Kategorie artykułu: Polityka Świat

Amerykanie głosują w wyborach połówkowych. Czy demokraci przejmą Kongres?

Wybory połówkowe będą referendum ws. rządów Donalda Trumpa. W obliczu niskich notowań amerykańskiego prezydenta faworytami są demokraci. Eksperci tłumaczą, dlaczego do tego doszło i co może oznaczać dla amerykańskiej polityki nadejście „niebieskiej fali”.

We wtorek odbędą się wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych. Wg sondaży faworytami w Izbie Reprezentantów są demokraci. Niewykluczone, że zwyciężą także w Senacie. Zmiana w Kongresie może wywrzeć znaczący wpływ na drugą część kadencji Donalda Trumpa. Fot. Cristobal Herrera-Ulashkevich/PAP/EPA.

Z tego artykułu dowiesz się…

  1. Dlaczego tegoroczne wybory połówkowe stały się referendum nad prezydenturą Donalda Trumpa.
  2. Które stany mogą przesądzić o większości w Senacie.
  3. Jakie narzędzia nacisku na prezydenta zyskają demokraci, jeśli przejmą Kongres.
Loading the Elevenlabs Text to Speech AudioNative Player...

Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.

We wtorek Amerykanie wezmą udział w tradycyjnych wyborach połówkowych (tzw. midtermach). Obywatele wybiorą władze stanowe, ale przede wszystkim zdecydują o zmianach w Kongresie. Wybrani zostaną nowi członkowie Izby Reprezentantów, a także 35 członków Senatu (na 100 miejsc).

Na finiszu kampanii sondażownie (nawet te tradycyjnie sprzyjające republikanom) prognozują wygraną demokratów w skali całego kraju. Nie jest pewna skala przewagi demokratów, ale co istotniejsze: wciąż nie jest pewne, kto zwycięży w Senacie. O ile przejęcie większości przez demokratów w Izbie Reprezentantów wydaje się niemal pewne, o tyle walka o większość w Senacie będzie ważyć się do samego końca.

Przyczyną tej niepewności jest oczywiście konstrukcja amerykańskiego systemu wyborczego, który znacząco różni się od tych znanych w Europie. Podobnie jak w przypadku amerykańskich wyborów prezydenckich kluczowe znaczenie mają wyniki na poziomie stanowym.

Przypomnijmy – każdy stan ma dwóch senatorów. Do obsadzenia jest łącznie 35 mandatów. W zwykłym cyklu 33 mandaty oraz dwa w wyborach uzupełniających w Ohio i na Florydzie zwolnione kolejno przez J.D. Vance’a i Marco Rubio.

W większości stanów wyścig był rozstrzygnięty jeszcze zanim ruszyła kampania wyborcza. To nic nowego – bastiony republikanów jak Karolina Południowa czy demokratów jak Kalifornia od lat w zdecydowanej większości głosują na dominującą tam partię. Z powyższych względów spin doktorzy obu partii swoje strategiczne zasoby od lat przeznaczają na walkę w stanach, w których wynik jest niepewny.

Teksas i Kansas odbiją demokraci?

W tym roku niepewnych stanów jest przynajmniej kilka. Tam walka będzie trwała do samego końca. Co ważne, w tym roku takich stanów jest więcej niż zwykle. Dołączył do nich nawet tradycyjnie republikański Teksas.

Demokraci nie są bez szans, aby wygrać senatorskie miejsce właśnie w Teksasie, a także w innych stanach jak np. Kansas czy wschodni stan Maine.

W ocenie eksperta od amerykańskiej sceny politycznej Rafała Michalskiego warto w wyborczą noc przyglądać się właśnie tym i kilku innym stanom.

