„Afera langošowa” na Słowacji. 1,5 tys. euro kary za literówkę
Absurdalna kara dla drobnego sprzedawcy szybkiego jedzenia oburzyła Słowaków. Decyzję urzędu skarbowego skrytykował premier Robert Fico. – Słowacy są znacznie bardziej wyczuleni na konkretne naruszanie praw zwykłych ludzi niż na kradzieże milionów – tłumaczy słowacki dziennikarz Lukáš Onderčanin.
Z tego artykułu dowiesz się…
- Czym jest słowacki langoš.
- Co ma wspólnego ze słowacką polityką.
- Co afera langošowa mówi o słowackim społeczeństwie.
Tłusty, kaloryczny, ale przepyszny. Słowacki langoš, czyli drożdżowy placek smażony w głębokim tłuszczu, podawany zwykle z czosnkiem, serem lub śmietaną, ma węgierski rodowód. Jego nazwa pochodzi od węgierskiego lángos. Według oficjalnych danych w ubiegłym roku Słowacy kupili ponad 640 tys. langošy.
Niespodziewanie ten popularny u naszych południowych sąsiadów fast food, król wakacyjnego wypoczynku, stał się jednym z głównych tematów politycznych na Słowacji. Wszystko przez wydarzenie, które zdążyło już zyskać nazwę „afery langošowej”.
Langoša i dwie kofolę, proszę
Ta historia zaczęła się na początku maja w niewielkiej miejscowości ok. 30 km od Bratysławy. Kontrolerzy urzędu skarbowego w lokalu w Kvetoslavovie kupili langoša z czosnkiem, serem i keczupem za 4 euro, czyli prawie 17 zł. Domówili jeszcze dwie Kofole [popularny czesko-słowacki napój gazowany typu cola, ale o bardziej ziołowym, charakterystycznym smaku – przyp. red.]. Sprzedający wydał paragon, a urzędnicy przystąpili do kontroli.
Według relacji właściciela, cytowanej przez słowackie media, kontrola trwała ponad trzy godziny. Po tym czasie nałożono na niego karę w wysokości 1,5 tys. euro za… błędną nazwę produktu. Na rachunku zamiast „langoš” widniało „langos”. Właściciel zapłacił karę, ale odwołał się od decyzji urzędników.
Sprawą błyskawicznie zainteresowały się słowackie media.
Ile na Słowacji kosztuje brak znaku diakrytycznego?
– Zgodnie z prawem drukarka musi umożliwiać drukowanie wszystkich znaków alfabetu słowackiego, w tym znaków diakrytycznych. Jeśli paragon nie spełnia tych warunków, przedsiębiorcy grozi grzywna w wysokości od 150 do 6,5 tys. euro – informował Daniel Kováč, rzecznik słowackiej skarbówki.
Po niespodziewanej decyzji urzędników i nagłośnieniu sprawy przez media przez Słowację przetoczyła się dyskusja o znakach diakrytycznych. Dotąd był to temat raczej niszowy, zdolny rozpalać co najwyżej wyobraźnię językoznawców.
Znaki diakrytyczne występują także w języku polskim. To specjalne elementy dodawane do liter, które zmieniają ich wymowę albo pozwalają odróżnić słowa o innym znaczeniu. Ogonek przy „a” sprawia, że rozróżniamy wyrazy „bak” i „bąk”. Słowacki przypadek nie prowadzi jednak do zmiany znaczenia: „langos” nie jest osobnym słowem, a z kontekstu oczywiście wynika, że chodziło o „langoša”. W polskiej analogii ktoś napisałby „snieg” zamiast „śnieg”.
W końcu przemówił sam premier Robert Fico
Langoše spod Bratysławy stały się memem. Zawładnęły słowackim internetem i trafiły do debaty publicznej. Opozycja wzięła na celownik premiera Roberta Ficę. Klienci masowo ruszyli do Kvetoslavova na langoša, by wesprzeć – ich zdaniem – niesprawiedliwie potraktowanego przedsiębiorcę. Eksperci zaczęli się zaś zastanawiać, czy „afera langošowa” może zaszkodzić rządowi Roberta Ficy.
