Prof. Góralczyk: Ile trumpizmu zostanie po Trumpie?
Amerykańskie wybory połówkowe zazwyczaj przynoszą porażkę tym, którzy aktualnie rządzą. Tak mówi historia. Teraz miało być podobnie: porażki republikanów spodziewano się od dawna. Ale takiej klęski prezydenta Donalda Trumpa, gdyż te wybory były także swego rodzaju referendum nad jego specyficznymi rządami, oraz jego politycznego zaplecza, nie spodziewał się chyba nikt.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Dlaczego Donald Trump i Republikanie ponieśli dotkliwą porażkę w wyborach połówkowych?
- Jakie konsekwencje polityczne i gospodarcze może przynieść osłabienie pozycji Trumpa?
- Czy trumpizm przetrwa polityczną klęskę swojego lidera i jak wpłynie na przyszłość USA oraz Europy?
Audio generowane przez AI. Może zawierać błędy.
Już o poranku tuż po wyborach, mimo niepoliczonych do końca głosów (brak 17 w Izbie Reprezentantów i 2 w Senacie) stało się jasne, że republikanie sromotnie przegrali. Nie tylko Izbę Reprezentantów, ale też Senat, gdzie demokraci zagwarantowali sobie aż 54 fotele, czego nie przewidywały żadne sondaże.
W wyborach do kluczowego Senatu wygrali nawet w takich dotychczasowych bastionach Republikanów, jak Teksas (James Talarico), Iowa (Josh Turek, o polskich korzeniach), czy Kansas (Adam Hamilton), co zdarzyło się tam po raz pierwszy od 1932 r.(si!). Natomiast w głośnych wyborach w Michigan, gdzie było spore zamieszanie po wewnętrznych przetasowaniach kandydatów, po przeliczeniu 76 proc. głosów prowadzi demokrata Mohammad El-Sayed, a to było oznaczało wejście pierwszego muzułmanina do amerykańskiego Senatu.
Impeachment na horyzoncie
Co zaskakujące, skala klęski była tak duża, że do przegranej przyznał się sam prezydent Trump. Ale znając jego styl rządów i psychologiczną sylwetkę, to wcale nie znaczy, że na tym sprawa się zakończy. Wręcz przeciwnie, najpierw będzie szukał kozłów ofiarnych tego niepowodzenia, a potem jeszcze nie wiadomo, co zrobi i jak się będzie zachowywał. Tym bardziej, że panuje zgodność opinii, iż zwycięska partia szybko zainicjuje wobec niego procedurę impeachmentu.
Nawet jeśli demokratyczna większość nie doprowadzi tego procesu do końca, a ma jeszcze dwa lata, to i tak wiadomo, że prezydent będzie zmuszony zmienić priorytety i zająć się jeszcze bardziej sobą i swoją obroną. Stany Zjednoczone Ameryki czeka więc okres jeszcze większej niepewności i turbulencji, a to nie jest dobry prognostyk także dla świata, jako że mówimy o ciągle najsilniejszym podmiocie na globie.
To będzie dla prezydenta okres trudny, bowiem Kongres może blokować jego inicjatywy i nominacje, będzie kontrolował budżet, w tym wydatki wojskowe. Będzie też uniemożliwiał proponowane przez prezydenta „deale”, w tym na przykład te z prezydentem Putinem i Rosją. Ale czy to będzie nowa szansa dla Kijowa? Dopiero zobaczymy, albowiem Trump już zapowiedział, że zamieni się w „wetomana”, a więc zastosuje metodę tak dobrze znaną naszej scenie wewnętrznej.
Wszystko to razem dowodzi, że czeka nas okres niepewności i nerwowości, a nie spokój i strategiczna cierpliwość. To niedobrze wróży także dla dalszego amerykańskiego prymatu na świecie, jednak jest praktycznie pewne, że najbliższe dwa lata, to będzie raczej przeciąganie liny i stałe spory, a nie czas umiaru i roztropności. A co jeszcze zrobi osaczony gospodarz Białego Domu w tym dwuletnim okresie, nikt nie wie. Poza dość powszechnymi przepowiedniami, że Amerykanie weszli na roller-coaster.