– Uważam, że najciekawszym stanem do obserwowania pozycji Partii Republikańskiej jest Kansas. To stan, który nie jest taką czerwoną twierdzą, jak opisuje wiele mediów ogólnokrajowych. Kansas ma bardzo długą historię ruchów wolnościowych albo solidarnościowych. Przypomnijmy, że to w Kansas była w pewnym momencie najsilniejsza partia socjalistyczna w kraju. Kansas ma silny aspekt rolny, ale ma też bardzo silną tradycję wolnościową – zauważa Rafał Michalski.

Ekspert także dodaje, że przejęcie mandatu w Kansas przez demokratów będzie świadczyło o szerszej kondycji obozu republikańskiego.

– Jeżeli wyborca klasy średniej, biały, uzna, że polityka handlowa, gospodarcza i zagraniczna Donalda Trumpa uderza w jego wolność osobistą i zagłosuje na demokratów, będzie to symbol rozbicia głównego etosu republikańskiego, budowanego od lat 80., od czasów Ronalda Reagana. Uważam, że Kansas będzie ważne, bo pokazuje, jak silna jest jeszcze klasyczna, liberalna baza republikańska z lat 80. – mówi Rafał Michalski.

Test dla progresywnego skrzydła demokratów

Innym papierkiem lakmusowym nadchodzących wyborów jest polityczna niepewność w Michigan. Graniczący z Kanadą stan, który był główną ofiarą upadku amerykańskiego przemysłu motoryzacyjnego, skupia na sobie spojrzenia wielu obserwatorów midtermów. A to za sprawą Abdula El-Sayeda – kandydata demokratów ze skrzydła progresywnego. Warto dodać, że skrzydło progresywne nie jest tożsame ze skrzydłem demokratycznych socjalistów, ale wciąż pozycjonujące się na lewo od mainstreamu demokratów.

– Odkąd rozmawiałem z ankieterami, wolontariuszami i członkami obu partii, od okolic 2014 roku, zawsze był mit, że w Michigan nie może wygrać kandydat mniejszościowy, że silna, związkowa, robotnicza tradycja uniemożliwiłaby zwycięstwo kandydatowi odwołującemu się do haseł nowo lewicowych.  Abdul El-Sayed, który jest wierzącym muzułmaninem, kandydatem demokratów. Jest to pewien test. Ten wyścig jest ważny nie tylko na mapie wyborczej, ale też dla lewicy, bo lewica chce pokazać establishmentowi i mediom, że dla współczesnego amerykańskiego wyborcy nie jest istotne, czy kandydat jest protestantem, czy jest biały, czy ma korzenie imigranckie, czy jest kobietą, czy mężczyzną, liczy się program – analizuje Rafał Michalski.

Podkreśla również, że dla progresywnego skrzydła demokratów to ważny wyścig.

– Jeżeli młody muzułmanin wygrywa w Michigan, to znaczy, że nie ma dzisiaj granic i musimy patrzeć przede wszystkim na to, co dany kandydat mówi, a nie kim jest i jak wygląda – podkreśla ekspert.

Liczenie szabel przed 2028 rokiem

Możliwy triumf demokratów w obu izbach będzie oczywistą czerwoną kartką dla polityki administracji Donalda Trumpa. Jednak jak zwraca uwagę Rafał Michalski, stawką jest nie tylko zbiorcza ocena rządów Trumpa, ale także sprawdzenie sił wewnątrzpartyjnych przed kampanią prezydencką w 2028 roku.

– Wśród republikanów mamy trzy frakcje: z jednej strony mamy bardzo silną część konserwatywno-libertariańską. Jest skupiona w ramach klubu Freedom Caucus. Z drugiej strony mamy umiarkowanych republikanów, tych, którzy są w polityce od początku XXI wieku. Niektórzy swoją agendą bardziej przypominają nam republikanów z czasów George’a W. Busha niż obecnych. Mamy na samym końcu tych republikanów tzw. głównonurtowych, którzy generalnie, zauważając poparcie Donalda Trumpa, poparli go po roku 2016, ale dzisiaj to od nich zależy, co się z Partią Republikańską stanie i jak zareaguje na wydarzenia w wyborach – analizuje Rafał Michalski.

