Zmarli nie odchodzą na zawsze. Niezwykłe zwyczaje z Tajlandii, Indonezji, Filipin i Wybrzeża Kości Słoniowej
W Tajlandii dusza czeka na kolejny etap wędrówki, na Bali ciało spoczywa pod figowcem, a w indonezyjskiej Tana Toraja godny pogrzeb może kosztować równowartość nowej toyoty. Wśród Senufo żywi nadal karmią zmarłych, a na Filipinach cmentarz zamienia się w miejsce rodzinnego pikniku.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Jak w Tajlandii żegna się duszę zmarłego podczas ceremonii odprawianej sto dni po śmierci.
- Dlaczego w Tana Toraja rodziny potrafią oszczędzać na pogrzeb przez piętnaście lat.
- Dlaczego Senufo karmią zmarłych wodą i ryżem, a na Bali Aga ciała pozostawia się pod figowcami.
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Moja szwagierka Nati odeszła w czasie pandemii. Zmarła na raka po ponad dwuletniej walce z chorobą. Przygotowania do jej pogrzebu, czyli uroczystej kremacji, trwały trzy dni. Był to czas potrzebny, by członkowie rodziny i przyjaciele mogli przyjechać z Bangkoku do naszej wioski na północy Tajlandii.
Ciało Nati spoczęło w brązowej trumnie, otoczonej bogatą iluminacją, w salonie dużego tekowego domu, który jej ojciec wybudował dwadzieścia lat wcześniej. Salon wraz z przylegającym tarasem mógł pomieścić około pięćdziesięciu osób. Już od pierwszego wieczoru mnisi w pomarańczowych szatach recytowali buddyjskie modlitwy, siedząc na krzesłach ustawionych blisko trumny.
W krótkim czasie trzeba było przygotować posiłki dla przybywających gości, a także kupić nowe sprzęty domowe, przeznaczone do rytuału pożegnania zmarłej. Sąsiedni pokój szybko wypełnił się sprzętem AGD, talerzami, sztućcami i kuchenką gazową. Przedmioty te odgrywały ważną rolę w ceremonii, zakorzenionej w tradycji północnej Tajlandii, na obszarze dawnego królestwa Lanna, którego wpływy sięgały daleko poza Luang Prabang. Po kremacji wszystkie te nowe rzeczy zostały podzielone między członków rodziny.
Sto dni dla duszy
Uważny podróżnik przemierzający Tajlandię może zauważyć przy wyjeździe z miasteczka czy wioski biały budynek krematorium z kominem. W całym kraju jest ich około 25 tysięcy. Niektóre znajdują się przy świątyniach buddyjskich, inne stoją z dala od ostatnich domów mieszkalnych. Nazajutrz po kremacji mąż Nati, w asyście mnichów, wybrał z ostygłego pieca fragmenty kości i starannie ułożył je w ozdobnym pudełku. Przez kolejnych sto dni miało ono pozostawać na terenie świątyni.

Ceremonia zwana „Stu dniami” stanowi ostatni akt pożegnania ze zmarłą. Odbywa się zazwyczaj sto dni po śmierci, choć rodzina może wyznaczyć późniejszy termin. W czerwcu pora deszczowa przynosi niemal codziennie mniejsze lub większe chmury, ciągnące się po horyzont. Tego dnia zachmurzenie i wiatr miały szczególne znaczenie na placu buddyjskiej świątyni.
Mnisi dodali saletrę potasową do pudełka zawierającego kości mojej szwagierki. Wszyscy z uwagą obserwowaliśmy dym unoszący się z paleniska. Był biały i wznosił się prosto ku niebu. Odczytaliśmy to jako znak, że dusza Nati jest czysta i gotowa do kolejnej reinkarnacji.
Od tamtej pory matka Nati składa w świątyni ofiary z jedzenia podczas każdego Buddha Day, przypadającego w noc pełni księżyca. Są to dary przeznaczone dla duszy zmarłej.
Trunyan. Zmarli pod figowcem
Siedziałem w łodzi na środku jeziora Batur. Mój wioślarz, sternik i przewodnik w jednej osobie był niezwykle gadatliwy. Nie miałem wyboru — musiałem wysłuchiwać potoku opowieści młodego Balijczyka o sympatycznej twarzy i szerokim, zawadiackim uśmiechu.