Eksperci zaczęli się zaś zastanawiać, czy „afera langošowa” może zaszkodzić rządowi Roberta Ficy.
Z czasem do sprawy odniósł się sam premier.
– To nonsens karać grzywną kogoś, kto sprzedaje langoše tylko dlatego, że nie miał haczka [odwróconego daszka – red.] lub czegoś mu brakowało. Nękanie ludzi to nonsens. Uważam, że odpowiednie władze powinny przeprosić – powiedział Robert Fico.
I tak się stało. Skarbówka umorzyła karę, a jej szef zapowiedział konieczność zmiany dotychczasowych przepisów.
Surowa kara za banalne wykroczenie, kiedy kradnie się miliony
– Istota tej afery w ogóle nie dotyczy brakującego znaku diakrytycznego, ale absurdalności przepisów i przede wszystkim ich surowego egzekwowania. Wielu Słowaków wcale nie jest szczególnie wyczulonych na język i ortografię – tłumaczy dziennikarz Lukáš Onderčanin ze słowackiego dziennika „Sme”.
W jego ocenie sednem sprawy była surowa kara za banalne wykroczenie, podczas gdy korupcja na Słowacji bywa karana minimalnie.
– Słowacy są znacznie bardziej wyczuleni na konkretne naruszanie praw zwykłych ludzi niż na kradzieże milionów. Karę w wysokości 1,5 tys. euro każdy potrafi sobie wyobrazić. Dla wielu osób to więcej niż miesięczna pensja. Nałożenie takiej kary za formalność w czasie, gdy sytuacja ekonomiczna wielu przedsiębiorców jest bardzo trudna, denerwuje ludzi znacznie bardziej niż np. sprzeniewierzenie setek tysięcy euro przez urzędników państwowych – uważa Lukáš Onderčanin.
Słowacki dziennikarz: Podobne grzywny otrzymały setki innych małych przedsiębiorców
To właśnie dlatego – jego zdaniem – na Słowacji rezonuje afera dotycząca tego, że matka lidera opozycji Michala Šimečki 15 lat temu opłacała synowi z grantu telefon komórkowy za 200 euro miesięcznie, podczas gdy ludzi mniej oburza nadużycie dotacji w wysokości 1,3 mln euro na pensjonat, w którym nie da się nocować.
– Sprawa rezonowała także przez sposób, w jaki zachowały się urzędy. Najpierw administracja skarbowa oczerniała przedsiębiorcę, potem twierdziła, że właściwie zrobiła mu dobrą reklamę, a na końcu darowała mu karę, mimo że podobne grzywny otrzymały setki innych małych przedsiębiorców – tłumaczy słowacki dziennikarz.
Główne wnioski
- Drobny przedsiębiorca spod Bratysławy, prowadzący lokal z fast foodem, otrzymał karę w wysokości 1,5 tys. euro za brak znaku diakrytycznego na rachunku. Kontrolerzy skarbówki dopatrzyli się, że zamiast nazwy „langoš” zapisano na nim „langos”.
- Kara nałożona na przedsiębiorcę oburzyła Słowaków. Langoše spod Bratysławy stały się memem, zawładnęły słowackim internetem i trafiły do debaty publicznej. Opozycja wzięła na celownik premiera Roberta Ficę. Z czasem sam premier skrytykował urzędników, a skarbówka zapowiedziała zmianę przepisów.
- Słowacki dziennikarz Lukáš Onderčanin tłumaczy, że Słowacy są znacznie bardziej wyczuleni na konkretne naruszanie praw zwykłych ludzi niż na kradzieże milionów. Jak podkreśla, karę w wysokości 1,5 tys. euro każdy potrafi sobie wyobrazić, a dla wielu osób to więcej niż miesięczna pensja. Dlatego nałożenie takiej kary za formalność, zwłaszcza w czasie trudnej sytuacji ekonomicznej wielu przedsiębiorców, denerwuje ludzi znacznie bardziej niż np. sprzeniewierzenie setek tysięcy euro przez urzędników państwowych.