Podobna kalkulacja czeka także demokratów.

– Demokraci oczywiście mają to swoje wielkie rozbicie na liberałów i na ruch progresywny, który ma też swoją odnogę lewicowo-socjalistyczną. Mamy więc te trzy grupy i to będzie ten sam proces. Te frakcje także spotkają się po wyborach i także będzie dyskusja, komu najlepiej udało się zmobilizować elektorat i jaka powinna być ich ścieżka na rok 2028 – mówi ekspert.

Budżet bronią demokratów przeciwko Trumpowi

Rozliczenia i nadanie kierunku w 2028 roku to główny skutek nadchodzących wyborów o charakterze długoterminowym. W krótkim terminie najmocniej liczyć się będzie oczywiście większość w obu izbach Kongresu. Jak już wspomnieliśmy, w Izbie Reprezentantów murowanymi faworytami są demokraci. Do Senatu wyścig będzie bardziej wyrównany z lekkim wskazaniem na demokratów.

– Demokraci bardzo otwarcie mówią o tym, że jeżeli odzyskają Izbę, będą wzywać kolejnych urzędników, biznesmenów, osoby powiązane z Donaldem Trumpem na publiczne przesłuchania. Za tym idzie kolejna rzecz, czyli najpotężniejsza siła całego Kongresu, jaką jest siła budżetowa – kontynuuje analityk.

Rafał Michalski podkreśla, że Kongres nie może być zmuszony do przyjęcia żadnego prawa. Poza jednym – prawem budżetowym. W przeciwnym razie dochodzi do zamknięcia rządu, co już w przeszłości się zdarzało.

– Mając samą Izbę Reprezentantów, demokraci będą mieli siłę stawiania warunków, co chcą w tym budżecie zawrzeć. Demokraci mogą uznać, że chcą w ramach ustawy budżetowej na przykład zakazać umów międzynarodowych z Rosją, jeżeli chodzi o import energii. Donald Trump musi respektować takie postanowienia. Wtedy Donald Trump albo tę ustawę podpisze i musi ją respektować, albo nie podpisze i dojdzie do zamknięcia rządu, jeżeli to będzie w ustawie budżetowej. To jest mechanizm, który demokraci wykorzystywali już w przeszłości przeciwko Donaldowi Trumpowi, dlatego że ustawa budżetowa jest bardzo szeroka – wyjaśnia ekspert.

Nie są zatem do końca prawdziwe głosy, które dezawuują znaczenie ewentualnego odbicia Kongresu przez demokratów. Trump w razie zmian w Kongresie najpewniej będzie jeszcze chętniej używał rozporządzeń wykonawczych, ale nawet w kwestii polityki zagranicznej demokraci będą mieli narzędzia nacisku na prezydenta.

Teatr jednego aktora

Postać Donalda Trumpa była figurą centralną mijającej kampanii. Oczywiście nie ma zaskoczenia w tym, że demokraci lwią część swojej kampanii poświęcili Trumpowi obarczając go odpowiedzialnością za wysokie ceny paliw jako następstwo wojny w Iranie, wywołanej przez amerykańskiego prezydenta.

Co jednak ciekawsze, także w kampanii republikanów Trump był jej centralną postacią.

– Wiadomo, że po dwóch latach rządzenia prezydent jest troszeczkę już zmęczony, więc może niekoniecznie przynieść swojej partii głosy tak, jakby tego chciał. A w tym wypadku mamy do czynienia z prezydentem, który wielokrotnie powtarza: „traktujcie tę kampanię, jakbyście to na mnie mieli głosować”. Czyli nadal rozgrywa to bardziej w kategorii referendum odnośnie do swojej prezydentury niż w kategorii tej klasycznej, połówkowej kampanii wyborczej. I to był bardzo mocno widoczny element – mówi dr Jan Misiuna z Katedry Studiów Politycznych Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie.