Łódź była niewielka, mogła pomieścić najwyżej sześciu pasażerów. Siedziałem na prostej, pomalowanej na niebiesko desce bez oparcia. Nie miałem nad głową baldachimu, ale tego grudniowego dnia szczelna warstwa chmur chroniła nas przed palącym słońcem. Powoli zbliżaliśmy się do brzegu ukrytego za stromym klifem. Z odległości dwustu metrów wioska Trunyan była niemal niewidoczna, skryta w gęstej, zielonej dżungli. To jedno z najbardziej tajemniczych osiedli na wyspie, zamieszkane nieprzerwanie od ponad tysiąca lat. Trudno było ocenić jego rozmiar. Wciśnięte między pionowe urwiska góry Abang a spokojne wody jeziora, wydawało się niemal nierzeczywiste.
Trunyan słynie z niezwykłych obrzędów pogrzebowych, których korzenie sięgają czasów sprzed przybycia hinduizmu. Podczas gdy w innych częściach Archipelagu Indonezyjskiego przetrwały dawne tradycje związane z pochówkiem, między innymi barwne ceremonie pogrzebowe na Sulawesi i w zachodniej części wyspy Sumba, tutaj zmarłych pozostawia się na ziemi. Odziani w najlepsze stroje, spoczywają pod rozłożystymi figowcami banjan. Wokół nich wbija się w ziemię bambusowe paliki, tworząc rodzaj klatki. Liście spadające z drzew stopniowo przykrywają ciała.

Miejsce na odrzucone powłoki
Szczątki pozostają tam miesiącami, czasem latami. Gdy rozkład dobiega końca, starszyzna wioski usuwa pozostałości ciał, pozostawiając szkielety. Czaszki układa się na kamiennych murkach przypominających schody, gdzie spoczywają przez kolejne dziesięciolecia, a może nawet stulecia. Piszczele i inne kości zbiera się w niewielkie kopczyki, w mniej eksponowanych miejscach. Wszystko pokrywa zielony mech, któremu sprzyjają tropikalna wilgotność i częste deszcze. Miejsce to przywodzi na myśl cmentarze w głębi Borneo, gdzie Dajakowie przechowują kości zmarłych, by podczas rytualnych świąt wyjmować je, myć i oddawać cześć przodkom.

Przechadzam się między nietypowymi grobami, które bardziej przypominają klatki dla drobiu niż miejsca spoczynku. Nie ma tu makabrycznych widoków ani odoru rozkładających się ciał. Zwłoki przykrywają liście, a butwiejące ubrania skrywają to, co pozostało z nieboszczyków. Czasem spod leśnej ściółki wystaje kość albo fragment sukni czy koszuli. Całość bardziej przypomina wysypisko śmieci niż cmentarz. Dla społeczności Bali Aga ciało jest jedynie odrzuconą powłoką, dusza dawno odeszła w zaświaty lub wcieliła się w nowe życie.
Dwanaście bawołów za godne pożegnanie
– Co to będzie za pogrzeb! Zbierali pieniądze przez piętnaście lat. Posągi tau-tau są drogie, a ceny bawołów wodnych eksplodowały – Nico, mój indonezyjski przewodnik, od ponad tygodnia zapewniał mnie, że czeka nas wyjątkowa ceremonia pożegnania zmarłego.

Zaczął się drugi tydzień mojej wędrówki po Tana Toraja i zdążyłem już poznać lokalną ekonomię, która, w przeciwieństwie do gospodarek rozwiniętych, nie zależała od inwestycji, edukacji czy przemysłu budowlanego. W górzystej części wyspy Sulawesi, zwanej w czasach kolonialnych Celebesem, cała aktywność gospodarcza kręciła się wokół zmarłych.
Zamożne rodziny zamawiały drewniane posągi tau-tau, symbolizujące zmarłych. Ustawiano je przy skalnych wnękach, w których pieczołowicie przechowywano ciała. Nie były to arcydzieła wychodzące spod dłuta miejscowego Michała Anioła, ale przez dziesięciolecia kolekcjonerzy z Zachodu płacili tysiące dolarów za stare rzeźby, kradzione nocą z nekropolii Torajów. Aby postawić zmarłemu posąg tau-tau przy trumnie, podczas ceremonii pogrzebowej trzeba zabić dwanaście bawołów wodnych. I tu zaczyna się prawdziwa arytmetyka: koszt takiego stada odpowiada cenie nowej, dużej toyoty.