Nie dowiózł w kraju
Donald Trump mocno zmienił Amerykę i jej politykę, zarówno wewnętrzną, jak i zagraniczną. W ramach pierwszej, jak to się u nas ostatnio mówi, „nie dowiózł”. Przegrał ze względu na drożyznę (średnia cena paliwa w ostatnim roku wzrosła o około 30 proc., a żywności o 20 proc.). Zgodnie z postulatami i założeniami ruchu MAGA (Make America Great Again) miał podstawić gospodarkę na nogi, wzmocnić relatywnie ubożejącą klasę średnią i dbać o zapomniany lud z pasa rdzy oraz amerykańskiego interioru. Nie zadbał, co tłumaczy klęskę w takich stanach jak Kansas czy Teksas.
Miast tego, otoczony miliarderami z wielkich korporacji technologicznych, big techów, jeszcze bardziej umocnił plutokrację, czyli rządy pieniądza i wąskiej najbogatszej elity, do której się sam zalicza. Albowiem, jako pierwszy prezydent w historii, w ub. r. zamienił pełniony urząd w maszynkę do robienia pieniędzy i zarobił, głównie na operacjach kryptowalutowych, ponad 2 mld dolarów. To nie mogło się podobać, podobnie jak większości nie podobają się jego pomysły, z tymi ze złotymi dekoracjami i salą balową w Białym Domu włącznie. Ostentacja nie popłaca.
Gdy dodamy do tego niebywałe i stale rosnące środki na kampanię, bowiem według dostępnych danych w roku 2010 wydano na ten cel 3,6 mld dolarów, podczas gdy na obecną, najdroższą w dziejach, tylko reklamę wydano ponad 11,9 mld dolarów , a więc o ponad 700 mln dolarów więcej niż dwa lata temu w wyborach prezydenckich. To też w żadnej mierze nie mogło się społeczeństwu podobać.
Kolekcja niepowodzeń
Zasypywanie nierówności dochodowych całkowicie się nie powiodło, a zmieniający się skład etniczny społeczeństwa amerykańskiego (El-Sayed!) sprawia, że nie podobają się też deportacje i segregacje na podłożu etnicznym. Trump, człowiek o niemieckich korzeniach, utrzymał, a nawet wzmocnił prymat dotychczasowych elit władzy i pieniądza, choć zapowiadał coś innego.
Naturalnie, zaskakujące wyniki tych wyborów będą jeszcze długo analizowane, zarówno ich przyczyny, jak też wyniki, a potem skutki. Już mamy na agendzie tak istotne zagadnienia, jak starzenie się społeczeństwa, zmiana jego składu etnicznego, brak nowoczesnej infrastruktury. Chodzi nie tylko o rozwarstwienie czy frustrację uboższej części społeczeństwa, która wyniosła do władzy ruch MAGA i Trumpa, a ten zawiódł, co widać teraz jak na dloni.
Zamieszał za granicą
Gdy Donald Trump po raz drugi dochodził do władzy, obiecywał spokój i wzrost dobrobytu w kraju oraz pokój w stosunkach zewnętrznych i na arenie międzynarodowej. A potem długo domagał się pokojowej nagrody Nobla dla siebie. Zamiast tego mamy dzisiaj na agendzie aż dwie wojny o globalnym wymiarze, tę od dawna trwającą na obszarach Ukrainy, oraz drugą wokół Iranu.
W tej pierwszej, którą obiecywał zakończyć w ciągu kilkudziesięciu godzin, tuż przed tymi wyborami na dodatek stanął po stronie Putina, a więc agresora w opinii większości Amerykanów, jak świadczą tamtejsze sondaże. Niby chaotyczne, lecz w gruncie rzeczy konsekwentne opowiadanie się po stronie Rosjan, czego dowodziło też zachowanie wskazanych przez niego głównych negocjatorów, dawnego kumpla z deweloperski Steve’a Witkoffa oraz zięcia Jareda Kushnera, z pewnością mu nie pomogło.
A jeszcze bardziej pogorszyła jego sytuację agresja na Iran, dokonana, jak już wiemy, z poduszczenia premiera Benjamina Netanjahu. Owszem, z tej drugiej próbuje się teraz wywikłać, choćby przez ogłoszenie tuż przed wyborami wstrzymania do końca tego roku pomocy wojskowej dla Izraela ( w wysokości 4 mld dolarów rocznie), ale nie jest to proste. Raz jeszcze potwierdza się bowiem stara zasada: wojnę łatwo rozpocząć, ale trudno skończyć.
