństwo świata. Do połowy XXI wieku liczba jej mieszkańców przekroczy 2,5 mld. Dziś w Nigerii żyje więcej ludzi niż w Rosji, a każdego roku przybywa tam około pięciu milionów osób. To tyle, ile wynosi populacja Norwegii. Najlepiej widać to w miastach. Kair, Lagos i Kinszasa są metropoliami liczącymi ponad 10 mln mieszkańców. Według ONZ wkrótce dołączą do nich Luanda, Dar es-Salaam i Johannesburg, a w kolejnych dekadach także Nairobi, Abidżan, Addis Abeba czy Dakar.

Sam Lagos, dziś z blisko 17 mln mieszkańców, może do połowy wieku podwoić populację, a niektóre prognozy mówią, że stanie się największy na świecie. Takie miasta to nie tylko wyzwanie infrastrukturalne, to ogromna szansa. Koncentracja tylu ludzi w jednym miejscu oznacza gęste rynki zbytu, niższe koszty dystrybucji oraz naturalne centra przemysłu i usług, które przyciągają inwestorów z całego świata. Pod warunkiem, że tak jak w Rwandzie nie będą musieli bać się korupcji.

Ogromny rynek to też konieczność tworzenia milionów miejsc pracy. Jeśli nie powstaną, codziennością Ceuty będą tysiące ludzi płynących przez morze do jej plaż.

Krajobraz Afryki może zmienić edukacja. Przykładem są Seszele. Tylko edukacja albo wygrana na loterii potrafią sprawić, że człowiek przebija szklany sufit rozwarstwienia społecznego i może osiągnąć awans, nie emigrując za chlebem. Dowodem są szeroko podejmowane, także przez Polaków, działania charytatywne.

Ale ubogim państwom Afryki są potrzebne działania systemowe. Inaczej dzieci wciąż będą wydłubywać z błota koltan w jakimś biedaszybie. Od edukacji i budowy rynku pracy będzie zależeć przyszłość wielu afrykańskich państw. A że gospodarka to system naczyń połączonych – będą zależeć losy świata.