Objechaliśmy kilkanaście wiosek, gdzie najlepsze drogi miały zaledwie trzy metry szerokości, a na każdym kolejnym kilometrze trafialiśmy na następne wyboje. Rozwijaliśmy zawrotną prędkość trzydziestu kilometrów na godzinę i dzięki temu nie urwaliśmy żadnego koła w samochodzie. Cała kasa szła na pogrzeby. Kto miałby inwestować w infrastrukturę drogową, skoro kolejka zmarłych rosła wraz z liczbą seniorów?
Zbiórka na pogrzeb
W jednej z wiosek podziwiałem wielką trumnę w kształcie tulei, co miesiąc przykrywaną nowym czerwonym suknem. Od ponad dwóch lat spoczywały w niej ciała ojca i syna. Rodzina odkładała pieniądze na pogrzeb, ciężko na nie pracując.
Wielki skalny klif w Londa pojawiał się już w niejednym filmie dokumentalnym. To czynna nekropolia, na której zmarłych grzebie się od stuleci. Lita ściana skalna ma wysokość sześciopiętrowej kamienicy. Z jej wnęk pozdrawiają żywych drewniane posągi tau-tau, z ramionami wyciągniętymi przed siebie. U podnóża skały, częściowo ukryte w bujnej tropikalnej roślinności, leżą butwiejące trumny, a w nich stare, zzieleniałe od mchu ludzkie szkielety.

Nico miał rację. Ceremonia pogrzebowa była imponująca. Rodzina zmarłego prezentowała się okazale, a jej członkowie, ubrani w bogato haftowane stroje, witali licznych gości. Zasiadłem z przyjaciółmi i Nico w loży numer 17, skąd mieliśmy doskonały widok na tańce żegnające duszę zmarłego i rytualny ubój zwierząt.

Po zabiciu trzeciego bawoła ziemia przybrała czerwoną barwę. Potem przyszła kolej na świnie, mniejsze, a więc mniej prestiżowe zwierzęta, przynoszone na bambusowych żerdziach. Lektykę ze świnią stawiano na ziemi, a rzeźnik uśmiercał zwierzę metalowym szpikulcem, wbijanym prosto w serce. Rodzina odprowadzała krewnego w zaświaty w towarzystwie wielu zwierzęcych dusz.
– Godne pożegnanie – ocenił Nico z pełną satysfakcją, oblizując palce zatłuszczone od zjadanej wieprzowiny.
Pakt żywych ze zmarłymi
Mieszkałem w wiosce Senufo przez długie tygodnie, mając okazję obserwować pogrzeb „na sucho”, czyli ceremonię odnawiającą pakt żywych z duszą zmarłego. Nieboszczyk był ważną figurą tajnego stowarzyszenia Poro. Choć opuścił padół ziemski kilka lat wcześniej, Zie Soro, szef wioski, wyznaczył datę uroczystości z tańcami masek. Była to ceremonia upamiętniająca zasługi zmarłego dla lokalnej społeczności Niofouin, wioski słynącej na całym Wybrzeżu Kości Słoniowej ze starych glinianych domów znachorów i grobowców ważnych wodzów.
Czterech muzykantów tworzących orkiestrę ksylofonów maszerowało wokół głównego placu Niofouin, zanim pojawiła się pierwsza maska. Był to tancerz w stroju z rafii, z bawełnianą maską noszoną jak kaptur. Pełen witalnej energii wirował jak bączek w stronę starszyzny plemiennej, eskortowany przez dwóch „sędziów”. Gdy zbliżył się na wyciągnięcie ramion do siedzącego Zie Soro, przykucnął. Dwaj arbitrzy osłonili go od tyłu czerwoną tkaniną, a stary szef zaczął szeptać do ucha zamaskowanego tancerza tajemne formułki. Tancerz pełnił rolę medium. Komunikacja ze zmarłym odbyła się bez zakłóceń. Obserwowałem twarz Zie Soro, ale nie dostrzegłem na niej żadnej oznaki niepokoju. Na koniec szef wioski sięgnął do kieszeni luźnej bluzy i wyjął garść muszelek kauri, które wręczył zamaskowanej postaci. Tancerz wstał i znów zaczął wirować wokół własnej osi, przesuwając się w stronę drugiego ważnego seniora siedzącego opodal. Publiczność szczelnie otaczająca plac jęknęła głośno z zachwytu.