A to ta druga wojna przyczyniła się do wspomnianej drożyzny na stacjach benzynowych. Tymczasem od dawna wiadomo, że wybory wygrywa się lub przegrywa przede wszystkim na scenie wewnętrznej. W ten sposób koło się zamyka, no i mamy wyniki, takie jak mamy.
Koniec trumpizmu?
Donald Trump ma jeszcze przed sobą dwa lata rządów. W zaistniałej sytuacji – jak można przewidywać – czeka nas okres jeszcze większej nieprzewidywalności i chaosu niż dotąd, bowiem prezydent będzie osaczony i broniący się. Zapewne nie zrezygnuje z flagowego hasła „America First”, podobnie jak z protekcjonizmu i izolacjonizmu, a tym samym gospodarczego nacjonalizmu. Mimo że ten tak wyraziście został w tych wyborach odrzucony. Nie zmieni też, to pewne, swej osobowości.
W tym sensie polityka znana jako ‘trumpizm” utrzyma się, ale narzędzi na jej utrzymanie będzie mniej. Na dziś wiadomo, że wyborcy odrzucili recepty Trumpa w postaci wsobnej polityki, dodatkowych ceł i taryf, obniżki podatków dla najbogatszych, ale też jego specyficzne, chaotyczne rządy. Najwyraźniej odrzucili też jego nie mniej specyficzną, narcystyczną osobowość, jeszcze mocniej się zaznaczającą wraz z upływem lat, co było widoczne na przedwyborczych wiecach, gdzie bezustannie wychwalał sam siebie za nowe inwestycje (mocno nietrafione, zdaniem wielu) i osiągnięcia.
Dlatego wręczono Donaldowi Trumpowi i stojącym za nim republikanom czerwoną kartkę. Ponownie dano szansę demokratom, by odwrócili wyroki i programy. Ale to nie oznacza, że ci drudzy mają zapominać o przyczynach, które Trumpa – i to dwukrotnie! – do Białego Domu sprowadziły. Ameryka pozostaje organizmem chorym. Jest spolaryzowana, podzielona dochodowo, politycznie, ideologicznie, aksjologicznie i tożsamościowo.
Dalsze niepokoje gwarantowane
Te podziały przyczyniły się do triumfu ruchu MAGA oraz samego Trumpa, który, będąc miliarderem, stanął na czele zbuntowanych mas. Tyle tylko, że podczas drugiej kadencji znaczną ich część zdecydowanie zawiódł, czego dowodem są klęski republikanów w ich dotychczasowych mocnych siedliskach. Można przypuszczać, że ten w USA będzie teraz wygrywał, kto umiejętnie zagospodaruje społeczne frustracje, które rosły od lat, a Trump – mimo zapowiedzi – ich nie zneutralizował. Dalsze niepokoje wewnętrzne w USA są niemal gwarantowane. A ile trumpizmu zostanie w Ameryce po Trumpie zobaczymy dopiero za dwa lata, jeszcze nie teraz, chociaż ruch ten otrzymał teraz potężny cios.
Tym bardziej w sytuacji, że przyparty do muru Donald Trump może teraz, w geście frustracji, sięgnąć po skrajne metody i podejmować radykalne decyzje. Taki dokładnie wniosek płynie z jego dotychczasowych zachowań i polityki. I taką właśnie, chaotyczną przyszłość, przynajmniej w ciągu następnych dwóch lat, przewiduje zdecydowana większość obserwatorów i analityków.
Główne wnioski
- Demokraci zdecydowanie wygrali, bowiem większość społeczeństwa miała dość Trumpa, jego narcystycznych zachowań i chaotycznej polityki. W polityce wewnętrznej Ameryce grożą jednak turbulencje, bo prezydent już udowodnił, że jest uparty i łatwo nie ustąpi.
- Taka ocena natomiast prowadzi do wniosku, że ze względu na jej ogromny potencjał będzie to zarazem bardzo niebezpieczny okres dla polityki zewnętrznej USA, a więc i całego świata.
- Dla nas, naturalnie, kluczowe jest zagadnienie: co obecna administracja po takiej klęsce zrobi z Europą? Zatrzyma się i ograniczy do zachodniej półkuli? Wycofa się wojskowo z naszego kontynentu, w tym z Polski? Nie wiemy. Wiemy jedynie, że po tych wyborach połówkowych zaczyna się nowy etap, nie tylko w amerykańskiej historii.