Sklejenie się Trumpa z republikanami może szybko okazać się niedźwiedzią przysługą dla partii. Trump, którego w badaniach opinii publicznej popiera zaledwie co trzeci Amerykanin, był centralną postacią kampanii demokratów. Kampania skierowana przeciwko prezydentowi opierała się na trzech filarach.

– Przede wszystkim kwestia związana z kosztami utrzymania, wynikająca przede wszystkim z cen energii i paliw, które łatwo było przypisać do Donalda Trumpa i jego polityki wobec Iranu. To było jednym z takich elementów, w których można było bardzo łatwo ugrać punkty i demokraci starali się to robić. Drugim elementem była oczywiście polityka migracyjna Donalda Trumpa, która mocno się odbiła w Stanach i to, jak ona była prowadzona. Wreszcie trzecim elementem były cięcia związane z podstawową opieką społeczną, które administracja Trumpa przeprowadziła wobec tzw. programu SNAP, czyli dofinansowania kosztów żywności dla najuboższych – wymienia dr Jan Misiuna.

Co mówią ostatnie sondaże?

Obóz MAGA w przededniu wyborów znajduje się w wyraźnej defensywie. Najświeższe symulacje wyborcze, w tym także te opublikowane przez znanego amerykańskiego analityka wyborczego Nate’a Silvera dają demokratom ok. 80 proc. szans na przejęcie Senatu. Potwierdza to także ostatni sondaż znanego ośrodka badawczego Siena dla „The New York Times”.

W badaniu, wśród siedmiu dotychczas najbardziej wyrównanych wyścigów do Senatu, we wszystkich prowadzi kandydat demokratów. Wyścigi będą jednak w większości wyrównywane do samego końca. Tylko w Michigan i Teksasie przewaga wykracza poza błąd pomiaru.

Ikona wykres interaktywny Wykres interaktywny

Dziś w Senacie republikanie mają 53 mandaty. Demokraci muszą więc zyskać netto cztery (przy remisie głos decydujący ma zawsze wiceprezydent, czyli obecnie J.D. Vance). W powyższym zestawieniu w sześciu stanach mandat sprawuje republikanin.

Niewykluczone zatem, że w środę dobiegnie końca era potrójnej republikańskiej większości. Na republikańskim placu boju pozostanie – tylko i aż – Donald Trump.

Główne wnioski

  1. Wtorkowe połówkowe wybory będą referendum nad prezydenturą Donalda Trumpa. Sam prezydent zachęcał wyborców, by traktowali głosowanie jak ocenę jego osoby, a demokraci uczynili go centralną postacią swojej kampanii. Dr Jan Misiuna z SGH wskazuje trzy główne tematy tej kampanii: koszty utrzymania związane z cenami energii i paliw, politykę migracyjną oraz cięcia w programie pomocy żywnościowej SNAP.
  2. Demokraci są faworytami w wyborach do Izby Reprezentantów, ale walka o Senat pozostaje wyrównana. Żeby przejąć izbę, muszą zyskać netto cztery mandaty. Rafał Michalski za kluczowe stany uznaje Kansas, gdzie zweryfikowana zostanie siła tradycyjnej republikańskiej bazy oraz Michigan z progresywnym kandydatem Abdulem El-Sayedem.
  3. Przejęcie choćby Izby Reprezentantów dałoby demokratom realne narzędzia nacisku na Biały Dom. Jak tłumaczy Rafał Michalski, mogliby wzywać na publiczne przesłuchania osoby związane z Trumpem i stawiać warunki w ustawie budżetowej, bez jej uchwalenia – dochodzi do zamknięcia rządu. Wynik będzie też punktem wyjścia do rozliczeń w obu partiach, których frakcje zaczną spór o kierunek przed wyborami prezydenckimi w 2028 roku.