Brat karmi brata
Marzec dobiegał końca, kiedy wioską wstrząsnęła wiadomość o śmierci młodszego brata Zie Soro. Mieszkał on w Korhogo, oddalonym o sześćdziesiąt kilometrów od Niofouin, i w młodym wieku przeszedł na islam. Nie przysługiwał mu pogrzeb z honorami i tańcami masek, zarezerwowany dla członków stowarzyszenia Poro. Ustalono jednak, że jego ciało spocznie w ziemi przodków.
Już następnego dnia rano przyjechała kawalkada kilkudziesięciu samochodów z uczestnikami pogrzebu. Zwłoki owinięte w bawełniany całun wyniesiono z busa i złożono na macie pod rozłożystym mangowcem. Zie Soro występował w roli gospodarza, witając wszystkich uściskiem dłoni i roniąc przy tym wiele łez. Na placu przeznaczonym na tańce i muzykę zgromadził się olbrzymi tłum. Rozpoczęły się przemowy znamienitszych gości z Korhogo. Wychwalano zalety zmarłego i składano kondolencje rodzinie. Przemówienia trwały ponad godzinę, po czym starszyzna i najważniejsi goście ruszyli z ciałem za linię ostatnich chat. Czekał tam już wykopany dół, do którego złożono zwłoki. Bez dalszych ceremonii zasypano grób, pozostawiając wąski otwór łączący go z powierzchnią ziemi.
Nie wiem, jak długo rodzina zmarłego wlewała tam wodę i wrzucała ziarna ryżu. Sam jednak, podczas dalszego pobytu wśród Senufo, towarzyszyłem Zie Soro, gdy karmił w ten sposób swojego zmarłego brata.
Filipiny: piknik na grobie
Na Filipinach Wszystkich Świętych i Zaduszki zlewają się w jedno święto o nazwie Undas. Miliony katolików ruszają wtedy na cmentarze. Groby są czyszczone i malowane, zapala się świece i składa kwiaty. Różnica tkwi w atmosferze. Rodziny rozbijają przy grobach namioty, przywożą jedzenie, urządzają całodzienne pikniki, a niektóre spędzają tam całą noc. Cmentarz staje się salonem, a święto jest rodzinnym zjazdem, na który przyjeżdżają także ci, którzy nie widzieli się od zeszłego roku.
Jeden z filipińskich duchownych ujął to tak: w pojęciu Filipińczyków nie ma wyraźnej granicy między dniem świętych a dniem zmarłych, bo wszyscy oni żyją i są z Bogiem. To zdanie dobrze oddaje różnicę między naszą a ich wrażliwością. My wspominamy tych, których nie ma. Oni spotykają się z tymi, którzy są po drugiej stronie, tyle że w innej formie.
Tradycję tę przywiozły z Europy hiszpańskie okręty. Dlatego Filipiny dzielą ją z Meksykiem, gdzie przed bramami cmentarzy sprzedaje się kwiaty. Pod katolicką warstwą wciąż jednak tli się coś starszego. W górskiej miejscowości Sagada, na północy Luzonu, lud Kankanaey praktykuje pinag-aapoy, czyli „rozpalanie ognia”. Według miejscowych zwyczaj ten istniał jeszcze przed przybyciem katolicyzmu, a później połączył się z obchodami Wszystkich Świętych.
W środkowym Luzonie przetrwało z kolei pangangaluluwa – „souling”, czyli śpiew dla dusz zmarłych. Brzmi znajomo. Nasze Dziady, które uczyniły z Adama Mickiewicza poetę narodowego, były pierwotnie wiejską ucztą z duchami, zanim zaczęły przenikać się z kalendarzem kościelnym. A same Zaduszki, ustanowione w X wieku w opactwie Cluny, miały przecież sprawić, by Kościół wziął pod opiekę coś, co ludzie robili od zawsze.
Główne wnioski
- Śmierć nie wszędzie oznacza definitywne rozstanie. W wielu kulturach więź ze zmarłymi trwa długo po pogrzebie.
- Pogrzeb to nie tylko pożegnanie, lecz także ważne wydarzenie społeczne, które określa pozycję rodziny i jej relacje ze wspólnotą.
- Nie istnieje jeden uniwersalny sposób pamiętania o zmarłych. To, co dla jednych jest powodem do ciszy i zadumy, dla innych staje się okazją do wspólnego świętowania.